ART BRUT. CO TO JEST I DLACZEGO W WERSJI WYTRAWNEJ


Dawno minęły czasy, kiedy miarą jakości sztuki był zachwyt i uniesienie, jakie wywoływała u odbiorcy. Dziś ceni się bardziej artystę roztropnie i podejrzliwie przyglądającego się obowiązującym na rynku modom i pewien rodzaj intelektualnej zagadki wpisanej w percepcję jego dzieła. Albo wręcz otwarcie i na przekór trendom poszukującego niezależnej drogi. Prowokującego do zrewidowania estetycznych gustów. Art brut spełnia wszystkie te wymagania, chciałoby się powiedzieć, z maksymalną nawiązką. Stąd nie powinno dziwić, że znalazło miejsce na marginesie. Poza wszystkim, co w sztuce oficjalne i mniej lub bardziej powszechnie aprobowane. Już to stanowi dobry pretekst, by się tak egzotycznym zjawiskiem zainteresować.

Powiedzieć o tym rodzaju sztuki – dziwny, to mało. Nazwa pochodzi z francuskiego, gdzie brut posiada kilka znaczeń: wytrawny, surowy, pierwotny, nieszlifowany, a wszystkie sprowadzić można do wspólnego mianownika: naturalny. Pojemność słowa idzie niejako w parze z problemem stworzenia wyczerpującej, precyzyjnej definicji. Pojawiają się określenia na dobrą sprawę nic nie znaczące typu: sztuka nie dotknięta przez kulturę, po bardziej przemyślane, ale wciąż ogólnikowe: rodzaj sztuki ignorujący szablony i wzorce sztuki klasycznej czy współczesnej. 

Tak czy inaczej, nie jest to sztuka, która ma się „podobać”. Jej siła tkwi w pobudzaniu do refleksji, w prowokacji. Trudno nawet powiedzieć, czy należy do kultury wysokiej czy niskiej. Zdaje się, że najmniej o to dbają sami twórcy. Ich orężem ma być niezależność. Dlatego tak skutecznie wymykają się zaszufladkowaniu przez teoretyków i krytyków sztuki. Jedno jest pewne, w trakcie oglądania prac artystów tego kręgu trzeba odciąć się od utartych konwencji i rutyny patrzenia.

Z pewnością znaczenie ma fakt, że ten rodzaj sztuki uprawiany jest nie tylko przez absolwentów ASP, ale również przez amatorów bez wykształcenia artystycznego – prymitywistów, nierzadko przez osoby dotknięte chorobą psychiczną czy też ludzi, którzy należą do tak zwanego marginesu społecznego.

Skąd się wziął? Otóż w połowie lat czterdziestych XX wieku francuski malarz Jean Dubuffet, znudzony ofertą awangardowych prądów artystycznych, poszukiwał autentyzmu w sztuce, czegoś nieskażonego i zagadkowego. Wszystko to odnalazł w środowisku kloszardów, w szpitalach psychiatrycznych i w więzieniach. Dla wielkiego, a niedostrzeganego do tej pory obszaru sztuki stworzył nazwę art brut.

Nie ma wątpliwości, że w czołówce polskich artystów reprezentujących art brut znajduje się pochodząca z Poznania Justyna Matysiak, której prace dziś prezentuję. Jako jedyny przedstawiciel Polski zdobyła najbardziej cenioną na świecie nagrodę przyznawaną od ponad pięćdziesięciu lat na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Naiwnej w Bratysławie – Grand Prix Insita.

Jej sztuka to nurt bardziej uspokojony na tle większości dokonań w tej dziedzinie. Dominuje prowokująca ilustracyjność, a nie zapis emocjonalnych wstrząsów.  Na „drapieżną” odmianę przyjdzie pora wkrótce.

Tym, co zwraca uwagę na pierwszy rzut oka jest kolor i oryginalna forma. Prace nie są duże, zaciekawienie bierze górę, więc każdy ze zwiedzających zbliża wzrok. Widać wtedy, że artystka rysuje cienkopisami z transparentnym tuszem. Sama przyznaje, że motywy swojej twórczości odnajduje w naturze, po czym tworzy najpierw konturowy rysunek, który mozolnie wypełnia drobnymi, często milimetrowymi liniami zachodzącymi na siebie. Z pewnej odległości efekt przypomina subtelną mozaikę albo haft.

Przedstawione motywy są nierzadko w naturze dosłownie ciężkie. Jednak pozbawienie ich punktów zaczepienia w przestrzeni powoduje, że postaci, budowle i zwierzęta wydają się być zawieszone i przeczące prawom grawitacji. Wszystko to Justyna Matysiak pokazuje w kolorach subtelnych, stonowanych. Zwłaszcza w swoich ulubionych szarościach, ugrach i brązach.

Kiedy myślę o tym nurcie nasuwa mi się porównanie z gwarą. Usytuowana gdzieś na obrzeżach oficjalnego języka wzbogaca go i uzupełnia. Dzięki swojej inności ożywia i sprawia, że jest bardziej fascynujący. Bez niej zabrakłoby mu soczystości i barwy. Podobnie rzecz ma się z art brut – sztuką pogranicza. Można do niej podejść z dystansem, ale warto docenić jej istnienie.

W końcu rzadko się zdarza, aby daremnie w jakiejś twórczości plastycznej poszukiwać konwenansów. No, chyba że programowy ich brak też uznamy za konwenans. Ale to już inne rozważania.

 



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

PAWEŁ STELLER – ZAPOMNIANY GENIUSZ DRZEWORYTU
17.03.2018
PROWOKOWAĆ LOS. NA PRZYKŁADZIE BEKSIŃSKICH
05.02.2018
SPORT I SZTUKA. NIC NOWEGO, A JEDNAK
25.01.2018
DOM MEHOFFERA W KRAKOWIE. MODA TRWA
07.01.2018
TAGI GRAFICIARZY TRAFIAJĄ DO MUZEÓW. NAPRAWDĘ
16.12.2017
NA SZCZĘŚCIE BYWAJĄ „NIEMIŁE” WYSTAWY
18.08.2017
PO CO W STARYM KRAKOWIE NOWY MOCAK
03.08.2017
DLACZEGO NIE OMIJAM MUZEÓW (NA RAZIE)
19.01.2017
DANI KARAVAN, REFLECTION/ODBICIE. O CZYM OPOWIEDZIAŁO MI LUSTRO
15.12.2016
  • Jeżeli jest wystawa w Poznaniu to może uda mi się jeszcze na nią załapać – ucieszyłabym się 😀

    • Niestety, wystawy w Poznaniu nie będzie. Znów Katowice górą. Prace Justyny Matusiak można oglądać w Muzeum Śląskim jeszcze prawie dwa miesiące, do 17 września.