DLACZEGO MIŁOSZ ODCHODZI W ZAPOMNIENIE


Wszystko się potoczyło szybko. Zadziwiająco szybko. Oto Czesław Miłosz, noblista z 1980 roku, staje się pisarzem z roku na rok coraz bardziej zapomnianym. Co takiego nastąpiło w ciągu czternastu lat od śmierci, że skazuje się go na banicję? Wyszły na jaw kompromitujące fakty? W nowej literaturze XXI wieku są rzeczy tak genialne, że Miłosz spada do drugiej ligi? A może krytycy literaccy doznali za życia poety zbiorowej halucynacji, dopiero po czasie przetarli oczy ze zdumienia, jak mogli tak bezmyślnie wychwalać autora „Ziemi Ulro”? Że był dla nich punktem odniesienia, a dziś jest ledwo punktem na literackiej mapie. Zaiste, dziwny i niepokojący fenomen, skłaniający do refleksji zwłaszcza tych, dla których pozostaje wciąż wielkim mistrzem słowa i przenikliwym myślicielem.

Zjawisko odchodzenia Miłosza w literacki niebyt obserwuję od lat. Przygnębia mnie, bo to jeden z moich ulubionych autorów. Coraz pewniejszy byłem odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje, ale dopiero niespodziewana lektura zapisu rozmowy historyka Marcina Witana z poetą, księdzem Jerzym Szymikiem, utwierdziła mnie ostatecznie w przekonaniu, że niestety przeczucia mnie nie zwiodły. Odległa data wydania książki (jedenaście lat temu)  pozwala skonfrontować pełne troski pytania o malejące zainteresowanie Miłoszem, przeczucia co do przyszłości i wagę jego przesłania z dzisiejszym stanem rzeczy. Niestety, trzeba sobie od razu powiedzieć – proces zapominania nie tylko trwa, ale, co gorsza, przyspieszył.

Komu Czesław Miłosz jest dzisiaj potrzebny? Według ks. Szymika tym, którzy uznają „istnienie ludzi mądrzejszych od siebie, którym warto się przyjrzeć, od których warto się uczyć”. Przyglądam się tej opinii i widzę w niej cząstkę odpowiedzi na postawione we wstępie kilka pytań. Rzeczywiście, w dobie posuniętego do skrajności indywidualizmu, asertywności, przekonania o zbędności autorytetów, poeta „ma prawo” przegrywać.

Istnieje jeszcze jedna, uzupełniająca hipoteza: Postawa współczesnej negacji Miłosza i ciszy, która wokół niego trwa – bo wokół niego jest potężna cisza – ma swoje pierwszorzędne źródło w pysze. To jest postawa typu: mam 30 lat, w ogóle mnie nie interesują jakieś Szetejnie ani jakieś tam „świadectwo ubiegłego wieku”, dylematy „zniewolonego umysłu”, ani tym podobne dyrdymały w zamierzchłej poetyce – wybieram przyszłość!

Rzecz jasna to nie wszystko. Mało przychylny ton wynika i z tego, że przez całe swe życie był Miłosz artystą szukającym, walczącym o Boga. Poetą który potrafił wprost wyznać: wszystko zawdzięczam latom medytacji, której mogę nadać miano religijnej, a nawet mistycznej i która niewiele rożni się od modlitwy. Owoc tej medytacji jest zawarty w moich wierszach, często w trudnym do opisania kształcie.

Pamiętam, kiedy umarł Miłosz, ogólnonarodową dyskusję o wyborze miejsca pochówku.  Czy aby na pewno jest godny, by spocząć w Krypcie Zasłużonych na Skałce. Ileż pojawiło się już wtedy kąśliwych uwag, podważania dorobku, wyrwanych z kontekstu cytatów. Jeśli ten nienawistny gwar rozlegał się nad trumną, potem mogło być tylko gorzej. Czas pokazał, że istotnie. Z tą różnicą, że agresję zastąpiła obojętność.

Ksiądz Szymik tak pisze o swoich przeczuciach: W tamtych latach przełomu wieków już to wyczuwałem i byłem pewny, że po śmierci spotka go to, co go spotkało – wieloletnia cisza. Mówiłem to, kiedy jeszcze żył – że tylko z pewnego poczucia przyzwoitości ci, którzy wtedy zaczynali decydować o kształcie naszego życia literackiego, nie występowali przeciwko niemu. Ale już widziałem to unoszące się w powietrzu lekceważenie. Tak się nie pisze dzisiaj… (…) Szukanie całe życie jakiegoś Boga? Spełnienie życia rozumianego w takiej perspektywie? On to już wcześniej powiedział w słowach: „Wolno nam było odzywać się skrzekiem karłów i demonów/ Ale czyste i dostojne słowa były zakazane/ Pod tak surową karą, że kto jedno z nich śmiał wymówić/ Już sam uważał się za zgubionego”. Czysty ton, czyste słowa były zabronione. Czułem, że rośnie protest przeciwko niemu, słyszałem te narastające wołania: Chcemy linii Przybosia! Rozedrganej, lingwistycznej, ostrej, nowej poezji…” Chcemy się językiem bawić, a nie zbawić!!!

Gorzka opinia kogoś, kto o Miłoszu napisał rozprawę habilitacyjną, znał poetę osobiście. Jest bez reszty zafascynowany miłoszową zdolnością do zachwytu nad światem i to w czasach, kiedy dla tak wielu twórców sztuka zdaje się być wyłącznie lamentem nad przemijaniem.  A w rozmowie nie raz daje dowody niebywałej erudycji (i dobrej pamięci), jak choćby we fragmencie, kiedy to obaj rozmówcy cytują fragment wiersza. Marcin Witan przytacza wers: „Lubiłem dżem truskawkowy i słodki zapach kobiecego ciała…”, a ks. Szymik od razu prostuje: „ciemną słodycz kobiecego ciała…” Pamiętam, „ciemna słodycz” jest literacko o półkę wyżej niż „słodki zapach”.

Trudno się z nim nie zgodzić, gdy twierdzi: po to mamy naszych poetów, żeby nam powiedzieli, co się z nami dzieje. Szkopuł w tym, że nie bardzo mamy ochotę, by odnieść nasze przeżycia, stosunek do spraw najważniejszych do tego, co napisał autor „Doliny Issy”. Mam wrażenie, że sam Miłosz w „Traktacie teologicznym” na dwa lata przed śmiercią proroczo przewidział bojkot swoich tekstów (a może już go dostrzegał): „natrafił na trudności/ z powodu swoich współwyznawców”.

Nie przypadkiem przywołuję słowo „prorokować”, oznaczające dziś w polszczyźnie tyle, co przewidywać przyszłość. Tymczasem prorok biblijny był towarzyszem swojego ludu, dającym mu wskazówki prowadzące do Boga i pomyślności w życiu. Potrafiącym przenikliwie widzieć związki między przyczyną a mającym nastąpić po niej skutkiem. W takim właśnie znaczeniu odczytuję twórczość, zwłaszcza poezję Miłosza – „tropiciela istotności”, jak go nazwał wydawca, Jerzy Illg.

Mam wśród pisarzy XX wieku grono takich, którzy mnie od początku onieśmielają. Jest wśród nich Schulz, Iwaszkiewicz, jest Herbert i jeszcze kilku. Największy respekt odczuwam wobec Miłosza. Niemało poglądów nas dzieli, jeśli jednak chcę „pobyć” z artystą mądrym – wybieram autora „Traktatu o życiu”. A za ks. Szymikiem mogę z przekonaniem powtórzyć: Nie wiódł mnie opłotkami, lecz głównym szlakiem epoki, pomagając odróżniać ziarno od plew. W stu procentach się zgadzam, że to mędrzec.

Nie skazujmy Miłosza na zapomnienie. Zwłaszcza w czasach, kiedy mędrców jak na lekarstwo.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

KSIĄŻKI DLA NAJMŁODSZYCH. MÓJ BARDZO OSOBISTY KANON (CZ. I)
26.10.2018
ZBIGNIEW HERBERT. DWADZIEŚCIA LAT BEZ NIEGO/Z NIM
27.07.2018
TOMEK WILMOWSKI PRZEPADŁ. NA SZCZĘŚCIE POWOLI WRACA
10.07.2018
JEST JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI „TYTANICZNYM GRAFOMANEM”?
25.05.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
STASIUK „OSIOŁKIEM”. PO MELANCHO NA WSCHÓD
16.05.2017
ANNA DZIEWIT-MELLER „GÓRA TAJGET” (RECENZJA)
06.10.2016
JACEK DEHNEL „KRIVOKLAT” (RECENZJA)
09.08.2016
ZBIGNIEW BIAŁAS „TAL” (RECENZJA)
13.06.2016