BEZ GWIAZDY NIE MA JAZDY? PEWNE, ŻE STARY MERCEDES JEST PIĘKNY


Nie tylko ja stanąłem jak wryty. Niemal każdy, kto wychodził z bocznej alei na główny plac centrum handlowego, zatrzymywał się i zbierał myśli, gdzie się właściwie w tej chwili znalazł. Oto wśród eleganckich sklepów, błyszczących witryn stała, na pierwszy rzut oka, kupa zardzewiałego żelastwa na czterech wielkich kołach. Kiedy już wzrok się oswoił i pierwszy szok minął, można było dostrzec, że to najprawdziwszy Mercedes w otoczeniu innych modeli tej marki.

Daleki jestem od wielbienia galerii handlowych, ale muszę przyznać, że od czasu do czasu potrafią zaskoczyć niebanalną ofertą kulturalną, często na pograniczu edukacji i artyzmu. Tak było i tym razem. Bo wiele starych samochodów nie da się inaczej określić jak dzieła sztuki. Otwierający wystawę, a tym bardziej pozostałych kilkanaście, mimo że prowokował surowością, do nich też się zaliczał.

 

Mercedes Knight z 1918 roku, bo taką zapomnianą dziś nazwę model nosił, wyprodukowany został w niewielkiej ilości 5350 sztuk. Skąd ta nazwa? Okazuje się, że Knight był oznaczeniem systemu silników wymyślonych przez amerykańskiego inżyniera, Charlesa Yale’a Knighta, który zainspirował się systemem parowym zasilającym piłę tnącą jego ojca.

 

Licencję na produkcję otrzymywali jedynie najlepsi; oczywiście, główny projektant marki Mercedes, Paul Daimler, też ją dostał. Rzecz w tym, że silniki Knighta wymagały niezwykłej precyzji w trakcie produkcji, a na nią stać było wtedy niewielu.

 

Trzy parametry robią wrażenie: pojemność silnika – 4080 cm³, moc – zaledwie 50 KM i spalanie na poziomie 23 litrów.

 

Dość szybko, bo już w 1926 roku, zaprzestano produkcji tych niezwykle cichych i trwałych bezzaworowych silników, które zdążyły odnieść sukcesy w sporcie motorowym (w 1913 roku wygrana w Grand Prix belgijskiego automobilklubu ze średnią 99,7 km/h i zajęcie piątego miejsca w prestiżowym Indianapolis 500). Powodem były wysokie koszty produkcji.

 

Pora na szyk i elegancję. Przed Państwem Mercedes 380 – W22. Ten piękny samochód z 1933 roku, uhonorowany nagrodą na Concour’s d’Elegance w Barcelonie,  zachował się w europejskich kolekcjach w ilości zaledwie pięciu egzemplarzy.

 

Czytam w opisie modelu, że właśnie ten zapoczątkował erę sportowych samochodów. Spójrzmy na dane: napędzany był ośmiocylindrowym silnikiem o słusznej mocy 3769 cm³ i 120 KM. Jak to się przekładało na osiągi? Prędkość maksymalna to zaledwie 137 km/h przy średnim zużyciu na poziomie 25 litrów.

Samochód kosztował 19500 marek; sprawdziłem – robotnik niewykwalifikowany zarabiał w latach trzydziestych ok. 2000 marek rocznie, a pensja nauczyciela wynosiła 4800 marek. Skoro już o pieniądzach – popularnością cieszył się wtedy program oszczędzania na Volkswagena „Garbusa”, który kosztował 990 marek. Zakładano pracownikom specjalne konta, na które mogli wpłacać 5 marek tygodniowo. Po zebraniu 750 marek mieli otrzymać samochód – w teorii. W praktyce, w ramach programu nikt nie otrzymał samochodu, a pieniądze skonfiskowano w 1939 roku na zbrojenia.

 

Wreszcie rarytas nad rarytasy. Wierna, jeżdżąca replika Patentwagen Nummer 1 z 1885 roku, pierwszego samochodu z silnikiem spalinowym. A wszystko zaczęło się od roweru. Karl Benz, miłośnik wypraw na swoim starym welocypedzie o poetyckiej nazwie „Kościotrzep”, w czasie jednej z nich wpadł na pomysł skonstruowania pojazdu, który nie jeździłby po szynach, był lekki, bezpieczny i stabilny na zakrętach.

 

Z dzisiejszego punktu widzenia ten pojazd jest raczej luźną wariacją na temat samochodu, co nie zmienia faktu, że wygląda nieziemsko. Posiada trzy koła, silnik jednocylindrowy umieszczony z tyłu o pojemności 954 cm³ i „zawrotnej” mocy, uwaga!, 1,5 KM. Czy to w ogóle jechało? Owszem, z prędkością do 16 km/h.

 

W tym czterosuwowym silniku nie było nawet gaźnika. Zamiast niego miał pojemnik z włóknami nasączonymi paliwem, doprowadzanym do cylindra przez odparowanie. Co ciekawe, do tego modelu można je było kupić wyłącznie w aptece.

 

Pojazd miał wiele nowinek technicznych. Zbudowano go nie na ramie drewnianej, ale ze stalowych rur pokrytych drewnianymi panelami. Koła miały również stalowe szprychy i gumowe opony według pomysłu Benza. Kierowanie odbywało się za pomocą uzębionego stelaża, poruszającego przednim kołem.

 

Pokazałem zaledwie trzy z dwudziestu prezentowanych na wystawie Mercedesów. A trzeba wiedzieć, że jest to zaledwie mała część prywatnego zbioru zabytkowych samochodów, należąca do czeskiego kolekcjonera Ladislava Samohyla. Całość liczy, bagatela, ponad trzysta pojazdów.

 

Wkrótce kolejny odcinek o legendarnych modelach firmy Mercedes. To nie tylko kawał historii motoryzacji, ale niesłychana gratka dla wszystkich miłośników pięknego designu. Wreszcie, to sentymentalny powrót do czasów, kiedy samochód nie był tylko środkiem do przenoszenia się z miejsca na miejsce, ale czymś z pogranicza baśni i fantazji.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

AUTOSTRADY. JAK TO SIĘ ZMIENIŁA POLSKA
05.09.2019
MERCEDESY TRZY. ALE ZA TO JAKIE!
28.02.2019
UCZTA DLA OKA. MERCEDES RETRO – ODSŁONA DRUGA
30.11.2018
MOTOCYKLE. NIE JEŻDŻĘ, A UWIELBIAM
12.06.2018
VINCENT CURCIO „HENRY FORD” (RECENZJA)
05.11.2017
STARE AUTA ELEKTRYZUJĄ, CHOĆ NIE ELEKTRYCZNE
25.06.2017
AUTA RETRO. I DLATEGO TAK OLŚNIEWAJĄ
16.06.2017
Wnętrze samochodu
CZY AUTO MOŻE BYĆ GRATEM
18.07.2015