ANDRZEJ STASIUK „WSCHÓD” ALBO TERAŹNIEJSZOŚĆ OD DAWNA


Wielkie przestrzenie prowincji, wolno płynący czas, wydarzenia minione. I nostalgia. Bo dostaliśmy „jedynie wiórek, strużynę wieczności”. Tak, Andrzej Stasiuk pisze od początku o tym samym, drąży ten sam zasadniczy motyw. Właśnie dlatego z niecierpliwością czekam na każdą jego książkę. Czy na ‚Wschód” też było warto ?

Zapis podróży na wschód – i ten najbliższy w Beskidzie Niskim, i ten odległy, położony w Rosji, Mongolii, Chinach – wiąże się u Stasiuka z przekonaniem, że zdarzenia czasu teraźniejszego są o tyle istotne, o ile wynikają z działań przeszłych.

Zasłyszane opowieści o tworzeniu po wojnie PGR-ów i przypadające na lata sześćdziesiąte dzieciństwo. Nieznośny Manhattan i pokryty szarym pyłem Ułan Bator. Wietrzny Lublin i pustynia Gobi. Przemyśl – „najpiękniejsza brama na wschód” i wysiedlenia w ramach akcji Wisła. Warszawa z, potęgującą prowincjonalizm, wysepką zachodniego blichtru w centrum miasta i Rosja – „kraj (…) za duży, by istnieć w zwyczajny sposób”. Wszystko się w tej prozie zazębia. Daty i miejsca zachodzą na siebie. Nie gwałtownie. Przeciwnie, odkrywamy w niespiesznym opisie życie z reguły wyciszone, to z drugiego planu.

recenzja książki Andrzeja Stasiuka Wschód

Kiedy więc pisarz spotyka się z matką, tracącą siły i pamięć, najważniejsze są jej wspomnienia. Odtwarzane w okruchach jasnych obrazów z dawnych lat. „Przestrzeń jest przeszłością” pisze autor, czyli spotkania z ludźmi znaczyłyby tyle, co przyniesiony z nimi ciąg dawnych zdarzeń, miejsc, słów, decyzji kiedyś podjętych. I nie może być inaczej, jeśli z determinacją definiujemy świat przez pryzmat pamięci. Bycie „tu i teraz” ma sens tylko, gdy znajdzie swój odpowiednik w „tam i wtedy”. Tak jak w opisie podróży autobusem. „Świat umykał w tył /…/. Nigdy nie mogłem odgadnąć, co było ważniejsze: to, że umyka, czy to, że się zjawia. To, że odjeżdżam, czy to, że przyjadę”.

Życie w dzisiejszych czasach to częste i nieuchronne zderzanie się albo z tandetą krzykliwego, celebryckiego kiczu w każdej niemal dziedzinie życia, albo z bożkiem, któremu na imię nowoczesność. Zresztą, to najczęściej dwa oblicza tego samego zjawiska. Na ten rodzaj oszustwa Stasiuk jest szczególnie wyczulony i zawsze go pogardliwie odrzuca. I chyba nie przypadkiem przywołuje w swej książce Ulicę Krokodyli. Jak u Schulza w „Sklepach cynamonowych”, tak w podróżniczych esejach autora „Wschodu” współczesna komercja oraz imitacja banalizują stary obyczaj i tradycję. A jego opowieści też dzieją się przecież „na marginesie czasu” i „na bocznych jego torach”.

Być może momentami irytuje nieco postawa narratora. Lubi kreować siebie na osamotnionego guru. Trzeba jednak przyznać, że ten zabieg magnetycznie wzmacnia, i tak dojmujący na kartach książki, stan melancholii. Stasiuk – ostatni strażnik pamięci ? Czemu nie.

Niezaprzeczalną wartością prozy autora „Jadąc do Babadag” pozostaje język literacki. To polszczyzna do smakowania. Często zatrzymywałem się w trakcie lektury. Chciałem ze zdaniami pobyć dłużej. Sycić się ich powabem. Podobnie, jak w muzeum, gdy zatrzymujemy się, aby kontemplować urodę przykuwającego wzrok obrazu. Przyznać trzeba, że podobna umiejętność wrażliwego panowania nad słowem nie jest dziś w literaturze zbyt częsta.

recenzja książki Andrzeja Stasiuka Wschód

„Wschód” to dobra proza. Podróżnicza z jednej strony – opis tego, co dzieje się na egzotycznym dla nas pograniczu rosyjsko – mongolsko – chińskim przykuwa bardziej niż mogłoby się wydawać. Możliwość spojrzenia na wrażliwie opisany rytm życia ludzi żyjących na obrzeżach świata zawsze wzbogaca.  Refleksyjna z drugiej  – wartość przeszłości i obawa przed istnieniem bez niej stanowi spoiwo tego pisarstwa. „Za sto, za dwieście lat. Będziemy tęsknić tylko do przyszłego. Do tego, co tam sobie wymarzymy. Tęsknota za przeszłością zostanie wykorzeniona. Zwyczajnie. Zmienią się mózgi.(…) Nie będzie żadnych duchów, wspomnień, pamięci ani historii.”

Warto poświęcić na lekturę kilka wieczorów, aby zrozumieć, jak bardzo apokaliptyczny to obraz. A zwłaszcza warto, aby – w czasach skłonności wielu recenzentów do kanonizowania byle jakich nowalijek literackich – spotkać literaturę godną uwagi. Wyczekuję następnej książki Andrzeja Stasiuka.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
TWARDOCH, BALLADA O PEWNEJ PANIENCE (RECENZJA)
09.12.2017
STASIUK „OSIOŁKIEM”. PO MELANCHO NA WSCHÓD
16.05.2017