ANNA DZIEWIT-MELLER „GÓRA TAJGET” (RECENZJA)


Tytułowa góra Tajget to miejsce, z którego starożytni Spartanie zrzucali po dokonanej selekcji chore, niepełnosprawne noworodki. W powieści Anny Dziewit-Meller jest nim szpital psychiatryczny w Lublińcu, gdzie w czasie II wojny światowej luminalem zabito ponad dwieście dzieci. W ten sposób realizowano „naukowo” uzasadniony program eksterminacji ludzi chorych psychicznie, podejrzanych o chorobę czy też zwyczajnie niedostosowanych. Ten wątek, obecnie przesłonięty niemal całkowicie przez temat Holokaustu, jest nieczęsto podejmowany w literaturze. Wymaga znajomości realiów (to najłatwiejsze, co nie znaczy, że po siedemdziesięciu latach łatwe), dużej wrażliwości i doskonałego warsztatu pisarskiego (najtrudniejszy element tej triady). Jak sobie z nią poradziła pisarka?

Powieść, a właściwie kilka składających się na nią opowiadań z przewijającym w tle motywem dramatycznych losów Ślązaków, rozpoczyna się w czasach współczesnych. Poznajemy Sebastiana Kowolika, który został właśnie szczęśliwym ojcem. Obok zrozumiałej w takich chwilach radości, mężczyznę ogarnia również paniczny, obsesyjny strach o życie i bezpieczeństwo Małgosi. Dodatkowo spotęgowany przez wiadomość, że tuż obok apteki, której jest właścicielem, za szpitalnym murem w czasie wojny masowo zabijano dzieci. Nie daje o tym wydarzeniu zapomnieć dawny nauczyciel namawiający Kowolika do interwencji w Urzędzie Miasta w sprawie postawienia zmarłym monumentu.

W kolejnym rozdziale, sylwetka Gertrudy Luben, kierującej w Lublińcu zabijaniem najmłodszych. Po wojnie jest cenioną i szanowaną panią profesor, wielbicielką muzyki klasycznej. Nikt ze znajomych nie posądza jej o masowe mordy. Czy odczuwa wyrzuty sumienia? Oczywiście nie. Taką miała pracę, wykonywała obowiązki.

Zefka to młoda Ślązaczka, która wyjeżdża w czasie okupacji na przymusowe roboty. W nowym, niemieckim domu otoczona jest miłością, o jakiej mogła marzyć w swojej rodzinie. Wraca pod koniec wojny, by wpaść prosto w łapy czerwonoarmistów i po wielokrotnych gwałtach i poronieniu pozostać bezpłodną.

Jest też opowieść o dziadku Ryszardzie, jednym z nielicznych uratowanych dzieci „lublinieckich”. W ręce doktor Luben oddał go ojczym, esesman Francke, pozbywając się w ten sposób niechcianego bękarta. I historia małego Adolfka, który o mało nie utonął w rzece, ale w ostatniej chwili został uratowany przez kolegę nie zdającego sobie sprawy, że tym czynem zmienia losy świata.

Każdy z poruszonych wątków pełen jest emocji. Czy może być inaczej, skoro mowa o bezwzględności wobec słabszych, rażącej krzywdzie, niesprawiedliwości, paraliżującym lęku. Rzecz w tym, że Anna Dziewit-Meller arbitralnie i uporczywie narzuca czytelnikowi poziom przeżywania, jakby nie dowierzając, że sam temat jest wystarczająco stężony i ponury. To ryzykowny zabieg, który rzadko się udaje i jeszcze rzadziej literacko opłaca. Zamiast grozy pojawia się więc groteska: „Ziemia stawia opór, jakby zaciskała zęby. «Nie! Nie, kurwa! – zdaje się mówić ludziom wbijającym w nią łopaty. – Nie przyjmę już ani jednego trupa więcej! Proszę natychmiast stąd odejść! Wypierdalajcie, ludzie!»”.

Na domiar złego, śląska gwara pełna jest irytujących błędów i niekonsekwencji: „(…) jak on się galot sam łoblyc nie poradzi” zamiast „(…) jak łon sie galot som łoblyc niy poradzi”) albo „I widza, jak się kładóm jedyn łobok drugiego, za rynce się chytajóm i cicho płaczą, coś szeptajóm (…)” zamiast „I widza, jak sie kładóm jedyn łobok drugigo, za rynce sie chytajóm i cicho płaczóm, coś szeptajóm (…)” Osiem pomyłek w dwóch tylko fragmentach zdań to zbyt dużo.

Autorka pochodzi z Chorzowa. Mogła przypuszczać, że jej książka – podejmująca ważny temat przywracania wiarygodnej historii regionowi (wszak fabuła oparta jest na faktach), z niezaspokojonym głodem śląskich tematów przez całe dziesięciolecia ignorowanych – zostanie szczególnie chętnie przyjęta na tym terenie. I że liczba osób wyczulonych na niechlujstwo językowe będzie liczna.

Przystępowałem do lektury z dużymi nadziejami. Każda kolejna strona je odbierała. Już opowieść o Sebastianie wydała się mało prawdopodobna psychologicznie, porwana i niedokończona (co z nauczycielem Zgierskim, co ze złością wpisaną w dziwne zdanie – „Pierwszy raz w życiu nie w swojej sprawie.”) Niestety, potem wcale nie było lepiej. Drażniła i uwierała coraz bardziej maniera zagęszczania emocji, w natężeniu przypominającym histerię. I tak aż do ostatniego opowiadania o Adolfku, najbardziej zawstydzającego poziomem literackim i wiarygodnością.

„Góra Tajget” to podręcznikowy przykład, w jaki sposób pisarz, któremu brakuje warsztatu, może polec podejmując temat niesłychanie trudny, choć literacko bardzo atrakcyjny. Problem w tym, że najbardziej nawet atrakcyjny nie przykryje braków stylistycznych, naiwności  świata przedstawionego, psychologicznej dezynwoltury.

Czytam na ostatniej stronie okładki krótkie peany na cześć powieści. Rozumiem zabiegi marketingowe, towarzyskie sympatie, ale po co Sylwia Chutnik pisze, że: „Nie da się zapomnieć tej książki, już nigdy.” Może od razu należało wspomnieć o noblowskich perspektywach. W mojej pamięci nie zostanie po niej za miesiąc, dwa żaden trwały ślad.

Poza cierniem, że w nieodległym Lublińcu zgładzono kilkaset dzieci, o czym nie wiedziałem. I to dla mnie jedyna wartość, którą przyniosła „Góra Tajget”.

 Gorzka pochwała.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

KSIĄŻKI DLA NAJMŁODSZYCH. MÓJ BARDZO OSOBISTY KANON (CZ. I)
26.10.2018
TOMEK WILMOWSKI PRZEPADŁ. NA SZCZĘŚCIE POWOLI WRACA
10.07.2018
JEST JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI „TYTANICZNYM GRAFOMANEM”?
25.05.2018
DLACZEGO MIŁOSZ ODCHODZI W ZAPOMNIENIE
15.05.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
STASIUK „OSIOŁKIEM”. PO MELANCHO NA WSCHÓD
16.05.2017
JACEK DEHNEL „KRIVOKLAT” (RECENZJA)
09.08.2016
ZBIGNIEW BIAŁAS „TAL” (RECENZJA)
13.06.2016
CHUTNIK „W KRAINIE CZARÓW”. NIE TAKA CHUTNIK…
17.02.2016