CZY SIOSTRA CHMIELEWSKA JEST ŚWIĘTĄ?


Pan Bóg i Szymon Hołownia raczą to wiedzieć. Być może Pan Bóg jeszcze się zastanawia, ale Hołownia wyznał w jednym z wywiadów, że kiedy siostra Chmielewska go zaprasza, nie może się powstrzymać od podkradania jej drobiazgów, a to długopisu, a to jakiejś kartki. Słowem, już gromadzi relikwie. Pomijając podobne dywagacje, trzeba przyznać jeszcze za życia Siostry – każdy, kto się z nią zetknął mówi, że jest to osoba niepospolita, charyzmatyczna, wymykająca się nie tylko zakonnym stereotypom, ale jakiemukolwiek zaszufladkowaniu.

Jestem świeżo po lekturze książki-wywiadu pod prowokacyjnym tytułem „Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego”. Dawno nie czytałem przesłania równie mobilizującego do zmian. Dlaczego autorka tak fascynuje i przyciąga? Bo z jednej strony jest osobą niesłychanie czułą, wrażliwą, skupioną na okaleczonych przez los, ale potrafi też być niesłychanie surowa, wymagająca i nieugięta.

Do kogo siostra Chmielewska, katolicka zakonnica, adresuje swoje wypowiedzi? Naturalnie, będą to osoby wierzące, ale także ci, dla których praca nad sobą, poszukiwanie głębszego sensu w otaczającej rzeczywistości jest stałym elementem życia duchowego. Dla których radykalizm Siostry nie będzie straszakiem, bo w gruncie rzeczy, co to za radykalizm, sprowadzający się do przypomnienia prostych prawd wiary i kanonu zachowań wobec bliźnich. Nam wszystkim więc Siostra opowiada o wspólnych doświadczeniach lęku, samotności, strachu przed ciszą, odkryciem niewygodnej prawdy o sobie. I podsuwa – poparte doświadczeniem bogatego życia i zdrowym rozsądkiem – pomysły na bycie świadomym katolikiem i lepszym człowiekiem.

A zaczynać należy od ciszy. To w niej brzmi prawdziwa modlitwa i prawdziwie poznajemy siebie. Jakże często od niej uciekamy. Do tego stopnia, że szukamy „zagadanych” kościołów, w których ciszy uświadczysz niewiele, za to wiadomo, że jowialny ksiądz w czasie mszy opowie dowcipną dykteryjkę (wyedukowani wierni spojrzą na niego łaskawszym okiem i docenią, że zna się na strategii komunikacji werbalnej), rozkoszne bobasy w czasie podniesienia będą uroczo zjeżdżać na wyścigi ze stopni ołtarza, a schola da coniedzielny rzewny koncert, czym ożywi mszalną monotonię. Słowem, w tak „przesympatycznej gwarnej atmosferze” łatwiej zleci godzina niż w ponurym kościele, w którym „nic się nie dzieje i zawsze jest tak samo” (cytat autentyczny). Zgadzam się z Siostrą, że zdecydowana większość spośród wierzących nie ma pojęcia o podstawach własnej wiary i religii.

(…) nam się wydaje, że cisza jest pustką. To jest rys współczesnego społeczeństwa. W gruncie rzeczy pragniemy rozpaczliwie ciszy, bo żyjemy w ustawicznej kakofonii dźwięków i obrazów, bo nasze życie wewnętrzne i nasza psychika, (…) jest po prostu rozrzuconą układanką, jest rozdzierającym krzykiem. Cisza na początku boli, bo wymaga od nas wysiłku. Natomiast później staje się rozkoszą.

Cisza jest formą ascezy, podobnie jak post, często mylony z dietą, z którą nie ma nic wspólnego, co Siostra uzasadnia na przykładzie wegetarian. Przypomina też o obowiązującym katolików poście piątkowym, coraz częściej i coraz ostentacyjniej ignorowanym.

Post ma nam przypominać o tym, że mamy panować nad naszymi pożądliwościami. Dla jednego pokusą będzie jedzenie, dla drugiego telewizja, książka, leniuchowanie. Post musi się zawsze wiązać z wysiłkiem. (…) ma nas uporządkować. Nie jest celem samym w sobie. (…) Tak naprawdę post prowadzi nas ku wieczności, ma nam uświadamiać, że jesteśmy istotami śmiertelnymi i nie zabierzemy do grobu ani żarcia, ani żadnych dóbr, ani Facebooka, komórek. A my ciągle mamy skłonność, żeby budować tu na ziemi wieczne gniazdko.

Jeszcze innym „narzędziem przyzwoitego życia”, jak to określa siostra Chmielewska, pozostaje jałmużna. Trudne są słowa, kiedy przypomina, że nie jesteśmy właścicielami wszystkiego, co udało nam się zgromadzić. Te rzeczy powierzył nam Bóg, więc tym samym nie możemy czuć się uprzywilejowani, jeśli coś mamy. Co zyskujemy rozumiejąc, że nie ma alternatywy dla: może dam albo muszę dać? Uwolnienie się od niewolniczego przywiązania do rzeczy materialnych.

Największym problemem człowieka, wprowadzającym bałagan w jego życiu, jest brak wolności w stosunku do świata rzeczy materialnych. W dzieleniu się chodzi o sprawiedliwość. (…) Dlatego nasza wewnętrzna przemiana powinna polegać na głębokim uświadomieniu sobie, że to, co mamy, pozostaje tylko w naszym zarządzie. To dotyczy wszystkiego. Ziemi, którą Bóg nam dał jako dzierżawcom, żebyśmy nią mądrze i z miłością zarządzali, Polski jako kraju, w którym się urodziliśmy, Kościoła jako ponadnarodowej wspólnoty wiernych, ale dotyczy także dóbr materialnych, które posiadamy. Na szali jest nasza wolność. Bo dwie największe pokusy człowieka to posiadanie i władza.

Siostra Chmielewska w rozmowie z Błażejem Strzelczykiem i Piotrem Żyłką podaje przepis na uporządkowanie siebie, wewnętrzny spokój, naprostowanie życia. Jakże odległy od proponowanego w setkach odmian przez różnej maści couchów modelu na lepsze (czytaj – skupione na ego) życie. Mówi bez patosu, momentami dosadnie, z ciepło-sarkastycznym poczuciem humoru i dystansem do ludzkich przywar. Z inspirującym przesłaniem, że warto świadomie uczestniczyć w pięknie trudnego chrześcijaństwa.

Przypomina, a swoją biografią uwiarygadnia słowa, że  wystarcza do tego zmierzenie się z kilkoma prostymi prawdami. Niby takie to oczywiste, a takie trudne.

Codzienne życie chrześcijanina wymaga odwagi i jest to życie pod prąd. Na pewno na początku ktoś taki napotka na opór środowiska, potem zaczną dostrzegać, że jednak nie był idiotą.

Siostra swoje zrobiła, reszta należy do mnie.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

„ŁOBUZY. GRZESZNICY MILE WIDZIANI” (RECENZJA AMBIWALENTNA)
05.10.2018
„DEKALOG KSIĘDZA JANA KACZKOWSKIEGO” (RECENZJA)
10.01.2018
KS. JAN KACZKOWSKI „GRUNT POD NOGAMI” (RECENZJA)
25.03.2016