ECH, TE UROKI LATA W ZIEMIAŃSKIM DWORZE


To wakacje były okresem, kiedy w pełni mogła rozkwitać gościnność – najważniejsza cecha, z jakiej słynął polski dwór. Witał  znanych i nieznanych przybyszów zawsze otwartą bramą, a przy stole zasiadało nieraz i kilkadziesiąt osób. Rzadko zapowiadano przyjazd, więc zdziwienie jednego z ziemian było oczywiste: Wszyscy byli syci, ale gdzie się to mieściło i spało? A właścicielka majątku na Podolu wspomina: Gdy trzy dni brak było gości, nasza służba chodziła smutna, twierdząc, że wszyscy o nas zapomnieli.

Marian Rosco-Bogdanowicz opowiada o  wakacjach  spędzanych w należącej do dziadka posiadłości niedaleko Lwowa: Stary dwór, w którym kochało się każdy kąt, na dość wysokim wzgórzu w prześlicznym położeniu nad Złotą Lipą, wijącą się wśród łąk i tworzącą staw, dziś już nie istniejący, z ogromnym zwierciadłem wody i masą ptactwa gnieżdżącego się w zarosłej jego części. Wyprawy myśliwskie były na porządku dziennym, jak też łapanie raków nie widzianej wielkości (prawie małej langusty), których całe kopy codziennie wieczór przy kolacji zjadano. Wyprawy na orzechy do okolicznych lasków „na Skałce”, połączone z pieczeniem kartofli i kukurydzy, do prześlicznego dębowego lasu na „Wierzchniak” lub do Mołochowa na doskonałe śliwki węgierki; kawalkady konne w sąsiedztwo i do Brzeżan i tyle innych uciech i radości. Drugie to już pokolenie, a może i trzecie, które tych kotowskich szczęśliwości używało, bo i nasze matki te same tradycyjne wakacje tam spędzały.

Czyż opis  nie przypomina znanego fragmentu „Pana Tadeusza” Mickiewicza?

Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;

Świeciły się z daleka pobielane ściany,

Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

A opisany w książce Joanny Krasińskiej „Dwa światy” powrót jej braci do rodzinnego majątku po zakończonym roku szkolnym 1932/1933 nie ma w sobie czegoś z przybycia Tadeusza do Soplicowa? Wtedy w Bojarach tatuś miał sportowego fiata z odkrywanym dachem (…). Zwyczajem wiejskim chodziłyśmy na długie spacery; tym razem szłyśmy na spotkanie Stasia i Andrzeja, szosą do Grodna. Z daleka zobaczyłyśmy fiata, ich gimnazjalne czapki z daszkiem i otokiem. I oni nas zobaczyli i wysiedli (…). Przyjazd braci był wielkim ewenementem, cały nasz świat się odmieniał. Wakacje!

Właśnie dwukonną bryką wjechał młody panek

I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek.

Wysiadł z powozu; konie porzucone same,

Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.

Dla licznej gromady dzieci budowano place zabaw albo, jak u Tyszkiewiczów w Tarnawatce, mały domek z dwiema izbami i schowkiem na narzędzia. Przed domkiem wydzielono pięć działek dla każdego z rodzeństwa. Najmłodsi spędzali tam całe dnie, nie tylko na zabawach, ale i dbając o grządki, żeby wyhodować najdorodniejsze warzywa. Jan Tyszkiewicz opowiada, że zajęcia ogrodowe brał jak najbardziej serio. Była to nasza pierwsza praca zarobkowa. Plony z dziecięcego ogródka kupowała kuchnia we dworze.

Dwór w okresie międzywojennym gościł latem nie tylko miastowych krewnych, ale i licznych praktykantów, studentów rolnictwa i szkół wojskowych. Nic dziwnego, że wśród młodych rodziły się przyjaźnie, romanse, miłości. Niejedno małżeństwo wynikało z wakacyjnych zauroczeń albo było umiejętnie aranżowane.  Często młodzieńcy walczyli w wojnie 1920 roku, więc jak pisze świadek: aureola rycerskich bohaterów, odznaczonych Krzyżami Walecznych, a nawet Virtuti Militari, wprost zaćmiewała dziewczynom oczy.

Dobrze mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził

Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.

Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;

Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne

Czas chętnie spędzano na grze w tenisa, niezwykle popularnej wśród młodych ziemian w dwudziestoleciu, zwłaszcza po zwycięstwach finalistki Wimbledonu Jadwigi Jędrzejewskiej. Już przed I wojną światową miesięcznik „Wieś i Dwór” reklamował nowe rakiety firmy Tunmer, które posiadają idealną elastyczność, struny nie puszczają i samo drzewo nie paczy się nigdy.

Właściciel majątku Jurantowice na Kujawach, Tadeusz Czaplicki, pisał o „stałych wakacyjnych tenisach”. Co tydzień w czwartek młodzi zbierali się na korcie, w przerwie podawano podwieczorek i wyjątkowo dorodne brzoskwinie. Wieczorem zapraszano na tańce. W każdym dworze bywały w lecie jakieś kuzynki czy przyjaciele. Młodzieży była więc gromada, a w każdym ogrodzie kort tenisowy.

Popularniejszym od tenisa sportem była jazda konna. Maria Ginter, urodzona w majątku ziemskim Smolice, często wyjeżdżała z siostrą na dłuższe eskapady. Do siodeł zostały przytroczone niezbędne rzeczy, mapę wsadziłam do kieszeni i hajda przed siebie w nieznane drogi. (…) Nocowaliśmy w majątkach rodziny. Wszędzie witano nas i goszczono serdecznie. Kto mógł dołączał i w coraz większej grupie podróżowaliśmy dalej.

Na trasie jednej z eskapad pojawił się wytworny pałac Niemojewskich w Lubstowie. Tutaj jeźdźcy zostali zaproszeni na obiad. W zakurzonych długich butach, brudnych bryczesach, czuliśmy się trochę skrępowani. Stąpaliśmy nieśmiało po lśniących posadzkach kolejnych salonów. Czekając w ogromnej sali balowej podziwialiśmy cenne gobeliny, stare obrazy, rzeźby i stylowe meble. Istne muzeum. Zdumienie nasze dopełniło wejście państwa domu. Para staruszków jak z teatru lub zeszłego stulecia. W taki upał ona w długiej czarnej toalecie z koronkowym żabotem i w czepeczku na głowie, o on w wieczorowym żakiecie. Po obiedzie i kawie podanej w pokoju bilardowym chcieliśmy swoim zwyczajem pójść do stajni osiodłać konie. Nie pozwolono. Do końca z szykanami.

Co zapowiadało schyłek lata? Organizowane w wielu dworach bale. Maria Ginter wspomina koniec wakacji 1936 roku: Najpierw był bal u Kosińskich w Głogowej, potem u wujostwa w Pokrzywnicy i jak zwykle u nas na moje imieniny. Tego roku brało w nim udział 40 osób. Poza sąsiednimi majątkami, stawili się kuzyni z Kujaw, koleżanki z Warszawy i nowo poznani lotnicy. (…) W parę dni po naszym był bal ziemiański w Kutnie, a na zakończenie u wujostwa Maringe w Lenartowie.

Zabawę kończył nad ranem biały mazur i pokaz sztucznych ogni. Po czym podjeżdżające powozy unosiły kolejno rozbawionych gości. Wołania i śmiechy milkły powoli w porannej mgle. Jeszcze jedne wakacje stawały się przeszłością. 

A ja swoje właśnie otwieram. Szkopuł w tym, że nie mam w rodzinie żadnych ziemian z dworkiem na dość wysokim wzgórzu w prześlicznym położeniu. I co tu począć?

 

 

Bibliografia

Marian Rosco-Bogdanowicz, Wspomnienia

Tadeusz Czaplicki, Szlacheckie ostatki

Joanna Krasińska, Dwa światy

Maria Ginter, Galopem pod wiatr

Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

LEKTURY PONOWNE. „DWÓR. DWÓR POLSKI W STAREJ FOTOGRAFII”
01.02.2018