AMOR TOWLES „DŻENTELMEN W MOSKWIE”. PRZECZYTAM PONOWNIE?


Niech tam! Nawet jeśli recenzje są rzadko czytywane i tak nie odmówię sobie przyjemności opowiedzenia o książce, 0d której przez kilka wieczorów nie mogłem oderwać wzroku. Sięgam pamięcią do co bardziej zajmujących lektur ostatnich miesięcy i dochodzę do wniosku, że nawet gdyby ich autorzy wytężyli wszystkie swoje literackie siły, podnieśli umiejętności na wyżyny i tak nie zbliżą się do poziomu Amora Towlesa z jego powieścią „Dżentelmen w Moskwie”. Powieścią, która przywraca mi nadwątloną wiarę w błyskotliwą, erudycyjną, inteligentną literaturę.

Autor jest zagorzałym fanem dwudziestowiecznego malarstwa, muzyki jazzowej lat 50. na płytach gramofonowych, włoskiego makaronu, alkoholi, śnieżnych dni, obsady „Casablanki”, wczesnych godzin porannych, gier karcianych, kawiarni, ciasteczek wypiekanych przez obie swoje babcie. Dla jakości literatury te cechy niby wpływu nie mają, ale czytelnik bez trudu dostrzeże obdarowanie niektórymi z nich księcia Aleksandra Rostowa, głównego bohatera powieści. Czy muszę dodawać, że w związku z tym wzbudza on sympatię od pierwszych stron?

To z jego perspektywy poznajemy Metropol, najbardziej ekskluzywny moskiewski hotel. W 1922 roku Komisja Nadzwyczajna Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych skazała arystokratę na dożywotni w nim pobyt za napisanie wiersza nawołującego do buntu. I tak, z zajmowanego luksusowego apartamentu 317 zostaje przeniesiony do maleńkiego pokoiku na poddaszu z oknem wielkości szachownicy. Przez trzydzieści pięć lat hrabia jako „były człowiek” w bolszewickiej terminologii, pod groźbą kary śmierci nie opuścił hotelu (choć dramatyczny epizod się zdarzył).

Z jednej strony fakt, że Rostow przeżył ponure i brutalne czasy stalinizmu niejako w złotej klatce, powodował, że powinien się poczuć najszczęśliwszym więźniem Związku Radzieckiego. Z drugiej jednak,  za murami hotelu, w pobliskim Kremlu, pisano scenariusze przekładające się na tragedie milionów Rosjan. Echa tego nie mogły nie docierać do Metropolu, choć i tak pozostawał on oazą luksusu i dawnych obyczajów. Hrabia, na ile pozwoliły warunki, korzystał z życia. Jako dżentelmen, starannie wykształcony erudyta wydaje się jednak pochodzić z coraz bardziej odległej i bezpowrotnie domykającej się epoki.

O czym w istocie traktuje ta nieprawdopodobnie precyzyjnie skonstruowana powieść. „Lubię myśleć, że istnieje różnica między poddaniem się losowi a pogodzeniem się z nim.” Gdyby pokusić się o jednozdaniowe oddanie sedna, ten cytat byłby zdaje się najodpowiedniejszy. „Dżentelmen w Moskwie” dotyczy bowiem spraw naprawdę istotnych. Kto wie, może najważniejszych w życiu – bycia wiernym nieprzemijającym wartościom, zachowania wewnętrznej wolności, ceny pozostawania przyzwoitym, wagi szczerych uczuć.

Odnajduję w tekście coś, co każe mi go porównać z niedościgłym dla mnie prozatorskim wzorcem – „Czarodziejską górą” Tomasza Manna. Tam zamknięcie w luksusowym sanatorium w Davos, tu w ekskluzywnym hotelu. W obu dominujący temat osobistej niezależności oraz, pomimo poczucia izolacji od świata, dochodzące echa wydarzeń bezdusznie rujnujących życie jednostki. W obu wreszcie ten sam, nie do zdefiniowania, rodzaj nostalgii. Nawet jeśli nieco przesadzam z dowartościowaniem Towlesa to po przeczytaniu ostatnich zdań obu powieści pojawia się identyczne poczucie powrotu do rzeczywistości ze świata niemal równie prawdziwego. Jakbym przecierał oczy, szukając odpowiedzi, gdzie właściwie jestem.

Wracam do pytania z tytułu. Czy przeczytam ponownie? Lepiej zapytać, czy będę się znów delektował wystudiowanym stylem, pozwolił uwodzić potoczystością narracji, oszołomiony powracał do zdań przed momentem przeczytanych, do dygresji wymagających namysłu. A potem, czy z żalem odłożę tom  na półkę.

Utarło się, że filolog polski z racji wykształcenia, znajomości narzędzi krytycznoliterackich powinien chłodno analizować i dusić w zarodku skrajne emocje pojawiające się w trakcie lektury. Czy ma więc prawo powiedzieć, że w trakcie czytania serce biło mu w przyspieszonym tempie i dla uspokojenia emocji musiał odkładać książkę?  Czy może się przyznać do zgody na prowadzenie przez narratora jak w czasach, gdy stawiał pierwsze kroki w odkrywaniu nęcącego żywiołu wielkiej przygody literackiej?  Co więcej, potwierdzał ochoczo, że jest tym faktem zachwycony? Odpowiadam – może. Pod warunkiem wszak, że trafi na tekst niezwykły, wybijający ponad to, co zwykło się nazywać dobrą literaturą.

„Dżentelmen w Moskwie” działa jak środek odurzający. Łagodnie i niezauważalnie przenosi w inny świat, z którego trudno i mozolnie wraca się do teraźniejszości.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

„SŁODKI KONIEC DNIA”. GORZKI KONIEC EUROPY? (RECENZJA FILMU)
13.06.2019
KSIĄŻKI DLA NAJMŁODSZYCH. MÓJ BARDZO OSOBISTY KANON (CZ. I)
26.10.2018
TOMEK WILMOWSKI PRZEPADŁ. NA SZCZĘŚCIE POWOLI WRACA
10.07.2018
JEST JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI „TYTANICZNYM GRAFOMANEM”?
25.05.2018
DLACZEGO MIŁOSZ ODCHODZI W ZAPOMNIENIE
15.05.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
STASIUK „OSIOŁKIEM”. PO MELANCHO NA WSCHÓD
16.05.2017
ANNA DZIEWIT-MELLER „GÓRA TAJGET” (RECENZJA)
06.10.2016
JACEK DEHNEL „KRIVOKLAT” (RECENZJA)
09.08.2016