BIBLIA CODZIENNIE I PRZEZ LATA. POLECAM


Z reguły Biblia leży na moim biurku otwarta, założona niebieską wstążką w miejscu, gdzie skończyłem lekturę. Czytam ją codziennie, po kilka stron, a lektura całości zajmuje mi trzy lata. Po nich, w przeddzień urodzin kończę ostatnie zdania Apokalipsy, by następnego dnia, z uczuciem czekającej mnie wielkiej przygody, rozpoczynać lekturę od słów: Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Tak się dzieje już po raz czwarty. Co mi daje rytuał czytania Księgi od początku do końca?

Z 1440 minut, jakie ma doba, na czytanie Pisma Świętego przeznaczam mniej więcej kwadrans. Po latach to dla mnie najlepsza „przećwiczona” dawka. Pięć minut – tak kiedyś rozpoczynałem – jest czasem zbyt krótkim, aby zanurzyć się w atmosferę tekstu, zaś trzydzieści zbyt długim, abym utrzymał skupienie i koncentrację. Jasne, że inaczej czas biegnie przy lekturze Księgi Daniela albo Psalmów, inaczej w trakcie przedzierania się przez wymiary i wyposażenie świątyni jerozolimskiej skrupulatnie podane w Księdze Królewskiej. Jak w życiu i tu przeplata się radość odkrywania piękna ze zgodą na męczący mozół, który nie od razu ujawnia sens.

No właśnie – odkrywanie. Nawet te bardziej znane fragmenty, czytane właśnie po raz czwarty, potrafią zaskoczyć nowym znaczeniem. Różne sprawy mają z tym związek: doświadczenie życiowe, nowe lektury, wiek, a najbardziej, że – jak ktoś powiedział – Biblia wyjaśnia się sama przez się. Im lepiej poznaję całe Pismo, tym bardziej kreśli się sens i poszczególnych fragmentów, i niezbędnej obecności całych ksiąg w nie mającym końca odkrywaniu sacrum Tajemnicy.

Szkoda, że niewielu Biblia przyciąga. Agnieszka Kołakowska, jak przystało na córkę Leszka Kołakowskiego, ze swadą i polemicznym zacięciem opisuje w książce Plaga słowików, pewną akcję ministerstwa kultury Izraela. Otóż będąc w Tel Awiwie, zdumiona zauważyła kampanię reklamową z mnóstwem plakatów, na których widniały cyfry 929 i hasło: Czytamy razem Tanakh.

Wszystko staje się jasne, gdy wiadomo, że 929 to liczba rozdziałów w Starym Testamencie, a Biblia po hebrajsku to Tanakh. Wśród wielu przedsięwzięć towarzyszących akcji, ogromną popularnością cieszyło się komentowanie przez pisarzy, artystów, dziennikarzy, biblistów jednego jej rozdziału zamieszczonego codziennie na stronie internetowej. Kołakowska pisze, że tłumy czytelników uwodził duch ciekawości, nieskrępowanej refleksji komentatorów, żywiołowej interpretacji.

(…) celem tego przedsięwzięcia było zachęcanie wszystkich, wierzących i niewierzących, ultraortodoksyjnych i całkiem od religii oddalonych, do uczestnictwa w swobodnej i jak najszerszej dyskusji o Biblii, by poczuli się wspólnymi spadkobiercami tego najważniejszego dla nas wszystkich, podstawowego dla naszej cywilizacji tekstu; by w jakiś sposób się wokół niego zjednoczyli, czy nawzajem do siebie przybliżyli, przypominając sobie, że łączą ich pewne wspólne wartości.

My też w Polsce mamy taką akcję – w ramach Tygodnia Biblijnego odbywa się po raz czwarty Narodowe Czytanie Pisma Świętego. Tylko że po jednodniowym apelowaniu o lekturę Księgi potem nic się nie dzieje. Dla niewierzących to nadal dawne podania i legendy, dla wierzących tekst zbyt trudny i męczący. Nie należy też zapominać o sporej grupie przekonanych, że znają go dobrze, w końcu czytany jest na każdej Mszy świętej. W efekcie przeciętny katolik zna Pismo Święte gorzej niż protestant. Krótko mówiąc, wiedza o dziele tworzącym korzenie naszej kultury stoi na żenująco niskim poziomie.

Można jeszcze wybaczyć Władysławowi Gomułce, który niegdyś stwierdził na Plenum PZPR: Jak mówi stare przysłowie, nie samym chlebem człowiek żyje. Pewnie doznałby szoku, gdyby wiedział, że cytuje nie tylko Biblię, ale jednocześnie jej trzy księgi naraz (Pwt 8,3; Mt. 4,4; Łk 4,4).

Trudniej za to wybaczyć ignorancję dzisiejszemu pokoleniu młodej inteligencji. Dobrze ilustruje ten stan rzeczy wspomnienie ze spotkania autorskiego z ks. Jerzym Szymikiem. Autor opowiadał o swoim zdumieniu, kiedy okazało się, że wers jego wiersza zawierający słowa przepowiedni z Księgi Daniela: mane, tekel, fares, które pojawiły się na ścianie pałacu babilońskiego władcy Baltazara, był dla wszystkich niezrozumiały.

Do kogo mówił poeta? Do studentów teologii. Posługiwał się – pewny zrozumienia wśród słuchaczy – pewnym kodem kulturowym, którego znajomość powinna dotyczyć w tym samym stopniu wierzących i niewierzących.

Biblia od niemal dwóch tysięcy lat jest towarzyszącym nam elementem codziennego życia i języka. Tak stałym i głęboko tkwiącym, że gołym (świeckim) okiem często tego nie widać. Cóż, codzienna lektura Pisma Świętego uzmysłowiła mi jedno: jeśli chcę zrozumieć siebie i świat, muszę nieustannie sięgać do korzeni, biblijnych i oczywiście także antycznych. Bez ich znajomości ani rusz.

Co więc zrobić, aby historie, takie jak ta z towarzyszem Gomułką i niedoszłymi teologami nie miały miejsca? Rozwiązanie podsuwa cytowana już Kołakowska: (…) nauka Biblii w szkole. Nie nauka katechizmu, która byłaby ograniczona do katolików, ani też nauka o wszystkich religiach świata, jaką się uprawia np. w Anglii, z takim skutkiem, że dzieci nie odróżniają Wielkanocy od Bożego Narodzenia, ani islamu od judaizmu, lecz po prostu czytanie Biblii. Dla chrześcijan i żydów, dla wierzących i niewierzących, Biblia, a zwłaszcza Biblia hebrajska, pozostaje największym dziełem zachodniej literatury. 

Więc może jednak. Po kilka stron lektury codziennie przez trzy lata. Z wypracowaną praktyką, która staje się rytuałem dodającym sensu każdemu dniowi. Z czekającą na końcu nagrodą – po ostatnich zdaniach Apokalipsy, jedynym w swoim rodzaju uczuciem towarzyszącym zamknięciu Księgi. Jakby się zamykało ważny, dobry etap w życiu.

A już następnego dnia otwarcie jej na początku. I wyruszenie ponownie w Drogę.   Jeśli w gestach zamykania i otwierania zawierać się może symbolika to oba mają w sobie niepowtarzalną.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

CZY CHCIAŁBYM UMRZEĆ „NAGLE I NIESPODZIEWANIE”
31.10.2019
„ŁOBUZY. GRZESZNICY MILE WIDZIANI” (RECENZJA AMBIWALENTNA)
05.10.2018
EDYTA STEIN, LUBLINIEC I PIĘKNO URZECZENIA
14.08.2018
DARIUSZ ROSIAK, ZIARNO I KREW (RECENZJA)
18.10.2017
MICHEL HOUELLEBECQ „ULEGŁOŚĆ” (RECENZJA)
14.11.2016
ORZECHOWSKI „MÓJ SĄSIAD ISLAMISTA”. O NASZEJ PRZEGRANEJ
19.07.2016