„DEKALOG KSIĘDZA JANA KACZKOWSKIEGO” (RECENZJA)


Po zauważeniu okładki w witrynie księgarni pomyślałem: znowu ksiądz Kaczkowski? Różne, jak wiadomo, emocje da się zmieścić w niby niewinnym – „znowu”. W tej reakcji kryła się radość, że oto raz jeszcze przemówi do mnie uwielbiany przez miliony Polaków, zmarły przed rokiem, ksiądz. I choć nie z każdą jego wypowiedzią się zgadzałem, pewnie po raz kolejny lekko mną potrząśnie, pobudzi do działania, pokaże drogę i upomni. Poruszy sumienie. Tak było do tej pory. Jak to więc możliwe, że po lekturze niewielkiej książeczki, z którą wiązałem takie nadzieje, jestem rozczarowany? Nie, to nie ksiądz Kaczkowski zawiódł. Zadaniu nie sprostała prowadząca wywiad Katarzyna Szkarpetowska.

Przede wszystkim jestem pełen wątpliwości, czy w ogóle należało tę rozmowę przeprowadzić. Autorce udało się namówić na nią duchownego tuż przed jego śmiercią, gdy bardzo już cierpiał. Ten stan daje się wyczuć w ascetycznej lapidarności, w oszczędnych, by nie powiedzieć skąpych – czasem zaledwie kilkuwyrazowych – odpowiedziach. Zresztą Szkarpetowska sama przyznaje we wstępie, że ksiądz był bardzo osłabiony i wywiadu udzielał leżąc. Wydaje mi się, że należało schorowanego kapłana zostawić w jego rodzinnym domu w spokoju. Pozostawił przecież wystarczająco bogaty przekaz, składający się na czytelny testament, a przede wszystkim szczere świadectwo miłości do ludzi, kapłaństwa i Kościoła, żeby za wszelką cenę domagać się jego wzmocnienia.

Mam w związku z tym poczucie, że Szkarpetowska postanowiła, niemal dosłownie w ostatniej chwili, na popularności księdza skorzystać. Oczekiwałbym też od prowadzącej wywiad z kimś o tak szerokich horyzontach i wiedzy teologicznej lepszego przygotowania. A nie kompromitującego przyznawania się do lektury jednej tylko książki swojego rozmówcy. Oczekiwałbym wnikliwie przemyślanego scenariusza rozmowy pozwalającego usłyszeć od rozmówcy coś więcej niż, siłą rzeczy, proste odpowiedzi na banalne pytania w rodzaju: „Kim właściwie jest złodziej? Kimś, kto wyciąga rękę po to, co nie należy do niego.”

Broń Boże nie znaczy to, że ksiądz Kaczkowski odpowiadał frazesami. Był, powiedziałbym, momentami usilnie do nich prowokowany. Niezależnie od słabości rozmówczyni znalazłem jednak w tym wywiadzie wystarczająco dużo fragmentów przypominających bohatera z jego wcześniejszych tekstów. Jak wtedy, bez moralizatorstwa i pouczania trafiającego w sedno. Z rzadko spotykanym darem wsłuchiwania się w głosy innych. I pozostawiającego przy tym wystarczająco dużo przestrzeni na interpretację  i „przełożenie” jego myśli i wniosków na moje życie.

Uwielbiać można tylko Pana Boga. Bardzo ważne jest abyśmy także na poziomie językowym strzegli się przed ubóstwianiem ludzi i rzeczy. Ktoś z umierających powiedział mi bardzo mądre słowa, kiedy go zapytałem: Co mam powiedzieć Twoim najbliższym, kiedy będziesz odchodził? Odpowiedział: „Powiedz im, że mają uwielbiać Boga, a używać rzeczy.

Książeczkę kończy zapis konferencji „Spowiedź na krawędzi”, jaką wygłosił ksiądz Kaczkowski w Płocku na niespełna rok przed śmiercią. Z jednej strony można ją potraktować jako niezbędnik w przygotowaniu do dobrej spowiedzi, z drugiej ponowne „przejrzenie” dekalogu, tym razem z punktu widzenia rachunku sumienia.

Nie ma księdza Jana wśród nas, tym bardziej wzrusza zamykający całość fragment: «(…) chciałbym, żeby przy moim zgonie był kapłan, który nie tylko ważnie i godziwie udzieli mi rozgrzeszenia, ale będzie się modlił i udzieli absolucji z odpustem zupełnym. I wtedy będę zupełnie wolny od kar doczesnych. Czasem, kiedy moi pacjenci słyszą, że udzielam im tego sakramentu w niebezpieczeństwie śmierci, przeszywa ich strach. Żeby rozładować atmosferę, mówię: „Pani Grażyno, teraz już jest pani tak chroniona, że z kopytami do nieba bez żadnych przystanków”. Czego państwu i sobie życzę.»

Nie mogę nie wspomnieć o przedmowie jezuity, ojca Grzegorza Kramera. A właściwie pięknym wspomnieniu o spotkanym jeden jedyny raz podczas krakowskiej promocji książki księdzu Janie. Wywarł on tak silne wrażenie, że od tej pory ojciec Grzegorz był przekonany, że kapłan jest człowiekiem świętym. Bo bliskim stał się już od pierwszej przeczytanej książki: «Po lekturze „Szału nie ma, jest rak” zrozumiałem, że we mnie samym jest duże pragnienie śmierci – takie pozytywne: nastawione na działanie, mobilizujące do większego zaangażowania się w powołanie i zadania, ale i zarazem bardzo otwierające na wieczność. I choć boję się cierpienia, choroby czy odrzucenia, to od lektury tamtej książki zacząłem Janowi „zazdrościć” perspektywy szybkiego odejścia. I tak już zostało do jego śmierci. Kiedy się o niej dowiedziałem, stałem właśnie nad grobem ks. Jerzego, i pierwsze słowo, jakie przyszło mi wtedy na myśl, to „szczęściarz”.»

Czy „Dekalog księdza Jana Kaczkowskiego” polecam? Mógłbym napisać, że Katarzyna Szkarpetowska straciła ostatnią szansę, aby zapytać chorego księdza o sprawy, o które nikt wcześniej nie zapytał. I mógłbym na tym poprzestać; byłaby to prawda. Coś mnie jednak przed tym powstrzymuje. Fakt, że w trakcie lektury mogłem sobie przypominać głos księdza, jego przenikliwy i łagodny wzrok, ciepły uśmiech był wystarczającą rekompensatą braków, jakimi wykazała się rozmówczyni.

Do książki dołączono płytę. Cztery nagrania zawierają „Ostatnią drogę krzyżową z ks. Janem” nagraną dwa miesiące przed jego śmiercią, „Wolność w kościele”, „Życie na pełnej petardzie” i „Pożegnanie”.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

„ŁOBUZY. GRZESZNICY MILE WIDZIANI” (RECENZJA AMBIWALENTNA)
05.10.2018
CZY SIOSTRA CHMIELEWSKA JEST ŚWIĘTĄ?
06.07.2018
KS. JAN KACZKOWSKI „GRUNT POD NOGAMI” (RECENZJA)
25.03.2016