CO SŁYCHAĆ 12 STYCZNIA W PRASIE, CZYLI WARSZAWA 145 LAT TEMU


Lekko pożółkły papier, duży format. Cena siedem i pół kopiejki. Wrażenie solidnej, choć tylko czterostronicowej, gazety. Dwunasty stycznia 1871 roku przypadał w czwartek. Warszawa pozostająca pod zaborem rosyjskim na niepodległość musiała czekać jeszcze całe czterdzieści siedem lat. Ale życie się toczyło. Wschód Słońca nastąpił o 8.09, zachód o 16.07 (dzisiaj bez uwzględnienia zmiany czasu odpowiednio o 8.41 i 16.46). Skąd różnice – nie wiem. Rano odnotowano wtedy wysoką temperaturę sześciu stopni Reaumura (siedem i pół stopni Celsjusza).

Zagłębiam się w lekturę. W Europie trwała wojna francusko – pruska, która miała się zakończyć za kilka miesięcy, 10 maja. Nic dziwnego, że sporo miejsca zajmują wiadomości wojskowe, a przede wszystkim „Najpoddańsze sprawozdanie ministra obrony” traktujące przede wszystkim o poborze do wojska i ewentualnej powszechnej mobilizacji. Służba w armii carskiej w owym czasie trwała siedem lat, w marynarce osiem. Kawał życia. Można się było, co prawda, od niej wykupić, ale kosztowało to zaporową kwotę tysiąca rubli (tylko nieco więcej z ogłoszenia kosztował dom wraz z zabudowaniami gospodarczymi i jedenaście hektarów gruntu).

Na pierwszej stronie zwraca też uwagę notatka: „Najjaśniejsza Pani, ze względu na ubóstwo świątyń prawosławnych w dyecezyi ryzkiej, Najmiłościwiej ofiarować raczyła dwadzieścia obrazów do umieszczenia na pulpitach, z wyobrażeniem dwudziestu świąt /…/.

A nieco dalej całkowicie dla nas egzotyczny, ale nacechowany ekologiczno-sanitarną troską rozkaz „Warszawskiego Ober-Policmajstra do Policji”: „Mając na uwadze, że przedsiębiorcy zwożenia lodu, dla zaopatrzenia w takowy lodowni biorą go z glinianek, rozmaitych dołów i innych tym podobnych miejsc, w których woda, jako stojąca, nie może oczyszczać się, a nadto, że do miejsc tych wrzucane bywają rozmaitego rodzaju nieczystości, skutkiem czego lód używany z miejsc wspomnianych, tak w szpitalach, jak i domach prywatnych może mieć szkodliwy wpływ na zdrowie /…/ polecam, ażeby lód zwożony do piwnic wyłącznie wyrąbywanym był z rzeki Wisły, ze stawów zaś dużych można dozwolić brać lód nieinaczej jak po przekonaniu się przez urząd lekarski na miejscu o dobroci lodu.”

Na dole strony pierwszej „Febris aurea. Komedya w pięciu aktach” napisana przez Zygmunta Sarneckiego. Oto próbka:

Romanowski. Panno Leokadyo, Leosiu, jeszcze raz ojca ucałuj. (Leokadya rzuca się w objęcia ojca). My starzy upijemy się… a wy podajcie sobie ręce i idźcie marzyć, nim szczęście zamieni się w rzeczywistość… (Leokadya podaje rękę Juliuszowi i wolno postępują). A co panie? jaka to para! Milczysz? (Po chwili na str.: ) Jak on cierpi! Żal mi go!

Sprawdziłem, kim jest autor, którego nazwisko widzę pierwszy raz w życiu. A nuż ogarnie mnie piekący, filologiczny wstyd. Odetchnąłem, zdaniem krytyków jego twórczość jest dziś zupełnie nieczytelna, a Sarnecki to pospolity grafoman.

Z kolei w anonimowej recenzji albumu „Muzeum Sztuki Europejskiej” czytam: „/…/ witamy go tem chętniej, że nie każdemu nastręcza się sposobność oglądania europejskiej galeryj malarstwa, świetniejących wiekuistemi wzorami piękności, w domu zaś z żalem postrzegamy coraz widoczniejsze przechylanie się ku nagiemu realizmowi, to jest odbieganie od zadań sztuki prawdziwej a współzawodniczenie z kolorowaną fotografią.” I tak okazuje się, że już wtedy dobrze wiedziano, że „pstryknięcie fotki” to żadna sztuka, a tym bardziej prawdziwa.

Na stronie drugiej, jednozdaniowa notatka, sporo mówiąca o carskich porządkach: „W dniu onegdajszym, przyjechało do Warszawy osób 199, wyjechało zaś 170 osób.” A w kronice kryminalnej czytamy: „W cyrkule Powązkowskim starozakonny Józef Magnus, rzeźbiarz, lat 60 wieku liczący, w domu pod Nr 2397 zamieszkały, z niewiadomej dotąd przyczyny, poderżnął sobie nożem składanym gardło, lecz pozostał przy życiu i odesłany do szpitala starozakonnych.”

Pozostając w pobliskiej tematyce dowiadujemy się, że wczoraj pochowano na cmentarzu katolickim siedmiu mężczyzn, pięć kobiet i czternaścioro dzieci. Niebywała umieralność najmłodszych! Zresztą, zwróćmy uwagę na wiek zmarłych podany w spisie: Maryanna z Gujskich Ulasińska, żona obywatela, lat 50; Jan Eckert, majster piekarski, lat 63; Krystyna Fobisz, panna, lat 31; Antoni Kopijowski, b. obywatel ziemski, lat 45; Stanisław Ośniałowski, dziedzic dóbr Winiary, lat 47; Anna Sommerówna, panna, córka lekarza wojskowego, lat 18; Józef Piastunkiewicz, naczelnik Dyrekcyi Głównej Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, lat 49.  Co tu dużo mówić, średnia wieku w tamtych czasach nie mogła być wysoka.

W kronice kryminalnej podsumowanie kradzieży dokonanych w stolicy w roku poprzednim, tj. 1870. Zgłoszono ich 1836 na sumę 64 tysięcy rubli 145 kopiejek. Wykryto 1625 na sumę 60 tysięcy 86 kopiejek. Imponująca wykrywalność. Podesłać Komendzie Stołecznej? Dowiaduję się też, że w poprzednim tygodniu aresztowano czterdziestu dwóch żebraków i włóczęgów, „z których odesłano do przytułku i pracy 10, do miejsca urodzenia 13, uwolniono po wylegitymowaniu osób 19.”

Trzecia i niemal cała czwarta strona poświęcone są doniesieniom wojennym. Zwraca uwagę zupełnie odmienny język i użyte słownictwo, jakim opisywano te działania niż stosowane dzisiaj. W relacji francuskiego dziennikarza przesłanej „drogą napowietrzną” czytam o oblężeniu przez wojska pruskie stolicy Francji: „Cierpienia przez jakie Paryżanie przechodzą są niczem wobec nieszczęść i wstydu, jakie mogłaby za sobą kapitulacya pociągnąć. Te cierpienia zresztą nie są tak straszne. Klassy bogatsze własnemi zapasami uzupełniają racye przez rząd wydawane, co zaś do biedniejszych, tym dobroczynność publiczna przychodzi ciągle w pomoc, czego zresztą dawniej nigdy nie bywało. Niemcy zatem, gdyby nie ich duma i punkt honoru silnie podrażnione powinniby odstąpić z pod murów Paryża i ograniczyć się do bronienia (sic!), ale zdaje się wolą robić próżne wysilenia pod murami naszej stolicy , narażając się na dokuczliwą temperaturę.” Tak, to musi robić wrażenie, kiedy francuski korespondent sugeruje oblegającym stolicę żołnierzom pruskim obronę, dzięki czemu będzie im w styczniu cieplej. Ogólnie, nie jest najgorzej. W otoczonym mieście „można się najeść do syta, nawet najeść wykwintnie jeżeli kto ma pieniądze. Chleba i wina ma każdy ile chce i zjeść może.” Ech, ci paryżanie. Wojna, nie wojna wina zabraknąć nie może.

Z tabeli Kursu Giełdy Warszawskiej dowiedziałem się, że za 1 funta brytyjskiego płacono 7,88 rubla. A z tabeli cen targowych, że hurtowa cena garnca (3,8 litra) okowity (mocnej wódki 70%) wynosiła 132 kopiejki. Wykwalifikowany robotnik zarabiał do 140 kopiejek dziennie.

W Teatrze Wielkim wystawia się „Piękną Helenę”, a w Teatrze Rozmaitości „Hrabiego de Villemera”.

Minęło sto czterdzieści pięć lat. Dziś, dwunastego stycznia 2016 roku Warszawa, podobnie jak wtedy, również nie marznie, choć jest dużo chłodniej. Temperatura wynosi jeden stopień Celsjusza. Bieżące wiadomości polityczne przypominają te z frontu wojennego. Tytuły wieszczą ciężkie bitwy i potyczki. Jak się zakończą – nikt nie wie (oprócz wszechwiedzących dziennikarzy). Pewne jest jedno, wina też nie zabraknie. Oprócz tego, tramwaje jadą o trzy minuty krócej, będzie parking na Młocinach, odstawiono fuszerkę w nowych blokach na Pradze. I pojawiła się relacja z Dnia bez spodni w metrze.

W Teatrze Wielkim nie ma teatru, za to rozdają Paszporty Polityki. Teatr Rozmaitości do czwartku nie wystawia nic.

Nudy. Wracam do „Kuriera Warszawskiego”.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

„ZAKOCHAM SIĘ W DUCHOWEJ AKROBATCE”. DAWNYCH OGŁOSZEŃ CZAR
21.01.2018
„PANI” WYTWORNA, ZE SKAZĄ WSZAKŻE
15.09.2017
NAJLEPSZE PISMO LITERACKIE? DWUMIESIĘCZNIK „TOPOS”
22.06.2017
ILUSTROWANY KURIER CODZIENNY. DATA PRAWIE SIĘ ZGADZA.
28.12.2016
„CZASYPISMO”. CO MA WSPÓLNEGO HICZKOK Z OPERACJĄ NA PROSTOTĘ
14.10.2016
ŁAGODZENIE EMOCJI? TYLKO PRASÓWKA Z „IKC”!
09.05.2016
CZWARTY KWIETNIA. CO PRZYNOSI „ILUSTROWANY KURYER CODZIENNY”?
04.04.2016