BEATA PAWLIKOWSKA „JAK POKOCHAĆ SIEBIE?” (RECENZJA)


Jesteś przytłoczony tonami poradników zalegających kilometry półek w księgarniach? Zasadami slow, wylewającymi się z każdego zakątka internetu, bez których Twoje życie niechybnie stanie się pospiesznie przeżytym koszmarem? Światłymi radami, jak żyć, które podsuwa na swoim blogu absolwentka podstawówki? Bo ja tak. Ani myślę jednak się poddawać i wiedząc, że mam zaprawionych w lekturowych bojach czytelników, dziś jeszcze jeden poradnik Ci podsuwam. Właściwie to są dwa posuwiste ruchy. Podsuwam i od razu, przepełniony empatią, odsuwam. Wszystko dlatego, że Beata Pawlikowska zdecydowała się napisać kolejną książkę. Przeżyłem, wychodzę z tej lektury poturbowany, ale wzmocniony. Teraz już wiem – byle gniot mnie nie złamie.

Autorka od pewnego czasu produkuje książki taśmowo. Kilka rocznie? Żaden problem. Poza jednym, który zawsze trapi produkcję na masową skalę – jakością. Bez owijania w bawełnę, z najnowszą pozycją Pawlikowskiej „Jak pokochać siebie?” poradziłem sobie tylko dlatego, że na ponad stu czterdziestu stronach umieszczono dużo obrazków.

Jest to forma poradnika odpowiadającego na tytułowe pytanie i kilka pomocniczych, dotyczących odnalezienia radości, unikania pustki, wprowadzania do swojego życia zmian, wzmocnienia pewności siebie. Tematy ważne i nie nowe, w końcu najtęższe psychologiczne głowy zajmują się nimi od stuleci. Zawsze można do tego przepastnego skarbca wiedzy coś dołożyć, pod warunkiem, którego nietrudno się domyślić.

Nie wiedzieć czemu, książka kończy się podaniem siedmiu przepisów kulinarnych. Muszę pamiętać, żeby do garnka wkładać najpierw marchew, bo należy do żywiołu Ziemi, a dopiero potem por, bo jest żywiołem Metalu. A posolę to wszystko, jakim żywiołem? Nie zgadniesz.

Co mnie tak w tej publikacji zirytowało? Najkrócej – wszędobylski banał i frazes. Ileż to razy w życiu czytałem, słyszałem podobne zestawy haseł, przypominające z wierzchu wykwintne czekoladki, po rozpakowaniu okazujące się pospolitym, niejadalnym ersatzem. Mylę się? Proszę, oto próbka stylu:

„zobacz

jakie niezwykłe rzeczy

dzieją się na świecie!

jakie niezwykłe rzeczy

robią niektórzy ludzie!

Ty też możesz!

Wszystko jest możliwe,

a każda rzecz zaczyna się

w twoim umyśle

jako pomysł

postanowienie

działanie

i sukces!

Ty też możesz

cokolwiek zechcesz”

Trochę mi to przypomina skandowane z entuzjazmem hasła przedstawicieli handlowych w niektórych firmach, mające zdopingować do dalszego owocnego działania, a trochę pomysły, by na drzwiach lodówki naklejać karteczki z celami do spełnienia. Żeby czasem, o zgrozo, priorytetów nie stracić z oczu.

Mam się nie krępować? Wszystko jest możliwe? Naprawdę mogę, cokolwiek zechcę?

Jeśli dziewięćdziesiąt stron dalej ponownie widzę: „Uwierz w siebie! Wszystko możesz. Wszystko jest możliwe!” to jestem już bez reszty przekonany. Biorę bloczek i zapisuję: „Zamieszkam w rezydencji w Konstancinie (swojej)”, „Kupię Maserati (w salonie)”, „Będę zdrowy (zawsze)”, „Nie wypiję wina poniżej poziomu Chambertin Gran Cru (nigdy)”. Tak mi dopomóż Beato Pawlikowska!

Znacie pocztówki z kwiatkami albo strumykiem, polną drogą, górskimi szczytami i z umieszczoną pod spodem banalną złotą myślą. Pawlikowska zawartymi w swojej książce zapewniłaby pracę kilku wydawnictwom:

„W życiu tak naprawdę chodzi o to, żeby rozglądać się dookoła siebie i chcieć znaleźć coś pięknego.”

„Bez pośpiechu zbieram nasiona. Wkładam je do ziemi mojego umysłu i mojej duszy. Podlewam uśmiechami i pozytywnym myśleniem.”

„Adoptuj siebie. Adoptuj siebie, tak jak się adoptuje bezdomne dziecko albo bezdomne zwierzątko.”

„Seks jest wspaniałą wymianą dwóch szczęśliwych dusz, które łączą się ciałem.”

Nie wiem, skąd się bierze przekonanie autorki, że jeśli będę powtarzał jak mantrę wymyślone przez nią magiczne zaklęcia (roi się w książce od takich wielozdaniowych zestawów, często powtarzanych, w porywach do pięciu razy!) to zaczną się spełniać. Skąd wiara, że ucukrowane, pozbawione oparcia w twardej rzeczywistości, życzeniowe myślenie zmieni moje życie, także traktowanie samego siebie i jeszcze innych. I dlaczego mam zakładać, że coś jest ze mną nie tak i powinienem przejąć się radami w stylu: „Zaopiekuj się swoim życiem. Adoptuj swoją duszę.”

Jestem złośliwy? No jestem, ale też nie nie pamiętam, kiedy ostatnio lektura podziałała na mnie tak silnie – szukam łagodnego określenia – pobudzająco. „Jak pokochać siebie” ma w podtytule: „Podręcznik życiowej przemiany”. Zgodzisz się, że mniejsza lub większa, jakaś jest zawsze wskazana, więc za radą autorki: „Porusz jeszcze raz tym palcem i powiedz do niego coś miłego. Tak, serio. Powiedz coś miłego do swojego palca. Czujesz, jak się ucieszył?”

Zadzwoniłem do punktu skupu makulatury. Okazało się, że za trzydzieści deka książki dostanę sześć groszy. To dobra cena.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

JEST JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI „TYTANICZNYM GRAFOMANEM”?
25.05.2018