CZY WARTO KUPOWAĆ ALBUMY MALARSKIE


Nic nie wskazywało przełomu, jaki miał właśnie nastąpić. Przecież Modiglianiego, który jest jednym z moich ulubionych malarzy, znam tak dobrze. Tyle razy przeglądałem albumy. Dopiero jednak wejście przed laty na rozległe sale rzymskiego Vittoriano, oglądanie jego dzieł na wielkiej, retrospektywnej wystawie,  uświadomiło mi z całą mocą jedno – żadna, najdoskonalsza nawet reprodukcja nie zastąpi kontaktu z oryginałem. Czy chcę przez to powiedzieć, że albumy malarskie należy odstawić, bo są namiastką tylko? Przeciwnie, pozostają niezbędne, nawet jeśli internet oferuje na wyciągnięcie ręki zbiory muzealne z całego świata.

Starannie wydane albumy malarskie są piękne i drogie, mają w sobie posmak elitarności. Rzeczy adresowanej do wąskiego kręgu koneserów sztuki, wykształconych kolekcjonerów oraz wszystkich, których myśl, że mogliby się znaleźć w tej grupie mile łechce. Stąd też, jak mało co, nadają się na prezent. Ofiarodawca ma okazję dowartościować zarówno siebie i obdarowanego. Po czym nierzadko publikacja wędruje na półkę, tak żeby lakierowana okładka była dobrze widoczna albo na stolik, gdzie służy jako dowód kulturowych aspiracji gospodarzy. Nic dziwnego, że w charakterze salonowego rekwizytu, albumy doczekały się ironicznego określenia coffee table books. Broń Boże, nie zamierzam wyśmiewać podobnych snobizmów związanych z jakąkolwiek dziedziną sztuki; znam przypadki, kiedy wyrastały z nich prawdziwe, poparte wiedzą, pasje na całe życie. Z pewnością zdrowy snobizm jest szansą na inicjację do tego świata.

No dobrze, a co z pozostałymi, dla których kontakt ze sztuką jest ważny, a snobowanie niepotrzebne. Wędrówki po muzeach, internet i oszczędzanie na zagraniczne wypady, dla bliskości z Hopperem, Gauguinem, Miro czy Monetem? Dobre pomysły, ale i tak najlepszym wyjściem, przynoszącym najwięcej satysfakcji w „zwykłym” dniu, pozostają muzea papierowe – albumy malarskie. Mam ich sporo, często pozostawiam otwarte na jakimś obrazie, do którego wracam wielokrotnie. Szczególnie lubię te publikacje, które umożliwiają mi oglądanie malarstwa „od kuchni”. Gdzie wysokiej jakości reprodukcji towarzyszy fragmentacja obrazów; mogę wtedy podejrzeć fakturę, pociągnięcia pędzla, szczeliny. Wszystko, co w podobnie makroskopowym zbliżeniu byłoby niedostępne w trakcie muzealnej obserwacji. Podoba mi się, że oglądane wycinki tworzą, żyjące nieraz własnym życiem, autonomiczne obrazy.

Przyznaję, tkwi w tym pewne niebezpieczeństwo. Poziom poligrafii osiągnął niespotykane wyżyny i przychodzi myśl (nieraz już słyszałem takie opinie), że lepiej kupować albumy malarskie niż jeździć gdzieś i oglądać obrazy w tłumie, z reguły zbyt daleko lub – o zgrozo – umieszczone za szybą kuloodporną. Zwraca na ten problem historyk sztuki, Katarzyna Zahorska: Fakt, iż jeszcze kilka dekad temu jedyne, co studenci sztuki mieli do dyspozycji to czarno-białe reprodukcje umieszczone w akademickich podręcznikach, brzmi dzisiaj abstrakcyjnie. Jednakże właśnie to, że posiadali oni tak utrudniony dostęp do twórczości wizualnej, wzbudzało w nich tym większą chęć obcowania z obiektami sztuki na żywo – podziwiania kolorów, ruchów pędzla malarza i jego warsztatu. Tymczasem, im wierniejszy obraz danego dzieła otrzymujemy na ekranie, tym odczuwamy mniejszą potrzebę porównania tego, co widzimy z oryginałem. Aby jednak w pełni docenić kunszt dawnych mistrzów warto czasem odłożyć telefon czy komputer i wybrać się do muzeum. Dodałbym do tego: warto odłożyć nawet i ulubione albumy, choć to one zapewniają w zaciszu domowym szczególny, nie do zastąpienia, rodzaj intymności i kontemplacji. O wiele intensywniejszy niż ekran monitora.

Jasne, że wcześniej przydałaby się lektura na temat tego, co się ogląda, kim był malarz, w jakiej epoce tworzył, w jakich okolicznościach malował dane dzieło. Czasem mała wzmianka wystarczy, żeby spojrzeć na znane obrazy na nowo. Na przykład charakterystyczny cykl jedenastu obrazów van Gogha ze słonecznikami; z jednej strony chaotyczne, gwałtowne pociągnięcia pędzla, z drugiej efekt w postaci ciepła, które wprost otula. Pracuję – pisze malarz w „Listach do brata” – każdego ranka od wschodu słońca. Kwiaty bowiem szybko więdną, a całość powinna być namalowana jednym ciągiem (…). Teraz jestem przy czwartych słonecznikach. Jest to wiązanka z czternastu kwiatów na żółtym tle, podobna do martwej natury z pigwami i cytrynami, którą kiedyś malowałem. Ponieważ obraz ten jest jednak znacznie większy, sprawia osobliwe wrażenie i wydaje mi się, że tym razem został namalowany z większą prostotą (…).

Nie trzeba być znawcą sztuki, aby zachęcać dzieci do jej poznawania. Małymi krokami – albumy malarskie, katalogi wystaw może niekoniecznie powinny służyć na początku do snucia opowieści o historii sztuki i technikach, bardziej do opowiadania o tym, co widać „na obrazku”. Można układać puzzle (choć impresjonistów w 5000 kawałkach raczej bym odradzał – trauma pozostanie). Można też z nieaktualnych kalendarzy z reprodukcjami wycinać dla maluchów duże fragmenty do składania w całość albo robić  rozwijające wyobraźnię kolaże.

Ważne, aby oglądać i pielęgnować przy tym w sobie stan dziecięcego zachwytu.  Oczy jego przypadkowo zatrzymały się na stosie ilustracyj. Były tam kopie z galerii drezdeńskiej i monachijskiej, Don Quichot z rysunkami Dorégo, Hogart… Przypomniał sobie, że skazani na gilotynę najznośniej przepędzają czas, oglądając rysunki… Ten fragment „Lalki” Prusa uświadomił mi, że choć ostrze noża nie wisi nade mną, często i ja najznośniej przepędzam czas, oglądając albumy malarskie.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

ART NAIF FESTIWAL. KOLEJNE LATO ZE SZTUKĄ NAIWNĄ
09.07.2020
KATOWICKA SECESJA NA DŁUGI SPACER (CZ. 2)
04.06.2020
CZY SZTUKA NAIWNA JESZCZE COŚ ZNACZY?
06.02.2020
PLAKAT POLSKI I ZAKONNICA Z TĘCZOWĄ PARASOLKĄ
09.01.2020
COUNTING MEMORIES – KAŻDY OPOWIADA SWOJĄ HISTORIĘ
14.11.2019
ART NAIF FESTIWAL – ZNAK, ŻE WAKACJE
11.07.2019
CZYM SIĘ ZAJMUJĄ ABSOLWENCI AKADEMII SZTUK PIĘKNYCH
06.06.2019
CZY SSAKI NAS NIE LUBIĄ? WRAŻENIA Z UNIKALNEJ WYSTAWY
02.05.2019
SZTUKA NAIWNA PO RAZ… JUŻ NIE LICZĘ
20.11.2018