ANDRZEJ DOBOSZ „Z RÓŻNYCH PÓŁEK”. TO TEN Z „REJSU”


Film Piwowskiego „Rejs”, któremu władze kinematografii w 1970 roku przyznały najniższą, czwartą kategorię artystyczną, ma dziś status niemal dobra narodowego. Od kiedy pamiętam, zawsze lubiłem postać filozofa, którego grał Andrzej Dobosz. Większość zna go dziś wyłącznie z tej roli, tymczasem to ważna postać polskiej kultury. Jeden z niewielu, z coraz bardziej kurczącej się grupki, o którym można powiedzieć – rzeczywisty i nienachalny erudyta. Ucieszyłem się więc, widząc jego zbiór recenzji „Z różnych półek” w internetowej księgarni nieocenionej Teologii Politycznej. Nie dość, że powodów tej radości było aż kilka, to żaden nie okazał się przedwczesny. Oto one.

1. Nieprawdopodobna łatwość poruszania się autora po światowej literaturze, wspomagana podziwu godną pamięcią oraz znajomościami z ludźmi świata kultury, przyprawia o zazdrość i tworzy nieuchronnie kompleksy. Z drugiej strony daje coraz, niestety, rzadszą okazję rozkoszowania się kontaktem z kimś, kto i zna się na rzeczy, i potrafi opowiadać znakomitą polszczyzną. Wie jak zaciekawić czytelnika: Chyba po raz pierwszy w życiu w czasie lektury jestem w takim samym stopniu rozdarty między zachwytem a niesłychaną irytacją. Od dawna ceniłem Andrzeja Stasiuka.

Dawkowałem sobie lekturę po kilka stron dziennie. Smakowałem niczym ulubione czekoladki, walcząc z pokusami, żeby jeszcze choć trochę.

2. Niemal od początku lektury towarzyszyła mi kartka papieru, na której notowałem sobie nazwiska, tytuły, tropy, do których w najbliższym czasie muszę wrócić. Stworzyło to nieocenioną listę lektur, która będzie mi towarzyszyć przez najbliższe miesiące.

Ale też takich, po które nie sięgnę. Trzeba bowiem przyznać, że Andrzej Dobosz potrafi z książką zdecydowanie i bez ogródek błyskotliwie się żegnać. Tak na przykład kończy przygodę z „Kurortem w cieniu PRL-u. Sopot 1945-1989”: Jednym z piękniejszych powiedzeń z czasów PRL-u było wygłoszone na naradzie oświadczenie towarzysza, bodaj Romana Werfla: „Ja wam rzucam tę myśl, a wy go łapcie”. W „Sopocie” czytamy: „Obowiązujący styl partyjnych działaczy – ja rzucam pomysł, a wy go łapcie”. Otóż jeśli ktoś nie ma słuchu językowego, nie powinien się zabierać za pisanie książek, a ja nie zamierzam tej, którą zamykam i wychodzę na spacer,  już nigdy dokończyć.

Bywa też, że decyzja pozostaje w zawieszeniu: (…) godziny spędzone nad tą teką zbyt mało dostarczyły mi przyjemności. Czy poświęcę jej cztery centymetry półki między Andrzejem Kijowskim, Janem Kotem a Janem Józefem Lipskim?

Skoro pojawiła się szerokość grzbietu, Dobosz pisząc o treści, dodaje często również uwagi nader praktyczne: książka ciężka, nie nadaje się do czytania w łóżku albo 1012 stron dużego formatu, z których nie więcej niż jedną da się przeczytać, trzymając rzecz w ręku lub ma 512 stron formatu 23 na 18 cm (…) i waży jakieś dwa kilogramy. Wymaga, by czytać ją przy stole.

3. „Z różnych półek” to bardziej gawędy o książkach niż klasyczne recenzje. Sporo w nich dowcipnych dygresji, anegdot, dystansu i właściwej oczytanym inteligentom subtelnej autoironii:  Wypada mi dodać, że mam za sobą rok nauki chińskiego i po 35 latach umiem narysować oraz wypowiedzieć z akcentem pekińskim frazę: „Ja nie jestem Rosjaninem, ja jestem Polakiem”.

Bez wątpienia ważne jest i to, że wiele osób, o których pisze, Andrzej Dobosz znał osobiście, w wielu wydarzeniach brał udział albo relacje o nich zna z pierwszej ręki. Zachował też ciekawość świata, która każe mu szukać, dociekać, polemizować i wyciągać wnioski. Dla czytelnika to frajda, ponieważ nie ma pojęcia, co znajdzie w kolejnej recenzji. A znajdzie i ” Historię pijaństwa w czasach PRL”, i „Zamieszki, ekscesy i demonstracje w Krakowie 1918-1939”,  „Drzewa świata”, a nawet „Monolog wewnętrzny Telimeny”. Jest autor typowym książkowym szperaczem, który z satysfakcją znajduje ciekawą pozycję wydaną w mikroskopijnym nakładzie gdzieś w niszowym wydawnictwie. Przekonuje, a pogląd ten podzielam: Listy bestsellerów są formą kryptoreklamy i cieszę, że żadnej z tych książek nie przeczytałem.

4. Należy Dobosz do ginącego gatunku ludzi, dla których kategoria wstydu jeszcze coś znaczy, w ogóle jeszcze go zauważają. Przypomniał mi się przy tej okazji czytany jakiś czas temu wywiad z Janem Englertem. Utkwił mi w pamięci właśnie z powodu wypowiedzianych słów o tym, że należy on do pokolenia, które wychowało się na wstydzie. Teraz przyszło mu być świadkiem pokolenia bez wstydu, które do perfekcji opanowało pewność, że na każdy grzech jest alibi.

Oto w trakcie lektury prozy Jacka Dehnela „Lala” zaskoczony autor „Z różnych półek” dowiaduje się, że właśnie czyta o małżeństwie, które osobiście znał i u którego bywał w domu. Dehnel jest wnukiem tych dwojga. Dobosz pisze: Jest coś, co właściwie mnie odrzuca. Otóż babcia nie oszczędza wnukowi, a wnuk nam, tajemnic sypialni, co wydaje mi się przekroczeniem.

A przy okazji omawiania książki Jerzego Stempowskiego czytam: S. został niemal przejechany przez kierowcę wyglądającego „jak wieprz w tyrolskim kapeluszu”. I tu – z uznaniem konstatuje Dobosz – jedyny raz, nie tylko w tej książce, ale w całej swojej twórczości, Stempowski pozwolił sobie na użycie brzydkich wyrazów.

Z kolei pisząc o „Dziennikach” Anny Kowalskiej umieszcza taką uwagę: (…) najdalej po 20 stronach ogarnia mnie silna niechęć. Autorka dzieliła życie z Marią Dąbrowską, jest nią urzeczona, a zarazem pozwala sobie na opowiadanie rzeczy, o których wolałbym nie wiedzieć i nie mam ochoty się dowiadywać.

5. Andrzej Dobosz jest mi bliski zwłaszcza, gdy deklaruje, że lubi literaturę, noszącą na sobie wyraźne piętno czasu, która przynależy sobą do swojej epoki. Dlatego cztery książki, do których wraca to: „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza, „Lalka” Prusa, „Zły” Tyrmanda oraz „Czerwone i czarne” Stendhala. I szczególne miejsce zajmuje jeszcze Andrzej Bobkowski oraz Jerzy Stempowski. Dowiaduję się, że jego: Eseje dla Kasandry są moją książką podręczną, z którą się nie rozstaję; w różnych miejscach mam swój egzemplarz, żeby wciąż ich nie wozić.

Czytając ostatnią recenzję poświęconą „Ferdydurke” Gombrowicza, pomyślałem, że właśnie kończę jedną z tych nie tak znów często spotykanych publikacji, do których wprost stworzono sentencję: „Otwórz książkę, ażebyś poznał, o czym inni myśleli; zamknij książkę, abyś sam myślał”.

Bo nie inaczej – jesteśmy też tym, co przeczytamy i tym, czego to nas nauczyło.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

CO MI DAJE INTERNET W CZASIE „POZAMYKANEJ” KULTURY
02.04.2020
29 ZŁOTYCH MIESIĘCZNIE. A TWOJE WYDATKI NA KULTURĘ?
02.01.2020
SHAUN BYTHELL „PAMIĘTNIK KSIĘGARZA” (RECENZJA)
17.10.2019
EUSTACHY RYLSKI „BLASK” (RECENZJA)
22.08.2019
TEŻ JESTEŚ ZAŻENOWANY, CZYTAJĄC BIOGRAFIE?
08.08.2019
„SŁODKI KONIEC DNIA”. GORZKI KONIEC EUROPY? (RECENZJA FILMU)
13.06.2019
AMOR TOWLES „DŻENTELMEN W MOSKWIE”. PRZECZYTAM PONOWNIE?
07.03.2019
KSIĄŻKI DLA NAJMŁODSZYCH. MÓJ BARDZO OSOBISTY KANON (CZ. I)
26.10.2018
TOMEK WILMOWSKI PRZEPADŁ. NA SZCZĘŚCIE POWOLI WRACA
10.07.2018