BARDZO NIEZWYKŁY ELEMENTARZ DLA MAŁEGO I DUŻEGO


Pierwszoklasiści, koniec laby! Niby dobrze, że nie muszę wracać do szkoły, choć na wspomnienie zapachu nowego tornistra, plasteliny i ciepła kredek świecowych, które w trakcie rysowania lubiły żyć własnym życiem, jakaś tajemna tęsknota się odzywa. Podobno teraz wszystkie dzieci w pierwszej klasie umieją już czytać i pisać. Ja byłem na tym etapie szczęśliwym analfabetą. Pamiętam malowany na zielono blat ławki i rozłożoną na nim książkę z literkami, wobec której czułem poważne onieśmielenie. Przeczuwałem, że tkwi w niej moc niezwykła, która odmieni moje życie. I nie myliłem się.

Od tamtej pory każdy elementarz może liczyć na moje zainteresowanie. W końcu ta właśnie książka otworzyła mi oczy na cały kosmos ludzkiego dorobku i przeniosła w światy nieskończonej wyobraźni. Jakże więc mogłem przejść obojętnie, widząc okładkę, która już samym tylko tytułem Ah! Co za prześliczne abecadło, przyciąga wzrok. Nie mówiąc o tym, że publikacja została wydana 131 lat temu w Warszawie – mieście, które jeszcze przez ponad ćwierć wieku musiało znosić podległość carowi.

 

Ślad zaborcy widać na dole okładki. Elementarz, jak każda publikacja, musiał być okazany rosyjskiemu cenzorowi, który pozwalał lub nie, na druk. W tym przypadku pozwolił 20 maja 1887 roku, o czym głosi informacja podana cyrylicą.

 

To najcieńszy elementarz, jaki do tej pory widziałem. Liczy osiem kartek. Tak, nie pomyliłem się – osiem. Zresztą, za chwilę wszystko wyjdzie na jaw, kiedy pokażę całą zawartość. Od pierwszej do ostatniej strony.

Najpierw pomysł nauczenia dziecka sztuki czytania na podstawie tak wątłego materiału wydawał mi się trudny, może i karkołomny, choć nie niemożliwy. Im jednak dłużej przypatrywałem się strukturze, tym bardziej byłem przekonany, że w skondensowanej formie tu jest wszystko, czego potrzebuje taka publikacja.

Każda strona poświęcona jest trzem lub czterem kolejnym literom alfabetu. Uroczo staroświeckie rysunki pomagają kojarzyć hasła. Przy literze A w kolumnie po prawej wymieniono wszystkie samogłoski, zaś w dalszej części obok pozostałych samogłosek pokazano zamiast tego cyfry od 1 do 10.

W dzisiejszych elementarzach armata i bójka z pewnością nie służą nauce dwóch pierwszych liter, ale Falski w powojennych wydaniach od armaty też zaczynał.

 

Kolumny obok spółgłosek tworzą cząstki wyrazów, które można utworzyć na podstawie rysunków. Trzeba przyznać, że dobór robi wrażenie. Dróciarz (nic nie poradzę, tak wtedy pisano), ekwipaż, Etna, flis i fuzja nie kojarzą się z możliwościami współczesnego kilkulatka. Co oni mieli w podręczniku do polskiego w wyższych klasach?

 

Na kolejnej stronie ciąg dalszy wrzucania na głęboką wodę. Przykłady na H mogłyby spokojnie trafić do dyktanda dla dorosłych, a nie jestem też przekonany, że słowo infuła jest powszechnie rozpoznawalne jako nakrycie głowy dostojników kościelnych, czyli inaczej – mitra.

 

Na stronie czwartej chwila wytchnienia; wszystko znajome. Przyznaję z pewnym wahaniem, że sprawiało mi przyjemność dopasowywanie obrazków do dwuliterowych początków. Ech, ta nieuleczalna tęsknota, żeby wrócić do podstawówki i zaczynać (nie tylko ją) od nowa.

 

Nie opuszcza mnie podziw dla wszechstronnej wiedzy pierwszoklasisty w drugiej połowie XIX wieku. Zauważmy przy okazji, że były to czasy odległe od poprawności politycznej, więc Murzyn znalazł się pod jakże kompromitującym M, dziś dzieci poszukują go pod oświeconym C.

 

Nieśmiało, w małym okienku na dole pojawiła się litera Q. Sprawdziłem, Falski w swoim Elementarzu ostentacyjnie ją pomija. I słusznie; ku nie kojarzy się dobrze, bo rozpoczyna różne brzydkie słowa.

 

Co to umbrelka? Starsze dzieci, oglądające właśnie tę stronę mogą nie wiedzieć, więc spieszę z wyjaśnieniem. Kiedyś nazywano tak abażur, ale również parasolkę od słońca i, jak widać na rysunku, daszek osłaniający oczy mężczyzny. Ten, jako żywo, przypomina Ebenezera Scrooge’a z Opowieści wigilijnej Dickensa. Uśmiech na twarzy świadczyłby, że odwiedziny ducha Jakuba Marleya ma za sobą.

 

Zdaje się, czasy były wtedy inne, o czym świadczyłaby z kolei strona ostatnia. W pobożnym zwrocie, który patronuje literom X oraz Y, daje się słyszeć i benedyktyńskie ora et labora, i echo pozytywistycznej (to te czasy) zasady utylitaryzmu – to, co dobre jest pożyteczne.

Dla roweru przeznaczono literę W, bo nazywał się wtedy welocyped.

 

Nauka czytania przy pomocy elementarza sprzed prawie półtora wieku? Nie mam żadnego kilkulatka „pod ręką”, ale coś mi się zdaje, że byłby to ekspresowy kurs zakończony ofiarowaniem dziecku którejś z powieści Dostojewskiego.

Tylko na kim by ten eksperyment przetestować. Jakoś dziwnie pusto zrobiło się w pobliżu.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

DWA ELEMENTARZE. KTÓRY WOLISZ?
01.09.2016
A PAMIĘTASZ, DZIĘKI KOMU PRZESTAŁEŚ BYĆ ANALFABETĄ
23.07.2015