CHRISTIAN EISERT „TYDZIEŃ W KOREI PÓŁNOCNEJ” (RECENZJA)


Autor programów telewizyjnych postanawia wraz z przyjaciółką, fotoreporterką Thanh Hoang, polecieć do Korei Północnej. Dlaczego? Otóż, mieszkając w Niemieckiej Republice Demokratycznej jako uczeń szkoły podstawowej w 1988 roku zobaczył film propagandowy, a w nim ogromną zjeżdżalnię wodną w kolorach tęczy, którą wybudowano w Pjongjangu na polecenie przywódcy Kim Ir Sena. Nigdy później nie udało mu się ponownie jej zobaczyć. Wyrusza więc na poszukiwania i spędza tytułowy tydzień w Korei Północnej. Powód oryginalny. Ważniejsze jednak, czy warto było o tym pisać.

Do niedawna ze wszystkich państw na świecie dwa wzbudzały powszechne zainteresowanie: Kuba i Korea Północna. Odkąd życie na największej wyspie Karaibów w ślimaczym tempie, ale jednak normalnieje, a turystyka kwitnie, w centrum zainteresowania pozostaje tylko dyktatura Kim Dzong Una. Zachęcony okładką, gigantycznym tytułem, który w całości brzmi: „Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata. Reportaż z podróży” i słuszną objętością prawie czterystu stron z emocjami zabrałem się za lekturę. A te, ku mojemu rozczarowaniu szybko opadały i opadały. O co chodzi?

Mówiąc najkrócej, o przegadanie i naiwność. Aż mnie korci dopisać – infantylność. Oto dwoje Niemców, typowych przedstawicieli sytego Zachodu, wybrało się na wycieczkę i patrzy na reżim oczami zdziwionego dziecka. Można by z tego uczynić swoisty walor, ale nie przy podobnych umiejętnościach pisarskich. Bo, niestety, i pod tym względem jest to książka konsekwentna.

Wszystko beznadziejne? Na szczęście, nie. Rzecz w tym, że wyławianie ciekawych fragmentów potrafi nużyć; zmniejszenie objętości o jedną czwartą z pewnością podziałałoby zbawiennie. A przecież relacja zaczyna się tak obiecująco – autor wraz z towarzyszącą mu dziennikarką, Niemką wietnamskiego pochodzenia, po sześćdziesięciu sześciu godzinach podróży ląduje w Pjongjangu, stolicy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Jedynego państwa na świecie, w którym rządy sprawują od 2011 roku dwaj nieboszczycy – Wieczny Prezydent Kim Ir Sen oraz Wieczny Sekretarz Generalny Partii i Wieczny Przewodniczący Narodowej Komisji Obrony Kim Dzong Il. W ich imieniu od pięciu lat troszczy się o kraj najmłodszy syn Kim Dzong Ila – Kim Dzong Un.

Nasi wycieczkowicze łudzili się, że jeśli nie przylecą w grupie zorganizowanej to będą mieli więcej swobody. Po odprawie natychmiast przydzielono im… dwóch opiekunów, nie odstępujących w czasie całego pobytu ani na krok. Tak rozpoczyna się tydzień w Korei Północnej.

W czasie przejazdu  z lotniska do hotelu uwagę przybyszy zwraca wielka liczba szczupłych pieszych. Jeden z opiekunów z dumą wyjaśnia: „- W piątki nie kursuje publiczna komunikacja. Dla wzmocnienia siły narodu. (…) Ludzie przemierzają tutaj przeciętnie trzydzieści kilometrów dziennie. Dlatego w Korei Północnej nie ma problemów z nadwagą i cukrzycą.”

Pewnie z troski o zdrowie mieszkańców buduje się również bloki mieszkalne do czterdziestu pięter, w większości bez wind i bieżącej wody. Co więcej, podróżnicy słyszą, że „- W wielu mieszkaniach nie ma ogrzewania. I to w sytuacji, gdy zimą temperatury spadają do trzydziestu stopni poniżej zera. To czyni Koreańczyków niewyobrażalnie wytrzymałymi. Nawet w trudnościach zachowują przyjazne usposobienie. Proszę zwrócić na to uwagę!”

Do tego dołóżmy skromne państwowe przydziały żywności podzielone na trzy klasy i ponad pięćdziesiąt podkategorii. To wyjaśnia, dlaczego przeciętny Koreańczyk z Północy jest jedenaście kilogramów lżejszy i trzynaście centymetrów niższy od swojego rówieśnika z Korei Południowej.

Niestety, do podobnie interesujących fragmentów trzeba się przedzierać. Na przykład, poprzez takie dialogi (przytaczam urywek!):

„- Jaki mamy dzisiaj dzień?

–  Niedzielę.

–  Dlatego też tak się czuję.

– Czyli jak?

– Przytulnie.

– Moment, coś takiego muszę zanotować.

Otworzyłem swój dziennik. Madame uważa, że w Korei Północnej jest przytulnie.

– Dureń.

– Pozwolę sobie zauważyć, że już drugą noc z rzędu przespałaś ponad osiem godzin.

– Wcale nie.

Na palcach wyliczyłem jej godziny snu. Thanh zbladła.

– Przecież to straszne!”

Tak, to straszne. Za dużo i niepotrzebnie dowiedziałem się, kto zjadł kurczaka i jakie jego części, kto wypił kawę, jaką podano herbatę, kto był w łazience  i ile czasu, a stanowczo za mało o najbardziej zamkniętym i najdziwniejszym kraju świata. Bezkrytyczność i łatwowierność, skupienie na sobie i „finezja” niemieckiego poczucia humoru kładą się cieniem na treści. Tak dużym, że trudno mi zaliczyć książkę do literatury faktu.  Owszem, podróżujący wiedzą, że życie jest w Korei trudne, ale odnieść można wrażenie – do przyjęcia. Zastanawiam się, czy na taką ocenę rzeczywistości nie miało wpływu miejsce urodzenia autora w 1976 roku – Berlin Wschodni.

Dla zainteresowanych tematem będzie to rzecz mało odkrywcza, dla wielu często żenująca. Przykład? Poznajemy przebieg typowej publicznej egzekucji,  kiedy to roztrzaskują pociskiem dużego kalibru głowę skazanego. Spotkany Francuz z niezależnej organizacji kończy relację słowami: „Wtedy pada głową w przód, dokładnie w worek”, a Christian Eisert „dowcipnie” na to: „- Głową w przód? Bez głowy?”

Tydzień w Korei Północnej to z pewnością za mało, żeby uczynić z siebie znawcę tematu, ale wystarczająco dużo, by napisać frapujący reportaż. Nie do wiary, że będąc dziennikarzem można tak bardzo zmarnować szansę. Nie ratują jej nawet dobre i obszerne opisy pobytu w strefie zdemilitaryzowanej, w muzeum prezentów dla Kim Ir Sena, czy samochodu dostawczego zaprojektowanego zgodnie z pomysłem „Ukochanego Przywódcy Kim Dzong Ila”, a który okazał się repliką Toyoty Hiace.

Autorowi udało się przewieźć przez granicę osiemset zdjęć wykonanych w trakcie eskapady. W książce zamieszczono trzydzieści trzy, które do powszechnie znanych właściwie nic nie wnoszą. Kolejne rozczarowanie.

A co z celem podróży? Eisertowi udało się, nie bez problemów, przekonać opiekunów do przejazdu obok wesołego miasteczka, w którym znajdował się park wodny ze zjeżdżalnią w kolorach tęczy. To z niej – w filmie wyświetlanym dwadzieścia pięć lat temu w kinie Sojuz w Berlinie Wschodnim – zjeżdżały szczęśliwe koreańskie dzieci. Zobaczył opuszczone miejsce, zardzewiałe konstrukcje, wraki karuzel. Wyjaśnienie padło natychmiast: „- Nasz Najwyższy Dowódca marszałek Kim Dzong Un, on chce w niedługim czasie odnowić ten park. Wtedy odwiedzicie nas państwo jeszcze raz.”