BOB DYLAN, “KRONIKI” I NOBEL, KTÓRY MNIE NIE OBCHODZI


To dopiero było pełne napięcia podekscytowanie! Każdego roku w październiku otwierała podwoje niecodzienna giełda literacka. Grzebaliśmy z niekłamaną przyjemnością wśród głośnych nazwisk z okrzepłym dorobkiem, choć w rzeczywistości każdy ze znajomych, i ja też, miał od dawna na podorędziu swoją żelazną noblowską listę. Lekko jedynie modyfikowaną, bo zmarł któryś z pisarzy, a inny nagle wyłaniał się z pisarskiego niebytu. Potem następowały emocje związane z ogłoszeniem werdyktu osiemnastu członków Akademii Szwedzkiej. Usłyszane nazwisko rozczarowywało lub cieszyło, ale  w każdym przypadku biegło się do księgarni, aby poznać, odświeżyć. Bo decyzja miała wartość.

Dawne dzieje, chciałoby się powiedzieć. Dario Fo, Gao Xingijan, Vidiadhar Surajprasad Naipaul, Jean-Marie Gustaw Le Clezio, Mo Yan, Swiatłana Aleksijewicz – nazwiska z ostatnich lat. Oczywiście, za każdym razem natychmiast pojawili się znawcy, którzy skonsternowanym prostaczkom wyjaśnili, że mają do czynienia z tekstami arcygenialnymi. Tylko trzeba im powiedzieć, żeby się zachwycali. Ostatecznie, jak wiele z tych nazwisk zdołało się przebić do powszechnej świadomości, na trwałe tam pozostać? I dlaczego również Bob Dylan, tegoroczny noblista, mojego entuzjazmu nie wywołał, choć tym razem to twórca “powszechnie znany i lubiany”.

Niemal każdy ma na jego temat swoją opinię. Żeby dodać więcej, sięgnąłem po jego “Kroniki”. Chciałem poznać człowieka, doświadczanie przez niego świata, literacki styl. Coś, co by mnie przekonało do potwierdzenia: tak, należało mu się, a historia przyzna rację Szwedom, którzy ogłaszając werdykt byli, jak gdzieś przeczytałem, “o krok przed”.

W uzasadnieniu Nagrody usłyszałem, że to za „stworzenie nowego, poetyckiego wyrazu wewnątrz całej amerykańskiej tradycji muzycznej”. Chętnie się dowiem, na czym ma polegać ta nowość (kluczowe w końcu słowo) poetyckiego wyrazu; na razie Bob Dylan jest dla mnie piosenkarzem, autorem tekstów i kompozytorem. To wszystko zebrane razem go tworzy. “Wyjęcie” któregoś z tych elementów powoduje, że przestaje być całością, jaką znamy.

A właśnie z tekstami piosenek, a więc literaturą amerykańskiego barda, niemały kłopot. Co mam na myśli? Stanisław Barańczak przetłumaczył swego czasu “Blowin’in the Wind” – jeden z najważniejszych utworów, o którym powiedzieć, że stał się przebojem to mało. Pieśń była hymnem całego pokolenia. W wykonaniu Dylana przeszła do historii muzyki. Jeśli spojrzeć na zapisane słowa, okazuje się, że z tej energii, żaru nic nie pozostało. Czytając raz po raz, skądinąd świetny przekład Barańczaka, zażenowany pytam: to jest literatura godna Nobla?

Ile oddziela nas granic i rzek
Od sensu, który jest w nas?
Ile mórz ujrzy ptak, nim ocali go brzeg
I długi sen w ciszy gwiazd?
Ile jeszcze eksplozji ogłuszy ten wiek,
Tę ziemię zasieków i krat?
Odpowiedź zna wiatr, odpowiedź gwiżdże wiatr,
Odpowiedź, odpowiedź gwiżdże wiatr.

Ile ostrości powinien mieć wzrok,
By dojrzeć niebo zza chmur?
Ile razy słuch złowi czyjś jęk albo szloch,
Nim wreszcie dosłyszy w nim ból?
Ilu jeszcze na zawsze zagłębi się w mrok,
w ten mrok, co w nich samych się wkradł?
Odpowiedź zna wiatr, odpowiedź gwiżdże wiatr,
Odpowiedź, odpowiedź gwiżdże wiatr.

Widzę ognisko, gitarę i kołysanie gimnazjalistek. W takim razie może warto zuchwale pytać, dlaczego by nie nasz Leszek Długosz, a wcześniej nie Jacek Kaczmarski? Że za mało literackości w ich literaturze w porównaniu z Dylanem?

A jak wygląda twórczość tej trójki na tle dorobku Zbigniewa Herberta, który Nobla nie doczekał?

Profesor Jerzy Jarniewicz, miłośnik Dylana przyznaje w wywiadzie dla radiowej Trójki: “To jest literatura, która nie istnieje samodzielnie. Na białej kartce papieru traci to, co dla niej jest żywotnie ważne, czyli związek z osobą wykonawcy, z głosem, ze sceną.”

Może w takim razie wyjaśniła mi coś lektura “Kronik”, obejmująca okres do 1989 roku. Zapewne dla fanów i znawców współczesnej muzyki rozrywkowej to pozycja ważna i potrzebna. Setki nazw miejsc i tysiące nic nie mówiących nazwisk, które należy sobie wyjaśniać (nie zazdroszczę słuchaczom audiobooków). Na domiar złego, brak chronologii, strzępy faktów, impresje, oderwane wspomnienia, nerwowa wybiórczość.

Cały czas wydawało mi się, że Bob Dylan z łaski opowiada mi o swoim życiu. Jako czytelnik jestem mało ważny i do niczego mu nie potrzebny. I tak, jak na początku lat sześćdziesiątych w Nowym Jorku, w barach Greenwich Village przestał być Robertem Allenem Zimmermanem, a wymyślił Boba Dylana, tak wymyśla swoją biografię i kreuje siebie w myśl zasady: “chcecie Dylana, no to macie. Zobaczycie tego, kogo macie ochotę zobaczyć.”

Szwedzka Akademia zobaczyła w nim laureata literackiej Nagrody Nobla. Bez większych emocji czekam do przyszłego roku. Może przyjdzie pora na literaturę, która obroni się bez muzyki i śpiewu.


  • Teraz czuję się strasznie nie na miejscu, bo Dylan mi się kojarzy włącznie z ogniskami i gimnazjalistkami – sama w gimnazjum grałam ów przytoczony utwór na gitarze, więc coś o tym wiem 😀 Mimo wielu prób podejścia do niego, jego muzyka absolutnie mnie nie rusza, trudno więc, bym doceniała teksty piosenek. Więc jestem mocno poza tematem obecnego Nobla…

    • Poza tematem, zdaje się, pozostaje większość. Mało kto zna teksty, w końcu słucha się piosenek, a nie czyta zwrotki z refrenami. Dlatego dawno tak trudno nie rozmawiało się o literaturze aktualnego literackiego noblisty. Brutalna prawda brzmi, że prawie nikt nie ma ochoty na dyskusję o niej. Może o to właśnie chodzi w tym “kroku przed innymi” Szwedów.
      Gimnazjalistki sobie wyobraziłem, a tu popatrz!

  • basetla

    Dla mnie również ten wybór był zaskoczeniem. W pełni zgadzam się z opinią profesora Jarniewicza i mam nadzieję, że literackiemu Noblowi może już w przyszłym roku zostanie przywrócona, należna mu, ranga.

    • Zobaczymy. Od lat żelaznym kandydatem pozostaje Japończyk Haruki Murakami. Nic dotąd z jego prozy nie czytałem. Wiem, że krytycy kręcą nosami, ale za to czytelnicy ubóstwiają. Trzeba będzie to sprawdzić.