CICHA NOC BOŻEGO NARODZENIA


Niezwyczajna cisza w ciemności, bo to jedyna taka Cicha Noc. Jeszcze chwila i wydarzy się coś, co raz na zawsze zmieni porządek dziejów. Płacz Niemowlęcia sprawi, że przestawione zostaną za moment tryby historii tego świata i wszystko, choć nic się na pozór nie zmieniło, zacznie się dziać na nowo.

Zawsze jakoś im bliżej Świąt, tym bardziej lubię wyobrażać sobie tamto wydarzenie. Robiłem to już na tyle sposobów, że biblijna scena obrosła niezliczoną ilością wersji i szczegółów.  Najważniejsze jednak – czuję wciąż radość, że Nowonarodzony znów jest z nami. Wkrada się jednak i lęk, jak go naprawdę w brutalnej, pełnej jazgotliwego zgiełku rzeczywistości witamy. Sam wewnętrznie doświadczam, jak ta obca kakofonia i wrzawa biorą się za bary z troskliwie chronioną wizją Bożego Narodzenia.

Nie mam wątpliwości, że w ochronie, czy nawet ocaleniu tego obrazu – nadal nie naruszonego i pozbawionego rys – pomagają mi wspomnienia z dzieciństwa. „Wdrukowane” w pamięć powodują, że ta Cicha Noc mimo upływu lat cały czas wznosi się ponad dokuczliwą przyziemność, choćby nie wiem jakiego kalibru pesymistyczne wnioski i doświadczenia były jej udziałem.

Jakie więc było Boże Narodzenie w moim domu, skoro nadal pozostała we mnie żywa pamięć tych Świąt i radość, że witam małego Wielkiego Gościa? Szczęśliwie długo wierzyłem, że w noc wigilijną za drzwiami pokoju, gdzie stała choinka, rozgrywa się najbardziej tajemnicza historia we wszechświecie. Tak wielka, że nie może jej objąć nawet dziecięcy umysł. A ten, jak wiadomo, nie byle co potrafi obejmować. Oto w moim domu, w niedużym mieście na Górnym Śląsku, zjawia się mały Pan Jezus – Dzieciątko. I Ono we własnej postaci troskliwie układa prezenty pod choinką. Nie żaden Gwiazdor, żaden dublowany święty Mikołaj, ani nawet kochane Aniołki.

Tuż po kolacji wigilijnej, z kuchni przemeblowanej na ten wieczór (drugi raz na śniadanie wielkanocne), z wypiekami na twarzy wpadałem razem z moimi dwoma braćmi do zamkniętego wcześniej na cztery spusty pokoju. Niby dobrze wiedziałem, że pod rozświetlonym drzewkiem znajdę wymarzone podarunki, ale za każdym razem następowała niepowtarzalna, krótka chwila, której wspomnienie potrafię smakować do dziś. Chwila kosmicznej niedowierzającej euforii.

Bo po otwarciu drzwi byłem świadkiem najprawdziwszego cudu. W jaki sposób Ono to sprawiło? I jaką ma niewiarygodną pamięć, że prezenty dla młodszego brata układa rok w rok zawsze po prawej, a dla starszego po lewej. Urodzony pomiędzy nimi miałem najłatwiej. W pokoju było trochę chłodniej. No oczywiście, Dzieciątko złożyło wizytę wchodząc przez uchylone okno. Jak to możliwe? Wiedząc, że potrafi wszystko, nie marnowałem chwili na puste i jałowe rozważania. W końcu nastąpił przecież długo wyczekiwany moment: przed oczami piętrzyły się prezenty, słodycze, nieobecne przez cały rok owoce dosłownie egzotyczne (tak, tak, o grudniowym dotarciu statku  z pomarańczami z Kuby informowały gazety).

Małe serce rozpierała radość – kolejne, jeszcze jedno najpiękniejsze w życiu Boże Narodzenie! Dla takich wrażeń warto było nasłuchiwać cały adwent na roratach.

A dzisiaj? Żywiołową radość zastąpiło docenienie ciszy, która lepiej otula ten niezwykły czas niż gwar rozmów, prawdziwych albo niekiedy udawanych na okoliczność Świąt serdeczności. Tak, przyznaję, bycie sam na sam ze sobą w ciszy nie zawsze bywa wygodne. Nawet, kiedy przychodzi ta jedyna w roku Cicha Noc. Ale właśnie ona pozwala mi zobaczyć nowe, głębsze treści, których pojawienie się jeszcze kilka godzin wcześniej, w gwarnym zamieszaniu, było niemożliwe.

Od wielu lat, właśnie w wigilijną późną noc, a nie pierwszego stycznia, otwieram symbolicznie nową księgę do zapisania w całym nadchodzącym roku. Myślę o tych wszystkich ponad trzystu sześćdziesięciu czystych jeszcze kartach. Wiem, że w ich zapisywaniu mogę liczyć na pomoc Narodzonego, choć jego planów wobec mnie ani nie ogarniam, ani najczęściej nie doceniam i zbyt rzadko za nie dziękuję.

Jest też jeszcze jedna zaleta tej ciszy. Ujawnia ona całe pokłady niespełniającej się, mimo upływu lat, tęsknoty za przeżyciem świąt Bożego Narodzenia doskonałym, czyli takim, które przenika pełnię ich Tajemnicy. Kiedyś byłem tym trochę przygnębiony. Teraz już wiem, że to cel. Uczepiwszy się tej wiedzy mocno wierzę, że nadejdzie pora, kiedy zamieni się on w szczęście pełni poznania. Nie ma więc w tej tęsknocie zawodu, że oto kolejny raz nie przeżywam tak, jak pragnąłbym. Pozostaje raczej spokojna ufność, że kiedyś będzie mi to dane.

Życzę Ci, Drogi Czytelniku, dziecięcego zachwytu Bożym Narodzeniem i wiary, że jest sens w tym wszystkim, co się daje i nie daje ogarnąć rozumem.

 

Na fotografii szopka ołtarzowa w bazylice św. Ludwika Króla i Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Katowicach-Panewnikach.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

BIBLIA CODZIENNIE I PRZEZ LATA. POLECAM
30.04.2020
CZY CHCIAŁBYM UMRZEĆ „NAGLE I NIESPODZIEWANIE”
31.10.2019
„ŁOBUZY. GRZESZNICY MILE WIDZIANI” (RECENZJA AMBIWALENTNA)
05.10.2018
EDYTA STEIN, LUBLINIEC I PIĘKNO URZECZENIA
14.08.2018
„WIGILIA” Z DUŻEJ CZY Z MAŁEJ? WAŻNE, ŻE WYCZEKIWANA
23.12.2017
DARIUSZ ROSIAK, ZIARNO I KREW (RECENZJA)
18.10.2017
MICHEL HOUELLEBECQ „ULEGŁOŚĆ” (RECENZJA)
14.11.2016
ORZECHOWSKI „MÓJ SĄSIAD ISLAMISTA”. O NASZEJ PRZEGRANEJ
19.07.2016