ARVO PÄRT. KOMPOZYTOR GŁĘBOKIEJ CISZY


Czy mogłem przewidzieć, że ten piątkowy wieczór we wrześniu 2003 roku, kiedy zajmowałem miejsce w kościele świętej Katarzyny na krakowskim Kazimierzu, wywoła aż takie następstwa? Arvo Pärt nie był kompozytorem, o którego muzyce mogłem wtedy coś sensownego powiedzieć, jeszcze bardziej nieznana pozostawała dla mnie jego postać. Pamiętam jedno – kiedy po koncercie „Passio” wychodziłem z gotyckiej świątyni w ciepłą, jesienną noc, wiedziałem, że stan oszołomienia pozostanie ze mną długo. Przeczucie było dobre, trwa on nieprzerwanie osiemnaście lat.

Kultura składa się z paradoksów. Zaliczyć można do nich z jednej strony fakt, że najważniejsza obecnie postać muzyki klasycznej i najczęściej wykonywany na świecie żyjący kompozytor nie jest znany powszechnie. Może sedno tkwi w tym, że większość z premedytacją otoczyła się hałasem popkulturowej brei, tymczasem Arvo Pärt mówi: „trzeba uczyć się słuchać ciszy”. A ta nie jest zbyt lubiana; pozostawieni z nią sam na sam czujemy się nieswojo; w istocie – mało rzeczy potrafi prawdę o nas demaskować z takim natężeniem i tak bezwzględnie jak ona.

Z drugiej strony, właśnie cisza ma w sobie magnetyczną moc przyciągania. I może właśnie dlatego czysta, chciałoby się powiedzieć, niewinna muzyka estońskiego kompozytora w odchodzącym od duchowości, wyjałowionym Zachodzie jest znana więcej niż garstce wysublimowanych melomanów. Może staje się odtrutką dla zagubionej, ale jednocześnie wrzaskliwej współczesnej kultury.

 

Kim jest Arvo Pärt, ten niepozorny, zamyślony 85-letni siwy, starszy pan, mieszkający czterdzieści kilometrów od Tallina, w nadbałtyckiej wsi Laulasma? Urodził się 11 września 1935 roku w miasteczku Paide, w samym sercu Estonii. Wczesne dzieciństwo upłynęło pod znakiem rozwodu rodziców i okupacji państwa przez Sowietów. Pierwszy kontakt z muzyką to dziecięca gra na domowym, starym pianinie, wkrótce samodzielnie już komponuje. Pierwszy utwór ujrzał światło dzienne, kiedy Pärt miał czternaście lat. Trzy lata później mógł usłyszeć jego publiczne wykonanie. Po studiach muzycznych w Tallinie pracował w Radiu Estonia i ciągle tworzył.

Szybko stał się twórcą źle widzianym ze względu na czerpanie z tradycji chrześcijaństwa, publiczne przyznawanie się do wiary w Boga. Wydanie w 1968 roku „Credo” było dla komunistów jawną prowokacją. Utwór znalazł się na indeksie cenzury. Tak mówi o tamtym okresie Arvo Pärt: Nie rozmawiajmy o tym, czym były czasy sowieckie. Wszystko zapomniałem. Na szczęście i nieszczęście jednocześnie.

Zamiast komponować wolał czytać. Wracał do średniowiecznych zapisów muzycznych, Biblii, rad mnichów z góry Athos. Z uwagą studiował teksty eremity, jednego z ojców kościoła wschodniego, świętego Jana Klimaka (Jana Scholastyka). One z kolei wywołały fascynację hezychazmem, nurtem duchowości związanym z praktyką „modlitwy Jezusowej”. Miałaby ona, według średniowiecznego mistyka, polegać na nieustannym, niczym oddech, wzywaniu imienia Jezus: Wspominanie Jezusa niechaj stanowi jedną całość z twoim oddechem, a wtedy poznasz pożyteczność hezychii. Na koniec modlitwa staje się całkiem prosta, imię „Jezus” zlewa się z oddechem.

 

Nie bez powodu zwracam uwagę ten zwrot w życiu kompozytora. Przyniósł on trwające do dziś następstwa w jego twórczości. Greckie „hesychia” – wyciszenie, duchowy spokój, wewnętrzne skupienie, milczenie staje się jednocześnie niezwykle trafnym opisem muzyki Pärta.

W wywiadzie udzielonym Klaudii Baranowskiej z radiowej Dwójki (kompozytor niesłychanie rzadko wypowiada się publicznie, powtarza: dźwięk jest moim słowem) słyszymy: Dużo czytałem, potem słuchałem muzyki, ale nic nie pomagało. Nadal pozostawałem grzeszny. To znaczy, że nie miałem właściwego podejścia do samego siebie. Moje myśli były nieczyste. Moje pragnienia były nieczyste. Wystarczy popatrzeć na oczy świętych na ścianach klasztoru, na starych malowidłach. Jakie czyste oni mają spojrzenie, jakie jasne twarze, bez grymasów. Czy można sobie wyobrazić, że oni mogliby pisać taką muzykę, która powstaje we współczesnym świecie, tę, która nas otacza? Oczywiście, że nie. Oni szukali czegoś zupełnie innego. I zrozumiałem, że każdy człowiek, bez względu na to, czym się zajmuje, musi znaleźć spokój w sobie, szukać ciszy i równowagi.

 

Arvo Pärt, Spiegel im Spiegel

W 1980 roku Pärt jako „zdrajca ojczyzny” został zmuszony do emigracji. Wykonywanie jego utworów zostało oficjalnie zakazane. Nora Pärt, żona kompozytora, wspomina, że kiedy o świcie 18 stycznia dotarli do granicy, rodzinie kazano wyjść z wagonu i rozpoczęła się drobiazgowa rewizja. Czujność i podejrzliwość służb szczególnie wywołał widok magnetofonu i taśm. Po włączeniu w wielkiej hali rozbrzmiał „Cantus”. I nagle, wspomina Nora Pärt, obskurna, ponura kolejowa stacja stała się spokojna i piękna.

Arvo Pärt, Cantus

Pärt zamieszkał z rodziną w Wiedniu, potem przeniósł się do Berlina, gdzie spędził 30 lat. Jedenaście lat temu powrócił do ojczystej Estonii.

W trakcie trwającego niemal dekadę cenzorskiego zapisu na całą twórczość, dokonuje się w kompozytorze duchowa przemiana. W jej następstwie Arvo Pärt pokazuje światu nowe utwory o nowym obliczu, który zwiastuje prosta, minimalistyczna kołysanka „Für Alina”. Zapowiada ona tintinnabuli (z łacińskiego dzwonek), styl sprawiający, że Estończyk stał się znany na całym świecie. Odkryłem, że wystarczy mi, gdy pięknie zagrana jest pojedyncza nuta. Ona sama, albo cichy rytm, albo moment ciszy – przynoszą mi wytchnienie.

Na pozór partytura kołysanki nie sprawi kłopotu żadnemu pianiście – dźwięki wolno „kapią” przez niespełna trzy minuty. W istocie kompozycja stanowi nie lada wyzwanie dla najlepszych.  Sekret tkwi w umiejętnym balansowaniu, tak aby każdy z pojedynczych, odrębnych dźwięków, szczególnie zaś ciszę pomiędzy nimi, wypełnić własną czułą wrażliwością, ale i pozostawić w niej przestrzeń dla emocji słuchacza.

Arvo Pärt, Für Alina

Właśnie ten utwór dedykowany Alinie, młodej przyjaciółce rodziny, towarzyszył narodzinom Michaela, syna kompozytora. Na adres artysty od wielu lat dumni rodzice przysyłają z całego świata zdjęcia swoich nowonarodzonych córek o imieniu Alina, zasłuchanych w pierwszych chwilach życia w dźwięki tej kołysanki.

Zgromadziłem niemal całą dyskografię Pärta. Słucham tej muzyki jednak dość rzadko. W chwilach, kiedy chciałbym spotkać się z kimś, kto zagląda w niedostępne mi rejony duchowości i – jak to potrafią jedynie wielcy poeci – posiada boski dar opowiadania o nich. Bo Arvo Pärt jest poetą muzyki.

Lubi powtarzać: muzyka jest moim przyjacielem. Tym prostym zdaniem w istocie opisuje głęboko swoją twórczość.  Zauważmy, właśnie przed prawdziwym przyjacielem niczego się nie udaje, nie tworzy strategii wizerunkowych, nie kalkuluje. Z prawdziwym przyjacielem można bez poczucia zakłopotania pomilczeć. Jeśli tak rozumieć przyjaźń, tym samym muzyka Estończyka będzie pojmowana jako intymny, z głębokim namysłem i z potrzeby serca prowadzony dialog. O tym, co naprawdę w życiu ważne: sensie istnienia, nieuchronności przemijania, śmierci, Bogu, wieczności.

Pozwólmy się zaprosić kompozytorowi do tej rozmowy.

 

Na fotografiach Bazylika św. Piotra w Watykanie



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

CZY WARTO KUPOWAĆ ALBUMY MALARSKIE
11.06.2020
PLAKAT POLSKI I ZAKONNICA Z TĘCZOWĄ PARASOLKĄ
09.01.2020
COUNTING MEMORIES – KAŻDY OPOWIADA SWOJĄ HISTORIĘ
14.11.2019
CZYM SIĘ ZAJMUJĄ ABSOLWENCI AKADEMII SZTUK PIĘKNYCH
06.06.2019
DLACZEGO SZTUKA WSPÓŁCZESNA TAK MNIE POCIĄGA (CHOĆ SIĘ NA NIEJ NIE ZNAM)
12.10.2018
MUZYKA W SZTUCE. CZY DA SIĘ POKAZAĆ DŹWIĘK?
21.08.2018
PAWEŁ STELLER – ZAPOMNIANY GENIUSZ DRZEWORYTU
17.03.2018
PROWOKOWAĆ LOS. NA PRZYKŁADZIE BEKSIŃSKICH
05.02.2018
SPORT I SZTUKA. NIC NOWEGO, A JEDNAK
25.01.2018