DLACZEGO CZYTANIE KSIĄŻEK NIE JEST MODNE


Kiedyś co dwa lata, ostatnio co roku, pojawiają się wyniki badań czytelnictwa publikowane przez Bibliotekę Narodową. Rozgrywa się wtedy dobrze znany scenariusz. Lamenty i biadolenia trwają mniej więcej dwa tygodnie, po czym wszyscy wracają do swoich spraw w poczuciu dobrze spełnionego, ale i beznadziejnego obowiązku. Zapada cisza aż do następnego roku. A że nie widać oznak poprawy to dyskusje i wnioski z kolejnych raportów można sobie wymieniać, nie dbając o chronologię. Każdy wybór będzie równie aktualny. Nie ma co jednak ukrywać, kilka nowych danych zrobiło na mnie wrażenie. Na przykład, że w czterech polskich domach na dziesięć nie ma ani ani jednej książki.

Spokojnie można też załamać ręce nad kolejnym wskaźnikiem: 63% rodaków nie przeczytało w ciągu roku żadnej. Mógłbym powiedzieć – należę do pozostałej części (w domyśle elitarnej), niewiele mnie to obchodzi. Ewentualnie podeprzeć się nośnymi, choć pustymi hasłami typu: „Nie jestem statystycznym Polakiem – czytam książki” albo „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka” i z poczuciem wyższości wrócić do lektury.

Do nie czytających płynie jasny sygnał: wiesz, co masz robić, jeśli chcesz należeć do nas, lepszych. I już widzę, jak ta większość z rumieńcem wstydu rzuca się do księgarń lub czeka w kolejkach, by zapisać się do bibliotek. Dobrze za to mogę sobie wyobrazić inną reakcję: wzruszenie ramionami, pełen politowania wzrok i powrót do świata maili, fejsa, konsoli, kolorowanek. Wszystkiego, co odległe od lektury książki.

Jest jakieś wyjście z tego czytelniczego pata? Czytanie może być modne? Tak, pod jednym warunkiem. Należy stworzyć wokół kontaktu z książką atmosferę elitarności, która z czasem sama przełoży się na masowość. Zobaczmy, co się wydarzyło w ostatnich latach z modą na zdrowy i aktywny tryb życia. Kluby fitness wyrastają jak grzyby po deszczu, a bieganie i jazda na rowerze stały się narodowym sportem. Kilka lat temu po miejskim lesie jeździłem w towarzystwie kilku innych rowerzystów, teraz miejsce przypomina zatłoczoną arterię.

Jeszcze lepszym przykładem jest wykreowana, gigantyczna moda na gotowanie. Wcale nie tak dawno był to przykry obowiązek spoczywający wyłącznie na kobietach. Entuzjazm dla tej czynności objął nagle wszystkich, bez względu na wiek i status. Kucharze stali się celebrytami, blogi kulinarne mogą liczyć na wdzięcznych odbiorców, a najbardziej dziwne diety znajdą i tak licznych wyznawców.

A może powtórzyć ten scenariusz i

stworzyć dla książki tak dobry PR, jaki stworzono wokół aktywności fizycznej i gotowania.

Co potrzeba? Autorytetów. Sama, świetna zresztą, akcja związana z Narodowym Czytaniem jest tylko jednodniowa i niewiele zmienia. Czy idole, zwłaszcza idole mężczyzn – kadra piłkarska z Lewandowskim, czołówka lekkoatletów, piosenkarzy nie mogłaby się pokazać z książkami? Skupiam się na mężczyznach nieprzypadkowo. Czytają w zdecydowanej większości kobiety i to one kupują książki lub je wypożyczają.

„(…) ci z respondentów, którzy przerośli swoim wykształceniem rodziców, w dzieciństwie wyróżniali się na tle rówieśników „nadaktywnością” czytelniczą.”

Czytam w raporcie, że mamy do czynienia ze stabilizacją. Rzecz w tym, że stabilizacje mogą być też smutne, a jeśli spojrzeć na dane sprzed lat to ta jest całkiem przygnębiająca. Oto w roku 2012 wśród osób biorących udział w ankiecie 39% stwierdziło, że czytało książki tylko w szkole/na studiach. Cztery lata później ten odsetek poszybował do 63%.

W 2014 wśród pytanych oraz ich domowników 60% nie kupiło w ciągu roku żadnej książki. W ubiegłym roku było ich 6% więcej.

Czytanie książek nie jest również popularne w gronie kadry zarządzającej i specjalistów (a wśród nich lekarzy, prawników, inżynierów czy pracowników naukowych), a więc grupy nazywanej inteligencją. Jeszcze w 2002 lekturę przynajmniej jednej książki w ciągu roku deklarowało aż 97% badanych, dziś – nieco ponad połowa (56%). To spadek o 42%!

Inna porcja zaskoczeń dotyczy tego, co się czyta (albo nie czyta).

„Czytanie Biblii zadeklarowało w 2016 roku tylko 8 osób.” (na 3149 respondentów)

Wśród autorów najczęściej czytanych w 2016 roku palmę pierwszeństwa zdobył Henryk Sienkiewicz i Trylogia. Zaraz za nim znalazła się po raz kolejny E. L. James z „Pięćdziesięcioma twarzami Greya”, ramowatą erotyczną powieścią, która stała się podstawą adaptacji filmowej i chyba jedynie tym da się wytłumaczyć fenomen popularności. Dalej pojawia się Dan Brown, Danielle Steel, Stephen King. I kolejny Polak – Adam Mickiewicz. Potem gasnąca gwiazda Paulo Coelho, co mnie cieszy, bo to największy tandeciarz literacki w tej grupie. Na ironię zakrawa fakt, że ustąpił miejsca autorowi „Pana Tadeusza”.
„7% respondentów w 2016 roku przynajmniej raz czytało e-booka, tyle samo słuchało audiobooka.”
W zalewie wielu tabel zamieszczonych w raporcie znalazł się wskaźnik, który można łatwo pominąć, a to on wyjaśnia niechęć do czytania. Właściwie żadna sensacja – chodzi o brak wzorców wyniesionych z domu rodzinnego. Na pytanie, czy w okresie dzieciństwa ankietowany widział, jak dorośli w domu czytają książki albo o nich rozmawiają, 52% odpowiedziało przecząco. Prosta zależność – jeśli w rodzinie przeważali czytelnicy książek, najpewniej i kolejne pokolenie też w życiu będzie czytało. Niedaleko pada jabłko od jabłoni – mądrości ludowe nie kłamią.
Co mnie ucieszyło? Rosnące zainteresowanie (w raporcie mowa nawet o masowej popularności) nowych powieści napisanych przez polskich autorów. Nie jest to radość szczególnie wielka, bo inna z mądrości mówi, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. Ale może w ślad za nią przylecą następne. Z taką nadzieją czekam do następnego raportu. I z nadzieją, że inne jaskółki na książkowym niebie już latają.
 
 A latają?
 


TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

DLA KOGO TARGI KSIĄŻKI
12.11.2017
DWA ELEMENTARZE. KTÓRY WOLISZ?
01.09.2016
PIERWSZE ZDANIE
26.07.2016
NIE CZYTASZ? KSIĄŻKI BĘDĄ WARCZAŁY
07.10.2015
Różne książki ułożone na stosach
KSIĄŻKI, KTÓRYCH NIKT NIE CHCE
28.08.2015