BRONKA NOWICKA „NAKARMIĆ KAMIEŃ” (RECENZJA)


Zastanawiam się, dlaczego ta niewielka, ledwie pięćdziesięciostronicowa książeczka Bronki Nowickiej „Nakarmić kamień” pozostawia mnie tak bardzo obojętnym.  Przecież proza poetycka – z pewnością jedna z trudniejszych form literackich – powinna pobudzić pewne obszary wrażliwości, zaciekawić tajemnicą, a przynajmniej zaintrygować. Bywa jednak równie często, o czym mogłem się nieraz przekonać, paskudnie zastawioną pułapką. Pomyślałem w trakcie czytania, że najczęstszym zapewne powodem znalezienia się w niej są próby udziwnienia na siłę spraw i rzeczy prostych. Dodawania im osobliwych, niby nowatorskich sensów, bez pomocy których radzą sobie doskonale. Bo właśnie pozbawione nadętej, zapętlonej metafizyki wyglądają prawdziwie i tak, jak na to zasługują.

„Nakarmić kamień” jest takim przypadkiem nadęcia. Poza uznaniem dla pojedynczych fraz, w sferze emocji nic nie odnotowałem. Chyba że włączymy do niej zdziwienie. Nagroda Literacka Nike od razu dla debiutantki? A może powinienem – mówiąc o tym wyróżnieniu, które coraz częściej wywołuje wzruszenie ramion – dziwić się własnemu zdziwieniu?

W krótkiej notce biograficznej na ostatniej stronie okładki widzę zdanie na temat zainteresowań autorki. Sformułowano je w stylu, który zawsze mnie usztywnia i niepokoi: „Pola inspiracji, eksploracji, twórczości: Intermedia, Język, Obraz w ruchu.” Czyli w tym worku znajdę wszystko. Pora sprawdzić, na ile zbiór czterdziestu czterech miniatur przynosi coś więcej niż deklaracje tak enigmatyczne i pojemne, że aż puste znaczeniowo.

Już na pierwszy rzut oka widać, że to literatura gęsta, nasycona znaczeniami. Bez najwyższego skupienia nie ma co podchodzić. Choć w spisie treści swojska normalność zwykłej, codziennej rzeczywistości: „Grzebień”, „Zlew”, „Widelec”, „Stół”, „Buty”, „Mydło”, „Patyk”. Pełen dobrej woli natężam moce i po przeczytaniu kolejnej miniatury jedyna niestety myśl, jaka mi przychodzi do głowy brzmi: czy autorka zapisując ciąg skojarzeń, błyski wspomnień nie puściła wodzy fantazji w stopniu tak nieskrępowanym, że gubi siebie, a na pewno czytelnika, w labiryncie niedopowiedzenia i bezradnej wieloznaczności?

Rajtuzy

Lubi smak kolana. Latem wyjada go prosto ze skóry, zimą przez rajtuzy, aż wylinieje na język bawełniana sierść. W głowie zatkniętej na kolano dziecko układa rzeczy, które zna.

Mrówka roztarta w palcach pachnie octem. Motyl ma puder. Kret frak. Po skórze da się toczyć szare wałki brudu. Starych ludzi czuć barszczem. Za paznokciami jest masło, w które wchodzą drzazgi. Są garbaci i szaleni ludzie, ale nie psy i ptaki. Ssąc słone kolano, dziecko wie: jedyną rzeczą, która oddziela człowieka od świata, jest skóra. Dzięki niej nie wsiąka się w bezmiar rzeczy.

Nie zazdroszczę polonistom w szkołach średnich, którzy chcieliby omówić z uczniami utwory Nowickiej. Wciąż awangardowe formy literackie Białoszewskiego pokrywają się przy nich grubą patyną antycznej klasyki. Nie na wiele zdają się tu interpretacyjne klucze w rodzaju: miniatury pisane są z punktu widzenia poznającego świat dziecka i mozolnego trudu przenikania świata dorosłych.

Temat dobry jak każdy inny, pod warunkiem, że autor dokonując rozrachunku z własnym dzieciństwem nie przywołuje hermetycznych, jemu tylko znanych obrazów, oderwanych wspomnień. Nie podlewa tego sosikiem wysilonej metafory, nie pakuje powstałych frazesów w mamiące wzrok opakowanie. Być może to całkiem niezły sposób na rozprawienie się z własnymi traumami, ale dlaczego katować nim Bogu ducha winnego czytelnika?

A już zupełnie nie zazdroszczę wszystkim, którzy chcieliby podsunąć mocne argumenty dowodzące, że jurorzy Nike dokonali wyboru najlepszego z możliwych. Przypomnę, wśród nominowanych znalazł się i bardzo dobry reportaż historyczny Magdaleny Grzebałkowskiej „1945. Wojna i pokój” (nagroda czytelników), i reporterska opowieść o Ukrainie „Tatuaż z tryzubem” Ziemowita Szczerka. Jest ciekawa, odbiegająca od typowych biografii „W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu” Renaty Lis, czy dojrzały debiut Weroniki Murek – opowiadania „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”.

Odwracając kolejne strony odczuwałem coraz większe znużenie. Pretensjonalny styl formułowania zdań, jakby każde bez wyjątku niosło niesłychaną głębię i moc, w rezultacie prowadzi do zwyczajnego pustosłowia.

Gniazdo jest puste. Uwite pod językiem, ciemne, wilgotne gniazdo dla kamienia. Nic się nie wykluje. Kamień nie przemówi. Nie mówi się, leżąc w wodzie. To niemożliwe, aż woda zamieni się w chmurę. Zanim przetoczy się czas. Wtedy dziecko odnajdzie swój kamień.

A może mój osąd jest krzywdzący. Nie przenikając głębi przebogatych znaczeń i metafor ujawniam źle „przerobione” własne życiowe i literackie zaległości?

Pozostaję jednak przy swoim. „Nakarmić kamień” to dobry tytuł. Niestety, tym razem (na razie?) zamiast kamienia – przedmiotu obrosłego przez wieki w symbolikę mam do czynienia z gruzem – bezładnym, niepotrzebnym rumowiskiem. Może kiedyś z niego coś powstanie. Na razie pożytku nie widzę.