BIELSKO – BIAŁA. A KOLOR ZIELONY?


Przyjedź do dużego miasta i odpocznij na łonie natury. Brzmi paradoksalnie. Postaram się udowodnić, że niekoniecznie. Jak to możliwe? Zapamiętałem z ubiegłorocznych eskapad, że Bielsko – Biała posiada dużo parków. Wróciłem w maju, aby sprawdzić, czy znajdę coś jeszcze “zielonego”, czym można by uzupełnić samotną “białą” w nazwie. No i utknąłem na dłużej, a zaskoczenie, że miasto jest tak wymarzonym miejscem do wypoczynku, nie wspominając o tym, że może być bazą wypadową w Beskid Śląski i Beskid Mały trwa i trwa.

CYGAŃSKI LAS I KOZIA GÓRA

Jeśli chciałbyś się naprawdę zmęczyć lub naprawdę zrelaksować – wybierz to miejsce położone w południowej części miasta. Trasy prowadzą w stronę Koziej Góry (683 m). Szerokimi ścieżkami bez większego trudu wchodzą nawet rodzice z dziećmi (dojście na szczyt zajmuje około godziny), a na zboczach w tym czasie szaleją ekstremalni rowerzyści.

Szlak wiedzie pięknym lasem bukowym, ale ma jeszcze jedną atrakcję: pozostałości najdłuższego przed wojną w Europie toru saneczkowego. Ponad dwa kilometry długości i trzydzieści zakrętów do dziś robią wrażenie. Zamknięto go dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Kiedy oglądam kamienne wiraże i niskie murki nie dziwię się śmiertelnym wypadkom, jakie tu miały miejsce. Ruiny porastające mchem przypominają fosę zamczyska.

Napotkani rowerzyści, jeśli tylko nie mignęli w szaleńczym pędzie zjeżdżając w dół, zgodnie zachwycali się przygotowanymi dla nich trasami. Turysta pieszy nie ma na nie wstępu, a oni nie przeszkadzają piechurom. Prawdziwa rekreacyjna symbioza.

Na zboczach Koziej Góry i Szyndzielni otwarto niedawno, po trzech latach przygotowań, cały kompleks górskich ścieżek rowerowych (tzw. single tracków) Enduro Trails. Wytyczono dziesięć z czterema stopniami trudności do zjazdów, o łącznej długości ponad dwudziestu kilometrów oraz jedną trasę podjazdową o długości prawie pięciu. Jestem rowerzystą nizinnym, więc sam widok najtrudniejszej trasy czarnej – stromej, ciasnej, śliskiej, z sekcjami wystających korzeni, głazów, uskokami terenu i nachyleniem dochodzącym do osiemnastu procent, śni mi się po nocach. A oni zjeżdżają żywi, choć nie zawsze jednak cali.

Wszyscy odwiedzający Cygański Las spotykają się na szczycie Koziej Góry, w niedużym schronisku Stefanki, którego początki sięgają końca XIX wieku. Atmosferę wspólnoty tworzy pani wykrzykująca przez megafon: “pierogi z serem raz!”, “dwie pomidorowe!”, “fasolka do odebrania!”.

Z okolic szczytu podziwiać można widoki na okoliczne góry i miasto.

BŁONIA

Jeśli komuś aktywnego wypoczynku mało, po zejściu z Koziej Góry bez trudu znajdzie na Błoniach, największym terenie rekreacyjnym Bielska – Białej, kolejne atrakcje. Jest nowoczesny plac zabaw, miasteczko rowerowe z wypożyczalnią rowerów, skatepark, dwa tory pumptrack  ( jeden dla małych dzieci), siłownia zewnętrzna, minigolf, boisko do gier zespołowych. Widać, że Błonia są miejscem lubianym przez mieszkańców, spotkać tu można całe rodziny.

DOLINA WAPIENICY

Remontowana ulica i znak zakazu wjazdu. Nie byłem szczęśliwy, że czeka mnie ponad kilometrowe dojście do parkingu. Po kwadransie okazało się, że dzięki temu odkryłem jeszcze jedną zieloną atrakcję miasta, o której rzadko się wspomina. Najpierw zobaczyłem za płotem starannie pielęgnowany ogród dendrologiczny, czyli miejsce, w którym kolekcjonuje się drzewa i krzewy. Chwilę później budynki bielskiego nadleśnictwa. Ogród można zwiedzać przez cały dzień. Wstęp wolny.

Wreszcie za łukiem nowej drogi rozległy parking. Dawno nie widziałem tak ładnie położonego. Łagodnie wznoszący się szlak wytyczono tuż obok.

Po kilku minutach marszu dociera do mnie, że jestem nadal w granicach Bielska. Tymczasem Dolina Wapienicy długości czterech kilometrów, otoczona szczytami Beskidu Śląskiego: Palenicą, Błatnią, Trzema Kopcami i Szyndzielnią wydaje się położona nie wiem jak daleko od najbliższego miasta. Bielszczanie mają powód do dumy; dolina, przez niektórych nazywana Doliną Luizy od imienia księżnej Sułkowskiej, która tutaj często bywała, jest jednym z ostatnich w Europie terenów dzikiej przyrody znajdujących się w granicach dużego, niemal dwustutysięcznego miasta.

Szeroka, najpierw asfaltowa, potem szutrowa trasa pomieści wszystkich. Zakochanych i biegaczy, uprawiających nordic walking i deskorolkarzy, mamy z dziećmi i rowerzystów. Dla ochłody zawsze można zboczyć kilkanaście metrów i zanurzyć się w lodowatej wodzie, to z jednej, to z drugiej strony, płynących potoków.

W połowie drogi widzę największą atrakcję w Dolinie Wapienicy – sztuczny zbiornik wodny utworzony przez spiętrzenie wód rzeki Wapienica i zaporę Prezydenta Ignacego Mościckiego zbudowaną w latach 1928-1932. Szkoda, że wstęp na nią jest niemożliwy, pozostaje oglądanie zza płotu albo podziwianie widoku na zalew i Błatnią z tarasu kawiarni Krzywa Chata. Obostrzenia są zrozumiałe – jezioro Wielka Łąka, jak nazwano zbiornik, gromadzi wodę pitną.

Z Doliny Wapienicy prowadzi malowniczy, żółty szlak na Szyndzielnię. Ale o tym, i nie tylko o tym, już wkrótce w drugiej części.

Co tu kryć, Bielsko – Biała to jedno z tych miast, których nie da się “zaliczyć” w czasie jednego spaceru, jednego dnia czy nawet jednego urlopu. Niektórzy postanawiają więc pozostać na stałe. Od dawna nie muszą mi tłumaczyć, dlaczego.

Zobacz też:

Bielsko – Biała. Ten szarm, ten wigor

W Bielsku – Białej żaba gra na mandolinie, Amor strzela w głowę

(miniatury po kliknięciu powiększają się)

 


  • Tośka

    Gdyby zebrać Twoje relacje z podróży i fotografie, powstałby pokaźny i bardzo piękny przewodnik po Polsce – po jej najciekawszych, najbardziej urokliwych miejscach. Patrzysz inaczej niż typowy autor przewodnika, wydobywasz to, czego wielu nie widzi i potrafisz się tym dzielić w sposób intrygujący, tym samym zachęcić do zwiedzania.

    • Dziękuję. Niebawem jeszcze jedna relacja z Bielska – Białej. I między innymi o tym, co ma wspólnego to miasto z Tatrami.