CZY TAK BARDZO SIĘ RÓŻNIMY ALBO ILE W PRASIE KOBIECEJ DLA MNIE


Przede mną sto osiemdziesiąt dwie strony sierpniowego miesięcznika „Pani”. Dokładnie i skrupulatnie prześledzę każdą. Wszystko po to, by odpowiedzieć – ile z nich przeznaczono dla mnie, mężczyzny. W ocenie zamierzam być łaskawy. Jeśli będzie test kremów na zmarszczki, powiem: chciałbym mieć takie. Jeśli nowe kolekcje jesienne zaprezentują modelki, również to powiem. Środek lata, łagodności we mnie bezmiar.

No to zaczynam. Pierwsze strony – długi rozbieg. Reklamy, spis treści, stopka redakcyjna, słowo redaktor naczelnej i listy. I już jestem na  jedenastej. Wreszcie większy tekst. Felieton Krystyny Jandy, a w zasadzie jej odpowiedź na list pani z Wybrzeża, która napisała sztukę i pragnęłaby niezmiernie, by zagrali w niej, obok Jandy, Peszek z Gajosem. No, myślę – po miłych słowach na początku będzie jatka. Uprzejmie więc Janda informuje, że sztuka za długa, nie wiadomo o czym i niezrozumiała. Wspaniałe natomiast jest to, że jej autorka włożyła w usta trzech postaci monologi. I na koniec rada, żeby się pani nie załamywała i napisała wszystko od nowa. Wiadomo, nic tak nie podnosi na duchu, jak przeczytać o sobie w kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy, że jest się grafomanem.

W „Trendach z najwyższej półki” dobra luksusowe, m.in. buty za 2180 zł i okulary za 1500. Dobrze, że bez niepotrzebnego krygowania, pokazuje się takie rzeczy i ceny. W końcu trendy, które dziś wyznacza Christian Louboutin i Fendi za jakiś czas zejdą do poziomu polskich ulic.

Docieram do pierwszego z licznych wywiadów. Nie wiem, co za chwilę na mnie spadnie, ale o Małgosi Beli, najsłynniejszej Małgosi świata, jak głosi napis na okładce – nigdy nie słyszałem. Spojrzałem na stronę z miniaturkami kilkudziesięciu zagranicznych okładek, na których pokazano naszą top modelkę. Robi wrażenie, jestem więc na pewno ostatni i daję sobie do tego prawo.

Potem widzę coś w guście podobnym. Dwugłos małżeństwa aktorów: Piotra i Agaty Głowackich. Nic na to nie poradzę, że nie przepadam za odkrywaniem prywatnego życia. Autocenzura aż się wylewa, ale dla podniesienia temperatury musi też być wrażenie podglądania przez dziurkę od klucza. Nigdy nie wiem, gdzie jest prawda.

Powiedz mi, jakie seriale oglądasz – powiem ci, kim jesteś. Zauważyliście, że od pewnego czasu serial, z kategorii filmu drugorzędnego, przenosi się do tematu poruszanego często i akceptowanego w każdym kręgu. Ciekaw więc jestem, co mają do powiedzenia tytułowi serialożercy: Łukasz Simlat, Natalia Klimas i Szymon Hołownia. Z tej trójki popieram zdanie ostatniego. Tak, „Downton Abbey” jest genialny. Oddaję głos Hołowni, bo lepiej tego nie wyrażę: „Jest tam rodzaj wrażliwości, która nie potrzebuje fajerwerków w postaci krwawej przemocy, kosmitów, pozanaturalnych zdarzeń, tylko wszystko rozgrywa się w niuansach relacji między ludźmi”.

Dalej też jest dobrze. Wywiad Krzysztofa Materny z Marychną i Martą Krzeptowskimi, prowadzącymi schronisko w Dolinie Pięciu Stawów. Tatry odkryłem późno, najpierw za cierpliwą namową, dziś już pokochałem samodzielnie. Szkoda, że rozmowa tylko na dwóch stronach. Przy okazji można się dowiedzieć, jaka jest naturalna selekcja przybywających do schroniska na słynną szarlotkę.

Przemykam po „Swatkach 2015”. W tytule wszystko, a tekst najbardziej o samotności.

Dobrze, że na sześciu stronach następny wywiad. Lubię Zbigniewa Wodeckiego, bo nie jest jednym z kombatantów piosenkarskich, którzy w pewnym wieku przybierają pozę wszystkowiedzących mentorów. Nie wahających się dawać wskazówki, jak żyć, a przy okazji odpowiadać na pytania o początki wszechświata i fizykę molekularną. Wodeckiego stać na dystans wobec siebie, autoironię, a to zawsze znamiona inteligencji. Stać też na „niepoprawnościowe” wspomnienia: „Wiesz co, ja od dziecka byłem – w dobrym tego słowa znaczeniu – katowany, bo jakby mnie ojciec nie lał, to ze mnie nic by nie było”.

Z trzech felietonów polecam Janusza Leona Wiśniewskiego /przepraszam Hołownię, ale swoją porcję pochwał już odebrał/. Poruszający wyobraźnię tekst o Lizbonie – mieście, do którego chciałbym kiedyś dotrzeć. Miejscu zaczarowanym, które znajduje się w mojej dziwnej kategorii niespełnionych marzeń na własne życzenie.

W dziale Kultura następny wywiad – tracę rachubę, który. Z Ryanem Goslingiem. Poniżej Clinta Eastwooda nie schodzę. Pomijam.

I seria mini-zapowiedzi muzycznych, filmowych, literackich. Pamiętajcie! Na ekranach kin, siódmego sierpnia, nowa adaptacja /po trzydziestu latach!/ „Małego księcia” Antoine’a de Saint-Exupery’ego, w reżyserii Marka Osborna. A do wizyty w księgarni zachęca mnie wydana książka Elizabeth Winder „Sylwia Plath w Nowym Jorku. Lato 1953”. Chciałbym się dowiedzieć więcej o tej niezwykłej poetce.

Na stronie osiemdziesiątej szóstej nowy dział Moda i zaraz po nim Uroda. Czyżby dla mnie już wszystko było? Oczywiście – nie. Oglądanie dobrych fotografii jest zawsze przyjemnością, a dla fotografa staje się i nauką. Z kolei  czasy, kiedy nam, mężczyznom wystarczało mydło i woda już dawno minęły. Jasne, że Ich kosmetyki nie są naszymi, warto jednak poświęcić na przejrzenie kilku stron dłuższą chwilę. Zwłaszcza, jeśli masz skórę wrażliwą. Właśnie taka, z problemami, zaczyna chyba dominować. Moda na męską depilację zdaje się być szczęśliwie już za nami, więc artykuł „Aksamitna rewolucja” i teraz nie może mnie obchodzić.

Nie jestem adresatem miesięcznika i nie mam pretensji, że zaskoczony znalazłem się na stronie sto dwudziestej. Już więc prawie żegnam się z „Panią”, a tu nagle odkrywam tyle jeszcze czytania:

– o tym, jak ważne są podróże /czy wyróżnione zdanie: „odsuwając coś na potem, można to odsunąć na nigdy” dotyczy moich planów lizbońskich?/

– o bezsensie niekończącej się pogoni za nie wiadomo czym.

– o lekcji dobrego humoru. Zapamiętajmy ten fragment: „Czy wiesz, jaka jest najważniejsza różnica pomiędzy człowiekiem pogodzonym ze sobą a nieszczęśliwym? Ten pierwszy mówi: „Gdy będę wdzięczny za to, co mam, to wreszcie będę szczęśliwy”. Ten drugi zaś powtarza: „Dopiero kiedy będę szczęśliwy, mogę być wdzięczny”.

– o bezszelestnym wyciekaniu pieniędzy z portfela

– o wstrząsie anafilaktycznym, czyli gwałtownej reakcji organizmu na kontakt z alergenem

Myślisz, że to koniec? Gdzie tam. Jeszcze, jak się przygotować do wyprawy w góry, co zabrać i dlaczego modę na egzotyczne jagody pozostawmy snobom, a sami zabierzmy koszyki i poszukajmy polskich.

Ostatnie strony, nie ma co ukrywać – do smakowania. I reportaż z Wysp Liparyjskich i Portugalii, i przepisy kulinarne, inspirowane tym, co można znaleźć w lesie. Wszystko z rzadko spotykaną dbałością o jakość fotografii. Zresztą strona wizualna, szata graficzna całego magazynu musi robić wrażenie. Mam cały czas poczucie obcowania z przedmiotem ładnym.

Cena zaskoczenia wyniosła 7,99. Niewysoka, bo okazało się, że mimo początkowej rezerwy, mam lekturę na dwa wieczory. Atrakcyjna, bo teraz wiem, że wejście na „cudzy” teren wzbogaca i oddala uprzedzenia. Jak podróż po nieznanym. Sam nie do końca mogę w to jeszcze uwierzyć, ale chyba kupię następny numer.

Wypada powiedzieć: pan dziękuje „Pani”.

 

 

 



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ