RUSINEK „NIC ZWYCZAJNEGO”. PRZEKONAŁEM SIĘ DO SZYMBORSKIEJ?


Niełatwo wywołać we mnie cieplejsze uczucia do Wisławy Szymborskiej. Nie chodzi o poezję, w każdym razie nie tylko. Żadna to wrogość, broń Boże, tylko swoisty uraz, z którym sobie słabo radzę. Od kiedy trwa ten stan rzeczy? Mogę precyzyjnie odpowiedzieć. Od trzeciego października 1996 roku. Dnia, w którym Nagrodę Nobla przyznano jej, a nie Zbigniewowi Herbertowi. Próby „uzdrowienia stosunków” wciąż podejmuję, z miernym jednak skutkiem. Tak było po lekturze korespondencji „Najlepiej ma twój kot”, zdominowanej przez poczucie zażenowania z podglądania dwojga kochanków. Ani się obejrzałem, a trafiłem na kolejną sposobność do zmiany poglądów. Nie tak dawno w wydawnictwie „Znak” ukazały się wspomnienia Michała Rusinka, wieloletniego sekretarza Szymborskiej, zatytułowane „Nic zwyczajnego”.

Umówiono się, że Rusinek, świeżo upieczony absolwent polonistyki będzie sekretarzował poetce przez trzy miesiące. Od przyznania Nobla do wręczenia. Pozostał piętnaście lat, do końca jej życia. Dyskretnie sprawując, dowcipnie nazwaną, funkcję I Sekretarza, jak czasem poetka dodawała, „lepszego od Bolesława Bieruta”.

«Pojmuję też szybko, jakie niebezpieczeństwa niesie ta praca. Włącznie z pytaniem, które pojawia się do tej pory: Czy nie czujesz, że żyłeś w jej cieniu? Że nie żyłeś własnym życiem? Pani Wisławie zawsze będzie jednak zależało, żebym żył własnym życiem, nie zaniedbał przez nią kariery naukowej i innej. Będzie przychodzić na promocje moich książek (na promocji Limeryków przeczyta nawet swój poświęcony mi limeryk). Będzie czytać wywiady, których będę udzielać, także o sprawach zawodowych. Po jednym z nich, o retory­ce, powie: „Czytałam pański wywiad. Trochę nudny. Już nawet wolę, jak pan mówi o mnie”.»

Ma więc dawny sekretarz o czym pisać. Wie, jak oddawać swoje przeżycia nigdy nie przekraczając granicy dobrego smaku. Co nie znaczy, że nie znajdziemy w książce wielu anegdot dowodzących niepospolitego i absurdalnego poczucia humoru poetki, jej zagadkowego dystansu do siebie i rzeczywistości.

«Na zadane w czyimś liście pytanie: „Dlaczego dostała Pani Nob­la?” – nie odpowiedziała. Ale mówi mi, że kusiło ją, żeby odpisać: „Bo najwyraźniej Szwedzi są dziwni”.»

«Wyjątkowo nie lubiła, kiedy mężczyźni całowali ją w rękę na powitanie czy pożegnanie. (..) kiedy po jakimś pogrzebie pewien mężczyzna pocałował ją w rękę, powiedziała:”Całuj, póki ciepła.”»

Nie jest to z pewnością książka plotkarska i nie jest też książka, w której Rusinek „przesłania” sobą wizerunek poetki. Oboje byli darzącymi się szacunkiem przyjaciółmi, a to zobowiązuje bez względu na upływ czasu. Jest jednak w jego opowieściach coś, co mnie uwiera. Mam bowiem wrażenie, że autor wyznaczył sobie zbyt szeroki margines prywatności, którego postanowił publicznie nie przekraczać. To z jednej strony chwalebne, z drugiej, rodzi przekonanie czytelnika, że widzi Szymborską w jednym wymiarze – lekkim, dowcipnym, czasem lekko ironicznym. Autor ma do takich decyzji pełne prawo, ale brakowało mi uzupełnienia o te fragmenty, kiedy w życiu Szymborskiej sielankowo nie było. Mam na myśli skłonności poetki do depresji, niełatwy okres ostatnich lat życia, powikłaną znajomość z Miłoszem, partyjny epizod. Rusinek postanowił, że ma być kulturalnie, grzecznie, taktownie. I jest.

Ta wybiórczość uwierała, nie na tyle jednak, bym „Nic zwyczajnego” nie przeczytał szybko i z przyjemnością. Już pierwszy akapit, zgodnie z dobrymi regułami, zachęca, zmusza niemal, do lektury kolejnego i tak dalej, aż do końca.

„Wisława Szymborska uważała, że nie wypada do nikogo dzwonić przed dziesiątą rano. No chyba, że stałoby się coś złego. Więc kiedy 22 listopada 2011 roku zadzwoniła o dziewiątej rano – zrozumiałem, że sprawa jest poważna.”

Nie ma osoby, która znałaby autorkę „Nic dwa razy” lepiej od Rusinka. Nie ma bardziej kompetentnej.  Zastanawiam się, czy to wydzielanie wspomnień, przeżyć, wspólnego doświadczania życia świadczy o dyskrecji, czy o pozostawianiu sobie innych przygód na książki kolejne. Już samymi perypetiami związanymi z dużą sumą pieniędzy, jaka towarzyszyła Nagrodzie Nobla i pochopnie wygłoszoną przez Szymborską deklaracją, że tą kwotą się podzieli, dałoby się zapełnić kilka sporych tomów. Rusinek cytuje wiele takich próśb.

„Łaskawa i Szlachetna Pani – z podziwem i najlepszymi życzeniami łączę wyrazy szacunku i prośbę o parę groszy na reparację ruiny zębów, będę b. wdzięczna, bo w tej chwili ani mówić, ani się uśmiechnąć.”

Niemało też potrafią opowiedzieć zaproszenia, jakie sypały się po otrzymaniu Nagrody Nobla.

Polskie Towarzystwo Kar­diologiczne zaprosiło poetkę do wzięcia udziału w obradach, uzasadniając:

„Co bardziej może ukoić chore krążenie kobiet jak nie strofy Pani poezji, a szczególnie chciałabym tutaj wspomnieć wiersz Portret kobiecy, pod którym, jak sądzę, podpisałyby się rzesze polskich kobiet. Zapytu­je Pani w tym wierszu: »Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona«, podmiot liryczny odpowiada: »Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi«, a my, lekarze, odpowiadamy tej poetyckiej wizji, że właśnie szkodzi, i chcemy spieszyć z pomocą tym kobietom, któ­rym pośpiech współczesnego życia niszczy układ krążenia…”

Pewien ksiądz poprosił o wiersz na Ogólnopolskie Spotkanie Młodych i dołączył (dla ułatwienia) konkretne wskazówki:

„zwrotkę dziewczęta, zwrotkę chłopcy, zwrotkę dziewczęta, zwrotkę chłopcy, zwrotkę wszyscy razem! (…) Kto nam napisze taki wiersz? (…) Proszę nas wesprzeć swoim ta­lentem (…). W imieniu swoim, młodzieży i samego Ducha Świętego dziękuję za życzliwe potraktowanie naszej prośby.”

Takich smakowitości w książce „Nic zwyczajnego” bez liku. Sporo więc uśmiechu, choć i  nieco goryczy też się trafia. Bardzo interesujące są refleksje Rusinka na temat niepowszedniego fenomenu popularności poetki i fascynacji nią Umberta Eco i Woody’ego Allena. Słowem, dobra, wciągająca lektura na jeden wieczór zapewniona. A liczne fotografie i rysunki nie są kolorowymi przerywnikami, tylko bardzo udanie wzbogacają tekst. Czy wyłania się z książki nowy obraz noblistki? Nie, i brak w tym zarzutu. Wiedziałem przecież, że to osoba niezależna, wymykająca się konwenansom, ironiczna i nieco purnonsensowa. Baczna obserwatorka rzeczywistości i z dużym do niej dystansem. Stąd, tak celnie opisuje ją anegdota z taksówkarzem, który – widząc na tylnym siedzeniu noblistkę – powiedział: „To dla mnie zaszczyt wieźć taką osobliwość”.

Miał subtelną, osobliwą rację.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

ZBIGNIEW HERBERT. DWADZIEŚCIA LAT BEZ NIEGO/Z NIM
27.07.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
SZYMBORSKA, KRAKÓW I SZUFLADA
15.11.2017
„NAJLEPIEJ W ŻYCIU MA TWÓJ KOT. LISTY” WISŁAWA SZYMBORSKA, KORNEL FILIPOWICZ
26.02.2017