DLACZEGO NIE WYRZUCAM TELEWIZORA


Przyznaję, jestem wśród dwudziestu pięciu milionów Polaków oglądających telewizję. Trudno. Wiem – w kwitnącej modzie na nieoglądanie – ambitniej brzmiałoby zaprzeczenie. Wyjaśniam od razu, że daleko mi do średniej wpatrywania się w ekran. Co więcej, wydaje mi się ona groteskowo i absurdalnie wielka. Ubiegłoroczne badania dowiodły bowiem, że statystyczny polski widz spędzał codziennie przed telewizorem 4 godziny i 23 minuty, czyli o 3 minuty więcej niż rok wcześniej. A to oznacza, że brakuje już tylko 19 minut, żeby przegonić światowych liderów – Amerykanów, którzy jeszcze niedawno byli dla nas – ze swoją otyłością, chipsami i colą – brzydkim wzorem konsumpcjonizmu. Dlaczego więc nie opuszczam tego towarzystwa i telewizja jest dla mnie ważna?

Bo udaje mi się zachować umiar. Telewizor nie pełni roli domowego ołtarzyka, a telewizja bożka dyktującego rytm dnia. Umiem przełożyć sobie te ponad cztery telewizyjne godziny na nieprzeczytane książki, nie słuchaną muzykę, brak aktywności fizycznej, która zamieniłaby się w siedzenie przed pudłem z ruchomymi obrazkami. I to takimi, które układają się najczęściej w obraz świata zastępczego i nieprawdziwego. Kuszącego przy tym, bo barwnego, migotliwego i operującego, nie absorbującym umysłowo, skrótem. Tym może najbardziej telewizja różni się od czytanego tekstu; brakuje w niej czasu na dłuższe przemyślenia, „przetrawienie” widzianych treści.

Bez wątpienia wpływ na to ma nieustanna presja na podniesienie wskaźnika oglądalności. Programy nie mogą być zbyt ambitne. Broń Boże, by wymagały podjęcia wysiłku umysłowego. Telewidzowie pouciekają do innych stacji, mając w ręku broń potężną – pilota. Ten, niczym kciuk skierowany w górę lub w dół za czasów rzymskich, stanowi o być albo nie być twórców audycji.

Narzekam, że telewizja ogłupia, a jednak oglądam. W tym jestem podobny do polskiego inteligenta. Z jedną zasadniczą różnicą: on psioczy, ale przesiaduje przed ekranem tyle samo, co wykpiony przez niego przedstawiciel pospólstwa. A ja oglądam niewiele, nierzadkie są dni, kiedy telewizja nie gości w moim domu ani minuty.

Trudno mi sobie nawet wyobrazić, że mogłaby być traktowana jak domownik, bez którego ciężko wyobrazić sobie życie. Domownik, który ma najwięcej do powiedzenia. Na imieninach, na których kiedyś byłem, o siedemnastej przerwano rozmowy, bo zaczynał się Teleexpress oglądany przez zebranych w nabożnym skupieniu, po czym wrócono do wcześniejszych rozmów. Aż do Dziennika.

Nie mam wątpliwości, że telewizja, z jej nadmiarem emocji i bodźców wynikających z przemocy i sensacji, stępia wrażliwość. Po wyłączeniu odbiornika zwyczajne życie wydaje się być mało ciekawe, wręcz nudne. Jeszcze gorzej, jeśli rzeczywistość, na przykład, serialowa zaczyna mieszać się z prawdziwą i widzowie zaczynają prosić Tomasza Stockingera o załatwienie miejsca w szpitalu, a Włodzimierz Matuszak, odtwórca roli proboszcza w serialu „Plebania” wspominał, że zdarzały się sytuacje, w których ludzie nalegali, by ich wyspowiadał, a pozdrowienia na ulicy: „Niech będzie pochwalony!” były na porządku dziennym.

Brak telewizora coraz częściej bywa powodem do dumy, często ostentacyjnie pokazywanej. Że telewizja to sieczka, dno, chłam i propaganda. Totalne marnowanie czasu. Robienie wody z mózgu. Przyznaję, sporo w tym racji. Więc jak to jest ze mną? Biadolę na poziom i jednocześnie nie zamierzam się odbiornika pozbywać. Rzecz w tym, że oglądam świadomie. Raczej bez tracenia czasu na eksperymentowanie. W tygodniu będzie tego z pięć, sześć godzin. W czołówce od dawna TVP Kultura (ze stałych pozycji: „Trzeci punkt widzenia”, „Studio kultura”, „Chuligan literacki”, „Scena alternatywna”, „Tygodnik kulturalny”).

Życie bez telewizji? Jasne, że możliwe. Tak jak możliwe jest życie bez wyjścia do teatru, na koncert, bez ambitnego filmu w kinie, lektury esejów. Da się, tylko w imię czego.

Pamiętam słowa pewnego księdza, który powiedział: „Zabierz ten talerz z cukierkami, ponieważ wobec słodyczy tracę swoją wolność.” Talerza nie wyrzuciłem, tylko schowałem. Ksiądz poczęstował się wcześniej jednym cukierkiem.

Wbrew pozorom, ten pouczający przykład z modą na pozbywanie się telewizorów ma całkiem, całkiem dużo wspólnego.