DOBRA FOTOGRAFIA W GALERII HANDLOWEJ? MOŻLIWE, BO WŁAŚNIE WIDZIAŁEM.


Amelia ma sześć lat i jest uosobieniem spokoju. Filip dwa – swoją żywiołowością mógłby obdzielić innych. Zuzia też dwa, ale miesiące i na razie głównie śpi. Ich mama, Karolina Wojaczek-Jergla, postanowiła każdego dnia wykonać swojej gromadce zdjęcia. Bohaterowie nie pozują, nie przygotowują się do sesji. Żyją swoim normalnym, codziennym życiem – bawią się, dokazują, jedzą i śpią. Najlepsze  trzysta sześćdziesiąt pięć fotografii pod koniec roku tworzy album. Kolejny, już trzeci, z najmłodszą córką właśnie jest w trakcie tworzenia. Czy to nie piękny pomysł?

Tyle wydarzeń w życiu mogłoby przywrócić pamięć, gdybyśmy nie lekceważyli wagi przemijania, upływu czasu i robili zdjęcia. Jak napisała Susan Sontag, amerykańska pisarka, w swoim zbiorze błyskotliwych esejów o fotografii: “Nieruchoma fotografia to chwila obdarzona przywilejem trwałości, można ją zamienić na niewielki, płaski przedmiot i oglądać do woli (…)”. Dodam, i tym samym przywracać życie.

W wielu domach szuflady pełne są zdjęć rodzinnych. Starych, bo przecież te nowe zapisuje się gdzieś na dysku i nie ma sensu zamawiać odbitek. Ten punkt widzenia dominuje i oznacza, że nikt nowych zdjęć później nie ogląda, tym bardziej, że rzadko dokonuje się selekcji. No i trzeba pamiętać o jednym – bezpowrotna utrata cyfrowych plików jest o wiele bardziej prawdopodobna niż w przypadku odbitek papierowych. Dlatego zawsze mnie cieszy, kiedy słyszę podobne słowa: “W pewnym momencie zauważyłam, że mamy sporo zdjęć dzieci, ale w zasadzie ich nie wywołujemy. To tak jakby były, ale ich…nie było. Dla mnie zdjęcie ma wartość w momencie, gdy można go dotknąć – akcentuje Karolina Wojaczek-Jergla.

Zanim urodziła dzieci pracowała w korporacji. Niełatwo było podjąć decyzję o odejściu, ale dziś nie żałuje. Namiętność, jaką było fotografowanie przerodziła się w  wykonywany zawód. Domownicy już dawno oswoili się ze sprzętem; lustrzanka na stole to widok tak normalny jak talerz czy gazeta. – Niekiedy się śmieję, że dzieci widzą najpierw obiektyw, a później mnie – mówi pani Karolina.

Codzienna sesja wymaga samodyscypliny, a i tak można o niej w natłoku obowiązków zapomnieć. Zdarzyło się, wspomina pani fotograf, że wszyscy już spali. Kolejną dobę “uratowało” nocne uwiecznienie swojego odbicia w szybie okna.

W jednym z wywiadów autorka cyklu mówi: “Pewnego dnia zauważyłam, jak szybko mija czas i bezpowrotnie ulatują ważne chwile. Postanowiłam je uwieczniać, jak kadry na taśmie filmowej, dlatego stworzyłam Projekt 365. Z czasem chęć dotrzymania danej sobie obietnicy stała się pasją, która trwa już prawie dwa i pół roku roku. Kiedy dzieje się coś pięknego, nawet jeśli są to tylko zwykłe życiowe drobiazgi, zatrzymuję się i zapisuję ten moment na fotografii.”

W pokazanym zestawie dominują zdjęcia czarno-białe, jest też kilka kolorowych. Amelka z bratem pieką ciasto. Witają Zuzię owiniętą w becik. Mama z nią tańczy. Filip coś naprawia (psuje?). Dzieci wraz z tatą wyobrażają sobie, że są gwiazdami sceny rockowej. Przyjeżdżają z wizytą do babci. Normalne dzieciństwo. Dobrze fotografowane. Główni bohaterowie dorosną i staną się kiedyś rodzicami. Kolejne pokolenia i może kolejne cykle. Bezcenne znaki.

Pojechałem na zakupy. Jeden sklep, drugi, trzeci. Zaczynałem się powoli dusić, bo tak działa na mnie dłuższy pobyt w każdej galerii handlowej – molochu. Już chciałem wychodzić, kiedy uwagę zwrócił afisz zapraszający na wystawę “Projekt 365”. Marynarki nie kupiłem, ale za to zobaczyłem radość dziecięcego dorastania i rodzinę, w której nie brakuje miłości. Karolina Wojaczek-Jergla z wrażliwością i kunsztem ten intymny świat zdołała pokazać. Szkoda jedynie, że zdjęcia pokryto błyszczącym pleksi, które w drobnych szczegółach odbija całe otoczenie.

Galerie handlowe w służbie kultury? Chyba spojrzę na nie łaskawszym okiem.

Wystawa znajduje się w Galerii na Poziomie w bytomskiej Agorze. Można ją oglądać do końca maja.


  • Cóż, moi rodzice swoją trójkę pociech też chętnie fotografowali – niestety, nie mając pojęcia o zasadach fotografii i używając do tego jakiegoś przedpotopowego sprzętu. Nieszczególnie lubię wracać do fotek z dzieciństwa, bo albo są brzydkie, albo takie że gościom nie pokażesz. Jakoś nie chcę sobie przypominać że byłam brzydkim grubasem w ciuchach po kuzynach. Na tle żółtych ścian i depresyjnej meblościanki. Lata 90. to nie było królewstwo estetyki…
    Z drugiej strony – dzisiaj ludzie robią zdjęcia fatalnymi aparatami w telefonach. Proszę potem o zdjęcia do albumu i dostaję piksele rozmiarów dorodnych jabłek. Wywołuję zdjęcia, ale połowa jest rozmazana i rozpikselowana, moje szczęście że ogarnęłam kilka programów do obróbki zdjęć i chociaż największe mankamenty poprawiam. Ale to nie jest epoka zdjęć do albumu.

    • I tak oto przy okazji relacji z wystawy przeczytałem bardzo trafne uwagi na temat coraz słabszej jakości (na różnych poziomach) fotografii.
      Hipisie, wyciągnij wnioski. Wyrzuć smartfon, kup aparat!