CHUTNIK „W KRAINIE CZARÓW”. NIE TAKA CHUTNIK…


Wyrazista postać, aktywna feministka, głośna pisarka. Jakoś nam do tej pory nie było po drodze. Wreszcie pierwsze spotkanie za mną. Sylwia Chutnik w zbiorze jedenastu opowiadań „W krainie czarów” opowiada o sprawach ważnych, choć przyziemnych i wywołuje spore emocje. Czy za każdym razem potrafi mnie do swojej wizji świata przekonać, to już zupełnie inna sprawa. Na początek jedno mogę już powiedzieć: nie taka Chutnik straszna, jak ją (niektórzy) malują.

Tytułowe opowiadanie otwierające tom jest, jak przyznaje sama autorka, najbardziej autobiograficzne, a ja sam dodaję – najbardziej też zapadające w pamięć i poruszające. Narratorka rozpoczyna je ładnym zdaniem: „Kiedy byłam bardzo młoda, to byłam też mała, ale niczemu się nie dziwiłam.” Nie znaczy to wcale, że tak już pozostało. Świat wywróciła niespodziewana śmierć uwielbianego dziadka. Każdy, kto stracił bliską osobę wie, jak bardzo wtedy żal czasu nie spędzonego, słów nie wypowiedzianych, bliskości nie odczuwanej.

Trwanie przy zmarłym dziadku leżącym w ogrodzie w czasie burzy i czekanie na prokuratora to pospieszny, sugestywnie oddany, proces dojrzewania bohaterki. A bardziej może próby racjonalizacji tego, co i tak niepojęte na zawsze pozostanie. „Bo jak przyjdzie co do czego, to się nic nie pamięta i tylko płacze nad parą skarpetek. Że nieodwinięte z folii.” Wiarygodny, najlepszy, według mnie, utwór w całym cyklu. Z pojawiającym się gdzieś w tle, nie tylko tu, pytaniem: kiedy właściwie stajemy się dorośli i co to właściwie znaczy.

To opowiadanie – obok kilku innych – broni nierównej, niestety, całości. Na pewno godne uwagi jest opowiadanie „Anna”, o relacjach między zmęczoną życiem kobietą i jej schorowaną matką, która koniecznie chce wrócić do domu w getcie, gdzie siedemdziesiąt lat temu ostatni raz widziała swoich rodziców.  Zresztą, wojenne akcenty pojawiają się w tekstach często tworząc z wydarzeniami dzisiejszej codzienności wciąż otwarte historie.

Czy to chodzi o Żydów straszących w piwnicy domu na Muranowie jędzowatą babcię, która wpada na pomysł niczym z horroru, by tylko uciszyć słyszane przez nią śpiewy („Muranoo”).  Czy o kobiety przeczekujące naloty w czasie powstania warszawskiego i wbrew grozie zajmujące się śmiesznymi błahostkami („Piwnica”). Obojętnie, w jakim stopniu Chutnik odwołuje się do wojny i tak, w ocierającym o reportaż stylu, wraca do „brzydkiej”, nieatrakcyjnej, peryferyjnej współczesnej rzeczywistości.

I właśnie proza życia, gdyby z uporem szukać wspólnego mianownika dla całego zbioru, jest określeniem najwłaściwszym. Bez dwóch zdań, Sylwia Chutnik czujnie obserwuje rzeczywistość, tyle że zbyt nachalnie i niepotrzebnie chwilami chce  przekonać do współodczuwania ciemnej strony egzystencji. Stąd raził mnie sugestywny, ale do bólu przewidywalny monolog prostytutki („Bożena z Poznańskiej”), a wyznanie niedoszłego księdza, który zamordował żonę i teściową zwyczajnie irytuje ledwo skrywaną chęcią „dokopania” Kościołowi („Przeszkadzały”).

Na marginesie, tego typu okazji pisarka nie przepuszcza, więc ich częstotliwość w trakcie lektury zaczyna z czasem nużyć. Przejaskrawienie, tabloidowość potrafią odebrać tej twórczości w dużym stopniu to, co mogłoby świadczyć  o jej największej sile – myślę o autentyczności i wrażliwości. Próby mniej lub bardziej dyskretnego moralizowania i wychowania sobie czytelnika przez dochodzącą do głosu Chutnik – działaczkę społeczną i feministkę zwyczajnie zawodzą.

Zastanawia mnie, jak sensownie połączyć trzy elementy. Tytuł zbioru opowiadań – „W krainie czarów”, zapowiedź wydawcy na okładce, że mam przed sobą teksty o opuszczeniu  „bezpiecznego ogrodu dzieciństwa” i konieczność zestawienia tych faktów z wrażeniami odniesionymi po lekturze. No bo, jak się ma arkadyjska, dziecięca kraina czarów do monologu starej prostytutki, czy do przeżywającej żałobę po zmarłym mężu kobiety, która koi ból rozstania erotyczną przygodą z przyjaciółką z dzieciństwa („Niewinne czarodziejki”). 

Chcę zniechęcić do lektury? Skądże. To, że poziom opowiadań jest nierówny, brakuje konsekwencji, a tu i ówdzie, lepiej lub gorzej pisarka przemyca swoje mocno liberalne przekonania nie przeszkadza w twierdzeniu, że spędzenie z książką dwóch wieczorów nie będzie stratą czasu.  Sylwia Chutnik to świetna obserwatorka życia, nie tego z krainy marzeń, okładek magazynów, ale szarych, gorzkich peryferii.

Nie mam wątpliwości, że to osoba ciekawa ludzi, ich poplątanych losów i wrażliwa. Angażująca się emocjonalnie, zwłaszcza po stronie wykluczonych, życiowo przegranych. Takich, którzy – myśląc o swoim życiu – potrafią powiedzieć, jak bohaterka „Wszystko zależy od pani”: „Ja prenatalnie zostałam zaprogramowana na szmatę do podłogi.” Niestety, podejmowanie tematów społecznych, przy publicystycznych skłonnościach pisarki i wyrazistych poglądach, odbywa się czasem ze szkodą dla formy literackiego przekazu.

Przyznaję, pisarka bardzo konsekwentnie swoim powściągliwym, ale dosadnym i obrazowym opowiadaniem o losach ludzi „niemodnych” skłania do trudnych, gorzkich refleksji. Pewnie dlatego w usta jednej ze swych bohaterek wkłada słowa: „Jeśli opowieść ma kogoś zainteresować, to tylko tak ją wymyślaj, żeby bolało”.

Przyznaję, bolało, ale to bodaj ostatni powód, dla którego – myśląc o tej książce – nie potrafię wykrzesać czytelniczego stanu uniesienia i zachwytu.  



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

KSIĄŻKI DLA NAJMŁODSZYCH. MÓJ BARDZO OSOBISTY KANON (CZ. I)
26.10.2018
TOMEK WILMOWSKI PRZEPADŁ. NA SZCZĘŚCIE POWOLI WRACA
10.07.2018
JEST JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI „TYTANICZNYM GRAFOMANEM”?
25.05.2018
DLACZEGO MIŁOSZ ODCHODZI W ZAPOMNIENIE
15.05.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
STASIUK „OSIOŁKIEM”. PO MELANCHO NA WSCHÓD
16.05.2017
ANNA DZIEWIT-MELLER „GÓRA TAJGET” (RECENZJA)
06.10.2016
JACEK DEHNEL „KRIVOKLAT” (RECENZJA)
09.08.2016
ZBIGNIEW BIAŁAS „TAL” (RECENZJA)
13.06.2016