CO TAM, PANIE, NA STYCZNIOWYM BLOGU


Niemal się wzruszam, kiedy pomyślę, że styczeń to historia, że za chwilę przemknie krótki luty i w radosnym, wielobarwnym orszaku pojawi się wyczekiwana od czterech miesięcy wiosna. W zeszłym roku jako pierwszy ogłosiłem nadejście przedwiośnia. W tym też nie oddam palmy pierwszeństwa. To już niebawem, a na razie wróćmy na chwilę jednak do stycznia; chciałbym co nieco dodać do zamieszczonych na blogu wpisów. Fotograficznych, literackich, filmowych i jednego bez przydziału.

Zima, jak żadna inna pora roku, sprzyja spędzaniu czasu w kuchni. Inspiracji nie brakuje. Stosy albumów kulinarnych w księgarniach, miliony przepisów w internecie, mało które czasopismo obywa się bez kącika (właściwiej – kąta) kulinarnego, co chwilę słyszę o warsztatach kulinarnych. Fala mnie uniosła i doprowadziła do książki kucharskiej autorstwa Melanii Śliwińskiej. Tyle że nie ze stycznia 2017 roku, a z lipca 1948. Myślisz, że trzy lata po wojnie jedzono korzonki i korę z drzew? Spośród kilkuset przepisów wybrałem zwykłe, dziwne i takie, które wyprzedzają epokę.

książka kucharska jpg.

Gdyby ktoś zdecydował się na przygotowanie jajeczników fermentujących w wodzie, proszę o zwierzenia. Z listy z przepisami przenosimy się gładko do innej – listy lektur dla szkoły podstawowej. Nie wiem, w jakim typie szkoły szansa na czytanie lektur obowiązkowych jest największa, ale na miejscu uczniów podstawówki raczej bym się nie obijał. Zestaw całkiem nieźle łączy atrakcyjność i możliwość nabycia pewnej ogłady literackiej na poziomie elementarnym. Widać, że zespół tworzący listę nie poddał się żadnym naciskom typu: „nie katujmy Słowackim, lektury w podstawówce powinny się opierać na liście bestsellerów dla dzieci” albo  „tylko i wyłącznie klasyka, a resztę niech sobie sami wybierają”.

lektury jpg.

Nie wiem, co na to dominikanin, ojciec Andrzej Gałuszka, autor demaskujący powtarzane (często od wieków) „prawdy” historyczne. Myślę, że ten klasycznie wykształcony profesor przeciwko tradycyjnemu kanonowi rozszerzającemu horyzonty, raczej by nie protestował. W swojej książce „Inkwizytor też człowiek” daje rzadko dziś spotykany popis erudycji i odwagi naukowca, który nie waha się strącać z piedestału „uświęcone” stereotypy na temat inkwizycji, stosów, wypraw krzyżowych, gorszących papieży i wielu innych faktów obrosłych skorupą ignorancji.

inkwizytor też człowiek jpg.

Nie skorupa, a kamień znalazł się w tytule zbioru miniatur poetyckich Bronki Nowickiej. Coraz bardziej zastanawiające są kryteria, jakimi kierują się jurorzy Nagrody Nike. „Nakarmić kamień” to przykład zagadkowego wyboru, ale skoro Nobla dostał Bob Dylan, to czemu Nike nie dla Nowickiej?

nakarmić kamień jpg.

A skoro już rozczarowaniach. Zaliczam do nich również ostatni film Andrzeja Wajdy „Powidoki”. Początek z sielskimi obrazami zamku w Mirowie nie zapowiadają dramatu, rozgrywającego się po wakacyjnym plenerze spędzonym ze studentami ASP przez malarza Władysława Strzemińskiego.

mirów jpg.

Dobry materiał na scenariusz, bo i ponure lata pięćdziesiąte, i postać niepokornego artysty, a uczucie niedosytu pozostaje. Dlaczego więc polecam? Strzemińskiego gra Bogusław Linda. Tak brawurowo, że nie potrafię zapomnieć tego przeciętnego filmu. Bywa i tak. Dlaczego ten film z jedną, zapadającą w pamięć, rolą został polskim kandydatem do oscarowej nominacji to już zagadka prawdziwa.

Strzemiński był wybitnym awangardowym malarzem. Muzeum Sztuki w Łodzi – mieście, gdzie mieszkał, tworzył i zakładał Akademię Sztuk Pięknych ma w swoich zbiorach dużą kolekcję jego prac oraz żony, Katarzyny Kobro. Byłem w tym miejscu raz – a jak wiadomo to zaledwie muzealne rozpoznanie terenu – i pamiętam swoje zmagania z trudnym w percepcji dorobkiem. Napisałem niedawno, dlaczego nie omijam muzeów albo ujmując innymi słowy, dlaczego uwielbiam te miejsca.

muzeum jpg.

Styczeń, sroższa niż w poprzednich latach aura – z tego połączenia mogła wynikać jedynie zimowa fotografia i to w trzech odsłonach. A więc od ogółu do szczegółu: najpierw doradziłem, w jaki sposób fotograf i jego sprzęt ocalą swoje życie na mrozie. Potem z bagażem tych doświadczeń, aparatem i zestawem obiektywów pojechałem do ZOO, by udowodnić, że nawet zamarzający obiektyw nie powinien być przeszkodą do odwiedzin tego miejsca. I przy okazji  zobaczyć, że refleksyjnie nastawiona do życia tamaryna cesarska, zamieszkująca lasy zwrotnikowe, nie ma nic przeciwko polskiej zimie.

zoo jpg.

Wreszcie skupiłem się na zimowym detalu. Bo, co jak co, ale zima z wszystkich pór roku jest najbardziej stworzona do takich sesji.

zima jpg.

O czym ten blogowy wpis „bez przydziału”, o którym wspominam na wstępie? Lubię ludzi o konserwatywnych poglądach. Poświęciłem im i sobie krótki tekst, rodzaj deklaracji. Więcej i konkretniej niebawem.

A na razie zapowiadam relację z pewnego uzdrowiska. Czy tylko dla konserwatywnych kuracjuszy?

(żadna z fotografii nie była wcześniej publikowana)