CO CZYTAŁEM W 2020 ROKU I DLACZEGO TAK DUŻO (CZ. 1)


Zanim powiem, ile było książek i jakie, od razu spieszę uprzedzić głosy malkontentów, dla których mój wynik jest taki sobie albo i mizerny. Nigdy szybko nie czytałem, nigdy też nie interesowały mnie zawody na ilość. W związku z tym odkładałem dotąd na półkę przeciętnie dwie pozycje miesięcznie. Za to rok 2020 zamknąłem 39 przeczytanymi książkami, co przełożyć można – dołączając stale czytaną Biblię –  na około 45 stron dziennie. Co się takiego stało, że czytałem znacznie więcej? Ano wydatnie przyczyniły się do tego wirusowe obostrzenia, tym samym czas przymusowo spędzony w domu. Ciekawych czasów dożyliśmy – powinienem życzyć sobie w nowym roku mniejszej ilości przeczytanych lektur.

Pora na odpowiedź, które z literackich wyborów pozostały szczególnie w pamięci.

Przyjrzałem się liście i – co było również dla mnie zaskoczeniem – okazało się, jak wyraźnie wróciłem do klasyki. Nie wiem, czy w myśl (całkiem prawdziwej) zasady, że co dobre zostało już dawno napisane, ale mniej więcej połowa książek to teksty mające w historii literatury swoje trwałe, zweryfikowane przez czas, miejsce. Były w tej kategorii olśnienia? Kilka, ale jedno zajaśniało takim blaskiem, że przyćmiło pozostałe.

Otóż bezapelacyjnie na czoło wysunął się „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza. Jak w życiu bywa, do różnych rzeczy dorasta się w różnym wieku; samokrytycznie wyznaję, że wreszcie dorosłem do tej lektury. Podejść było przecież niemało; najpierw fragmenty w podstawówce, potem liceum, wreszcie wnikliwe studiowanie dzieła na polonistyce i „samodzielne” czytanie ze dwa, trzy razy później. Żadne z nich nie pozostawiło głębszego śladu, poczucia więzi. I nieoczekiwanie, ostatnia lektura w ubiegłym roku spowodowała stan upojnego zachwytu. Oszołomiony w tym samym stopniu pięknem języka, genialnymi opisami i przenikliwą, na wskroś aktualną po dziś diagnozą naszych polskich charakterów, smakowałem cytaty niczym boskie w smaku czekoladki wyjmowane z wielkiej bombonierki. Wracałem do fragmentów, czytałem ponownie, i jeszcze raz, i jeszcze raz.

Po „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza raczej nie sięgnąłbym, gdyby nie jazgotliwe nawoływania do usunięcia, w ramach politycznej poprawności, tytułu ze szkolnych programów. Wyborowi pomogła też wcześniejsza lektura zbioru recenzji Andrzeja Dobosza „Z różnych półek”. Autor, postać wyjątkowa w polskiej kulturze, wymienia tę powieść wśród najważniejszych dla siebie. Przyznaję, z niedowierzającym wahaniem wróciłem do tekstu czytanego w dzieciństwie pewnie w sąsiedztwie „Robinsona Crusoe” i „Tajemniczej wyspy”. Co się okazało? Z jednej strony to bez dwóch zdań literatura przygodowa w najlepszym, chciałoby się powiedzieć, sienkiewiczowskim wydaniu. Z drugiej,  obraz utraconego „poukładanego” świata, za którym wielu dziś tęskni – patriotyzmu, moralnego porządku, trwałych zasad, w tym obecności męskich mężczyzn i kobiecych kobiet, a nie odwrotnie. W rezultacie powieść kojarząca mi się raczej z odbiorcą młodzieżowym potrafiła być zaskakująco „dorosła” i w swej wymowie przynosząca współczesne, choć przyprawione goryczą, wnioski.

Mimo że Jan Józef Szczepański jest pisarzem XX-wiecznym, te same drogowskazy, co u Sienkiewicza są widoczne i w jego twórczości. Naprawdę nie wiem, dlaczego ten jeden z najlepszych naszych prozaików pozostaje w cieniu. Tym razem ponownie sięgnąłem po jego „Polską jesień”, najlepszą – krytycy są zgodni – powieść o polskim wrześniu 1939 roku. Ciekawe doświadczenie, bo wygląda na to, że nasze cechy narodowe pozostają stałe i niezmienne. Że – tak jak u Mickiewicza, Sienkiewicza, ale i Szczepańskiego – mam wciąż do czynienia z identycznymi opisami naszej dumy narodowej, rycerskości, wierności tradycji, gościnności, poświęcenia w imię wyższych wartości, ambicji i zaradności, a jednocześnie niepohamowanymi skłonnościami do pieniactwa, niepotrzebnej brawury, zaściankowości, megalomanii, narzekania.

Lektura „Polskiej jesieni” została poprzedzona wypożyczeniem z biblioteki dobrze napisanej, ale przede wszystkim bogatej w archiwalne fotografie książki Anny Lisieckiej „Wakacje 1939”. Nostalgicznie nastraja obraz wakacyjnie rozbawionych Polek i Polaków, nieświadomie żegnających Polskę, która za chwilę miała w takim kształcie raz na zawsze zniknąć. Ostatnie wakacje II Rzeczypospolitej jawią się niczym bal na Titanicu.

Można by powiedzieć: trafiona, zatopiona. Tak jak idylla Stanisławowa, założonej przez Potockich stolicy Podkarpacia – nieistniejącego miasta, które Nikita Chruszczow kazał w 1962 roku przemianować na Iwano-Frankiwsk. O swoim mieście rodzinnym, o z reguły zgodnym współżyciu ludzi różnych narodowości, kultur i religii w pasjonującej książce „Kres Kresów. Stanisławów” pisze Tadeusz Olszański. Trudno uwierzyć, jak mała ojczyzna, sielskie dzieciństwo wśród bajecznych krajobrazów i w prawdziwej mozaice kultur może stać się z dnia na dzień miejscem i czasem tragicznym.

Co jeszcze się pojawiło w dziale klasyka? Ponownie „Panny z Wilka” Iwaszkiewicza, który jako prozaik coraz bardziej z upływającym czasem szlachetnieje. Także „Głód” Hamsuna, „Śmierć Iwana Iljicza” Tołstoja, Józefa Czapskiego „Na nieludzkiej ziemi”, także czwarty tom „Dzienników” Dąbrowskiej obejmujący lata powojenne. Trochę „na fali” zmieściło się i nowe wydanie „Życia towarzyskiego i uczuciowego” Tyrmanda, bardziej dla dobrze oddanego kolorytu lat 50-tych i 60-tych opisywanych też przez Dąbrowską, a które mnie od dawna interesują, niż dla walorów literackich. Dla nich lepiej sięgnąć po inne dwie powieści Tyrmanda: „Złego”, zwłaszcza zaś „Filipa”.

A literatura współczesna? Czy i tu znalazło się miejsce na zachwyt podobny do towarzyszącego mi w lekturze „Pana Tadeusza”? Owszem, po raz kolejny był on udziałem Marty Kwaśnickiej. Twórczość tej młodej (rocznik 1981) pisarki od kilku lat nie przestaje fascynować, a liczne nagrody, z prestiżową imienia Marka Nowakowskiego za rok 2020, zdają się potwierdzać jej nieprzeciętny talent, erudycję i wrażliwość.  Niezależnie od tego, czy jest to ostatnio wydany zbiór opowiadań „Pomyłka”, czy eseje o literaturze i sztuce „Krew z mlekiem”. Czy wreszcie zadziwiająca szerokością spojrzenia, wydana kilka lat temu „Jadwiga”. Brawurowo, z wątkiem osobistym, napisana rzecz o Jadwidze Andegaweńskiej – świętej, królowej i pełnej twórczej energii kobiecie. A właśnie te osobiste dygresje są czymś, co pozwala w tej literaturze za zasłoną badacza (Kwaśnicka jest absolwentką filozofii i archeologii na Uniwersytecie Jagiellońskim) zobaczyć żywą osobę: „Smak pozwala wybierać między wartościami; nie jest bezwolną reakcją na urodę. Tylko barbarzyńcy dają się tak obezwładnić pięknym rzeczom, że idą za nimi jak urzeczeni, bo nad nimi nie panują. Humanista będzie wolał zatrzymać się nad tym, co na pozór jest mniej powabne, byle zrobić to w dobrym towarzystwie – z osobami, które dzielą jego poczucie smaku i są, tak jak on, w stanie ocenić prawdziwą wartość danej rzeczy.”

Niebawem w drugiej części, co było rozczarowaniem literackim roku 2020? Czy znalazło się miejsce na sztuki plastyczne? Dlaczego Watykan i Bieszczady mogłem łatwo pogodzić, a z błyskotliwością i narcystycznymi skłonnościami  znakomitego aktora w wywiadzie-rzece było mi znacznie trudniej? Wreszcie, jakie lektury czekają w styczniowej kolejce roku 2021?



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

KARTOFEL I ZIEMNIAK. KTO RZĄDZI W TYM ZWIĄZKU?
20.08.2020
SIENKIEWICZ, W PUSTYNI I W PUSZCZY. NA STOS I ZAPOMNIEĆ?
23.07.2020
KSIĄŻKI MOJEGO DZIECIŃSTWA (CZ. IV)
11.04.2019
KSIĄŻKI DZIECIŃSTWA. MÓJ OSOBISTY KANON (CZ. III)
10.01.2019
KSIĄŻKI DLA NAJMŁODSZYCH. MÓJ BARDZO OSOBISTY KANON (CZ. II)
23.11.2018
KSIĄŻKI DLA NAJMŁODSZYCH. MÓJ BARDZO OSOBISTY KANON (CZ. I)
26.10.2018
DLACZEGO CZYTANIE KSIĄŻEK NIE JEST MODNE
12.09.2017
DWA ELEMENTARZE. KTÓRY WOLISZ?
01.09.2016
PIERWSZE ZDANIE
26.07.2016