DARIUSZ ROSIAK, ZIARNO I KREW (RECENZJA)


Dobrze, jeśli reporter mierząc się z trudnym tematem mówi od czasu do czasu: „nie wiem”, „nie rozumiem”. Staje się wtedy bardziej wiarygodny. Albo zwyczajnie uczciwy. Ile to się człowiek nasłuchał ekspertów od bliskowschodnich problemów, uchodźców, islamskiego zagrożenia, ogłaszających pewnym głosem i bez zawahania proste sposoby na rozwiązanie tragedii milionów. Dariusz Rosiak w swojej książce „Ziarno i krew. Śladami bliskowschodnich chrześcijan” nie udziela jednoznacznych odpowiedzi na pytanie, dlaczego jedni zostają w krajach ogarniętych wojnami, a inni emigrują. Nie daje prostych recept, czy i jak pomagać uchodźcom. Zresztą, na poziomie ogólnym temat zaczyna z wolna nużyć. Co innego, jeśli  widzimy historie konkretnych ludzi z imionami i nazwiskami, opowiadających o swoim życiu. A Rosiak umie dociekliwie pytać i wrażliwie słuchać. Dlatego uważam jego relację o świecie, który na naszych oczach ginie, a wraz z nim kolebka naszej cywilizacji, za lekturę obowiązkową.

Książka „Ziarno i krew. Śladami bliskowschodnich chrześcijan” tytułem nawiązuje do słów Tertuliana: „Krew męczenników jest zasiewem nowych chrześcijan”. I trzeba przyznać, że obok nieszczęść, jakich doświadczają chrześcijanie jest w niej i radość, i trudny do zrozumienia, zwłaszcza dla nas – sytych i jednak bezpiecznych Europejczyków, głęboki sens wiary. Spójrzmy na okładkę; w postaci dziewczyny jest jakiś rodzaj upojenia szczęściem. Obok filuternie uśmiecha się chłopiec. Za nimi, na murze namalowana postać Chrystusa. Trudno o lepszy komentarz do treści. Przy całym złu, chrześcijanie na Wschodzie zdołali zachować pogodę ducha, nie w tej mało poważnej postaci, że jakoś to będzie, ale wynikającej z siły prostej wiary. Adham, mieszkaniec najbiedniejszej dzielnicy Kairu, zwanej miastem śmieciarzy, mówi: „Bóg działa na różne sposoby. Nie wiem, co przygotował dla mnie, ale cokolwiek wymyśli, będę szczęśliwy. U nas wszyscy są szczęśliwi”.

Dziwne to wszystko, zważywszy, że grupą, która jest najbardziej prześladowana za swoje poglądy są właśnie chrześcijanie. Tylko w ubiegłym roku na świecie zginęło ich ponad sto tysięcy. Nie może więc oburzać, że wielu decyduje się wyjechać do krajów bezpiecznych. Bardziej zastanawia, że zdecydowana większość wbrew wszystkiemu pozostaje. Bo to ich ojczyzna, ich ziemia, rodzinne domy i kościoły, groby bliskich. Czy to nie najpiękniejszy, wprost heroiczny, przykład patriotyzmu i przywiązania do tradycji przodków? Rosiak nie napisał kolejnego reportażu, jak się w tych krajach ginie za wiarę, ale jak się wbrew wszystkiemu żyje.

Co więcej, autor przytacza wiele świadectw powrotów do chrześcijaństwa. Tak jest często w Turcji, gdzie młodzi Ormianie poznają losy przodków uratowanych z rzezi w 1915 roku i nierzadko w tajemnicy przed bliskimi przyjmują chrzest. Jeden z rozmówców zwierza się: „Wczoraj był dla nas wyjątkowy dzień, Boże Narodzenie, ale nie mogliśmy świętować. Nie mogliśmy przecież zamknąć sklepów, bo muzułmanie pytaliby, co takiego się wydarzyło”.

Miałem w trakcie lektury coraz większą pewność, że Dariusz Rosiak naprawdę wie, o czym mówi. Wyobrażam sobie tysiące rozmów, setki godzin spędzonych na docieraniu do prawdy i frustrację, że tak trudno ją pokazać. Zaczynamy wędrówkę nie od Bliskiego Wschodu, a szwedzkiego miasta Södertälje, w którym na ponad dziewięćdziesiąt tysięcy mieszkańców jedną trzecią stanowią chrześcijanie z Turcji, Iraku i Syrii. Przybywają tam od ponad czterdziestu lat z powodu kolejnych konfliktów i wojen. Dopiero potem przenosimy się do Turcji, irackiego Kurdystanu, Izraela, Libanu, Egiptu. Jesteśmy w miejscach dobrze znanych z kart Biblii – w Niniwie, Antiochii, Aleksandrii.

„Nie przyjechałem tu oceniać, tylko słuchać”. Rzeczywiście, w ferowaniu ocen Rosiak jest nader dyskretny. Pyta, dyskutuje, ale i jest pytany. Najczęściej przez swoich chrześcijańskich rozmówców o jedno: „czy wierzysz?” Kto dziś na Zachodzie zadaje jeszcze takie pytanie. W świecie poprawności politycznej należy od dawna do sfery tabu, podczas gdy tam jest najważniejsze.

Od jakiegoś już czasu jestem przekonany, że wcale nie najbardziej zagrożeni emigrują do Europy. Przeciwnie, właśnie najbardziej potrzebujący pomocy i najbiedniejsi zostają na terenach ogarniętych niepokojami. Zostają, ponieważ tam są u siebie i wiedzą, że nie znajdą innego zakątka, który kiedykolwiek w wymiarze duchowym dałby to samo.

Autor książki „Ziarno i krew” spotyka w Kairze Jusufa, który w tajemnicy przed bliskimi przyjął chrzest i został chrześcijaninem. Zapytany, co takiego znalazł w religii chrześcijańskiej, czego nie ma w islamie, odpowiada: «Miłość. To miłość jest najważniejsza. Bóg muzułmanów mówi: „Zrób to”, i oni to robią. Jeśli trzeba zabijają niewiernych, jeśli trzeba, stosują przemoc, jeśli trzeba , nienawidzą. A w Ewangelii przeczytałem, że jeśli używasz miecza, to od miecza giniesz. Wiesz, wcześniej nie potrafiłem dotknąć Bożej miłości, a teraz codziennie w życiu dostaję dowód na to, że Bóg istnieje i mnie kocha.»

Książka o paskudnych czasach i pięknych ludziach. Zostaje w pamięci.

 



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

„ŁOBUZY. GRZESZNICY MILE WIDZIANI” (RECENZJA AMBIWALENTNA)
05.10.2018
EDYTA STEIN, LUBLINIEC I PIĘKNO URZECZENIA
14.08.2018
MICHEL HOUELLEBECQ „ULEGŁOŚĆ” (RECENZJA)
14.11.2016
ORZECHOWSKI „MÓJ SĄSIAD ISLAMISTA”. O NASZEJ PRZEGRANEJ
19.07.2016