CZY ZWIERZĘTA ZDYCHAJĄ?


Cała stadnina to było zaledwie kilka ubłoconych, starych koni, ale mój rozmówca widział je całkiem inaczej. „Patrz pan, jakie jeszcze urodne. Mądre zwierzęta – westchnął. – I czujące”. Przytaknąłem grzecznościowo. Po kilku godzinach jazdy zatrzymałem się na chwilę odpoczynku. Typowy obrazek na tak zwanej głębokiej prowincji – sklep GS-u z wyblakłą kartką o dostawie chleba w południe, martwota w gospodarskich obejściach i zrujnowany PGR, gdzie między dawnymi oborami urządzono mały wybieg. Widać, że stary mężczyzna często tu przychodzi. Dlaczego? Sam po chwili mi zdradził.

– Patrzę na te konie i przypomina mi się mój gniady, powiem panu z ręką na sercu, najlepszy przyjaciel w moim życiu. Jak mi się coś nie wiodło, pierwszy wyczuł, podchodził i kładł łeb na ramieniu. I tak mi dmuchał, tak pocierał, że człowiekowi od razu było weselej. Jeździliśmy razem do tartaku. Zmyślny był, żebyś pan nie uwierzył. Jak załadowałem za dużo desek ani myślał ruszyć. Musiałem zrzucać. Ujechał troszkę, pokręcił, że nie i dalej zrzucałem. W końcu kiwnął i jechaliśmy. A jak się zestarzał to pomarkotniał. Coraz mniej mógł uciągnąć. Aż razu pewnego przyszedł do mojej krowy weterynarz i tak przy okazji powiada: „Dalibyście tego konia do rzeźni. Do roboty niezdatny, obrok kosztuje, a zawsze te parę groszy wam wpadnie.” Jak mi Bóg miły, w życiu mnie tak krew nie zalała jak wtedy. „Przyjaciela na rzeź? Jak bym mu w oczy spojrzał!” No i jeszcze parę wyrazów się dorzuciło, tak że koniec końców, więcej się już chłop u mnie nie pojawił. A z koniem pożyliśmy jeszcze ze dwa lata i na moich rękach umarł.”

Zauważyłem, że zanim mój rozmówca wypowiedział słowo „umarł”,  na moment się zawahał. Jakby nie do końca był pewny stosowności. Czy to więź emocjonalna ze zwierzęciem, czy znak czasu spowodował, że jednak terminu właściwego innemu światu użył. A podział był przecież dotąd, zwłaszcza na wsi, wyraźny i naturalny – rośliny usychają, zwierzęta zdychają, a ludzie umierają. Może w „zdychaniu” pojawiło się zabarwienie tak bardzo pejoratywne, że naprowadza na pozbawione uczuć, niemal okrutne traktowanie zwierząt. „Obraża” ich pamięć.

Z drugiej strony, powiedzieć, że koń albo psi lub koci ulubieniec umarł (a to już niemal językowa reguła) oznacza, że nadaje mu się status zarezerwowany wyłącznie dla ludzi. Zrozumiałe  to wtedy, jeśli zapędzając się w „kosmicznej” życzliwości, przyjmiemy teorię, że człowiek i zwierzęta są wobec siebie równi.

Zdycha czy umiera. Rozważania tylko semantyczne? A może mówią coś ważnego o nas. I naszym stosunku do bliźnich, a dopiero na drugim planie do zwierząt. Czasem można usłyszeć: „Im bardziej poznaję ludzi, tym mocniej kocham zwierzęta.” Przyglądam się uważnie takiej osobie, bo coś mi się wtedy wydaje, że nie bardzo sobie w życiu radzi z miłością. A mniej górnolotnie – że zwyczajnie nie lubi ludzi.  Taka deklaracja brzmi jak przyznanie się do emocjonalnej samotności. Pustkę wypełnia miłość zastępcza, namiastka tej prawdziwej. Wtedy Azorek i Kicia są zawsze ważniejsze od schorowanej sąsiadki za ścianą, bywa, że i od najbliższych.

Calel Perechodnik był policjantem żydowskim w getcie w Otwocku. Dziewiętnastego sierpnia 1942 prawie wszyscy mieszkańcy getta, nawet żony i dzieci policjantów, zostali wywiezieni do obozu w Treblince,  gdzie ponieśli śmierć. Perechodnik wspomina, że w tym czasie żona komendanta żydowskiej policji, Tola Kronenbergowa, która w getcie pozostała, zawodziła z powodu utraty suczki.

„Tola głośno rozpaczała w dzień i w nocy: – Moja biedna Nellusia, moja córuchna najdroższa!

Żydzi idący na śmierć słyszeli jej płacze i zgrzytali zębami w bezsilnej złości. Policjanci żydowscy na widok Toli odwracali głowy, żeby nie wyczytała nienawiści w ich oczach. Gdzie tylko zebrała się grupka policjantów, którzy wieczorami przeważnie siadali razem, opłakując swoje żony, zjawiała się Tola i wykrzykiwała:

– Moja biedna Nellusia umarła, zabili mi ją!”

Czytam w Katechizmie: „Można kochać zwierzęta, nie powinny one jednak być przedmiotem uczuć należnych jedynie osobom” (nr 2418). Gdzie jest granica?

Wzruszenie staruszka wspominającego z tkliwością swojego konia było szczere, głębokie i przyznaję – mnie się też udzieliło. Niby krótki epizod w trakcie podróży – zatrzymałem się na chwilę, wysłuchałem opowieści, która na mnie czekała i odjechałem. Ale do pytania mimowolnie zadanego wtedy przez rozmówcę, czasem powracam, bo poszukiwanie odpowiedzi nie jest tylko językowym roztrząsaniem znaczeń i sensów.

Więc jak to jest. Zwierzęta zdychają czy umierają?