POWSTANIE WARSZAWSKIE – MOJE ZADUSZKI


Mieszkam ponad dwieście kilometrów od Warszawy. Nieczęsto tam bywam i na co dzień sprawy stolicy absorbują mnie w stopniu niewielkim. Oprócz jednego jedynego dnia w roku. W 1944 wypadał on we wtorek. Rozpoczynało się Powstanie Warszawskie. Nie potrafię myśleć o tym, co się wydarzyło w ciągu tego i – następujących po nim – kolejnych sześćdziesięciu trzech,  w kategoriach historycznych. Od lat tradycyjnie już prowadzą one niemal wyłącznie do skrajnych interpretacji. Po prostu, nie wierzę, że to potrzebne i ważne.

Przegraliśmy niemal każdy powstańczy zryw. Nie mierzyliśmy sił na zamiary, tylko porywy serca na marzenia o spełnieniu. Oczywiste więc było, że w kodeksie obowiązku do wypełnienia mieści się położenie na szali swojego życia. Za każdym razem za ten szlachetny, piękny i szalony romantyzm płaciliśmy krwawo. Najbardziej w powstaniu ostatnim – największym w naszej historii.

Nie ma dziś, moim zdaniem, najmniejszego sensu przekonywanie o celowości jego rozpoczęcia. I usprawiedliwianiu strat scenariuszem, który wymknął się spod kontroli. Tak, jak chcą jedni. Podobnie, jak nie ma sensu udowadnianie błędu nierozpoczęcia powstania. Krwawa bitwa Armii Czerwonej z Niemcami  miałaby się zakończyć podobną liczbą ofiar i podzieleniem przez Warszawę losu Stalingradu. Tak utrzymują inni. Spór zawsze już pozostanie nierozstrzygnięty. Ani dywagacje – „co byłoby” nie należą do warsztatu historyka, ani zacietrzewienie i kłótnie nigdy nie sprzyjają jakości dyskusji. Zwłaszcza że, najczęściej prowadzone według schematu: mieliśmy wybór albo go nie mieliśmy, mogą już tylko irytować miałkością. 

I nie potrzebują tego ofiary – moralni zwycięzcy.

Wiem, brzmi to górnolotnie. Wystarczy sobie wyobrazić strach, pędzonych przed czołgami w charakterze żywych tarcz, matek z dziećmi albo przerażenie leżących w salach szpitalnych, którzy słyszą kroki żołnierzy z miotaczami ognia. I wchodzimy w sam środek wydarzeń codziennych i strasznych, gdzie na patos i wzniosłość miejsca nie ma. Jednak dziś, po siedemdziesięciu jeden latach miłosierna cisza i spokój przykrywa tamte wydarzenia. Nie ma już wybuchów bomb, terkotu karabinów, jęków rannych, płaczu. W tym milczeniu, nasyconym obecnością, nawet nie staram się opisać emocji, jakie mnie ogarniają 1 sierpnia o godzinie 17.

Patrzą mi wtedy w oczy tysiące ludzi, którzy w powstaniu zginęli. Warszawscy święci. Mają dla mnie trudne przesłanie – w życiu są ważniejsze rzeczy niż życie.

Dojrzałem do tego?



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ