CZY AUTO MOŻE BYĆ GRATEM


Cztery koła, podwozie, nadwozie. Auto. Wsiąść, dojechać, wrócić. Niby to wszystko. Cóż więcej powiedzieć o pojeździe wynalezionym sto trzydzieści lat temu. Wrośniętym w krajobraz niczym przydrożne drzewa, o które się rozbija. A jednak bez emocji o samochodzie myśleć nie sposób.

Łączymy się z nim (albo on z nami) w tajemniczej i dyskretnej więzi. Wiadomo, że kierowca – ten z krwi i kości – bezbłędnie wyczuwa nastroje swego auta. Dobrze wie, kiedy jest ono chętnym i pogodnym kompanem podróży, a kiedy – kapryśnie nadąsane – pojechałoby swoją drogą. Albo pozostało w cichej zadumie wyłączonego silnika.

Czy wiem, skąd się bierze ten emocjonalny stosunek do – jeśli patrzeć lodowatym okiem – kupy żelastwa, plastiku i gumy? Wiem. To przecież nasz najbardziej intymny powiernik. Świadek naszych radości i lęków. Nadziei w drodze do celu i niepewności powrotów lub odwrotnie. Zabawnych przygód i smutnych obserwacji. Naszego śmiechu i płaczu.

A o naszych kompleksach i skłonnościach mógłby powiedzieć więcej niż najlepszy psychoanalityk. Zna nas często lepiej niż nasi bliscy. Niemy – nie opowie. Przeczuwamy, że pamięta.

Często widuję moje auto, które kiedyś sprzedałem. Żyliśmy w bardzo dobrej komitywie. Niedawno obchodziło trzynaste urodziny, a na liczniku ma tyle kilometrów, że wracałoby już dawno z Księżyca. W niektórych miejscach rdza, niczym gęsta siatka głębokich zmarszczek, dodaje niechcianej patyny. Nie da się ukryć – wiek poważny, ze wszystkimi dolegliwościami właściwymi dla motoryzacyjnego emeryta.

“To grat” – ktoś ostatnio o nim powiedział. Spojrzałem urażony i dotknięty. Teraz widząc tę osobę, za każdym razem zadaję sobie pytanie: czy z tego, co wokół niej stare, na pewno nie lubi jedynie samochodów?