EKSTREMALNA DROGA KRZYŻOWA 2018, CZYLI O CHWALEBNYM PRZECZOŁGANIU


Pamiętam swój pierwszy raz, sprzed roku. Jakoś łatwiej było wtedy opanować obawy przed wyruszeniem na nieznaną trasę niż wczoraj, w marcowy wieczór, poskromić narastający niepokój przed powtórką. Po prostu, rozpoczynając marsz wiedziałem, co mnie czeka. I czekało. Bo Ekstremalna Droga Krzyżowa jest – w świecie szafowania hiperbolami i ogłaszania co rusz megagwiazd, superfilmów i hiperwydarzeń – bez cienia wątpliwości naprawdę ekstremalna.

Dochodzi godzina trzecia w nocy. Tym samym, szósta godzina forsownej wędrówki. Podobnie jak rok temu, nadeszła pora kryzysu. Cóż za nietaktowna powtarzalność! Przypominam sobie – o tej porze zaczynało kiełkować i szybko rozwijać zatrute ziarno: „chyba nie dojdę”.

Muszę pokonać te wewnętrzne podszepty. Wiem, że kapitulacja byłaby niełatwym doświadczeniem do przerobienia. I wiem też, że nie biorę udziału w zawodach sportowych – zejście z trasy nie jest przecież porażką faworyta, na którego tak wszyscy liczyli. Więc ani klęska, ani porażka, ani przegrana do tej „konkurencji” nie przystają. A mimo to dobrze sobie zdaję sprawę, że zakończenie po przekroczeniu półmetka przygnębiłoby. Tyle emocji, przygotowań, skupienia przed ważnym dla mnie wydarzeniem. I koniec? Taksówka, potem do łóżka z gorzką świadomością, że pozostali się nie poddają?

Idę dalej. Przestaję widzieć, co przede mną. Nie obchodzi mnie to. Pochylony, ze zwisającą głową, zauważam – choć lepiej powiedzieć: mgliście rejestruję – kałuże, dziury w chodniku, puszki po piwie, gałązki na leśnej ścieżce, gruz. Cholera, wiem, że nie jest dobrze. Zaczyna się to samo szuranie butami po podłożu, co wtedy. Podobne zdziwienie, że jeszcze raz zgina się kolano, zaczynające żyć swoim własnym życiem. Głowa przestaje być centrum dowodzenia – zawiaduje w coraz mniejszym stopniu ruchami ciała. Próbuje mu wydawać polecenia, a ono otwarcie je ignoruje. Rozpaczliwie szukam rozwiązania, próbuję sobie przypomnieć, co mi przed rokiem, w środku kwietniowej nocy, pomogło. Wraca – przesłaniana zmęczeniem – pamięć o istocie tej nocy. Że jestem na drodze krzyżowej.

Nie zauważam w świetle czołówki na polnej drodze koleiny wypełnionej wodą, pokrytą cienką warstewką lodu. Noga ześlizguje się, tracę równowagę. Prawa nogawka spodni i połowa kurtki przemoczone, w bucie woda, ręce pokryte gliną. Z litości dla siebie wyłączam emocje. Po dwudziestu minutach dochodzę, bardziej doczołguję się, do kolejnej stacji. Mam gdzieś mój wygląd. Zresztą, z wieloma uczestnikami natura obeszła się nie lepiej. Przypominamy pracowników miejskich kanałów po ciężkiej dniówce. W końcu to Ekstremalna Droga Krzyżowa.

Kilkuminutowy postój. Ostrożnie, żeby nie zabrudzić wnętrza kieszeni, wyciągam kartki z rozważaniami. Która to stacja? Dziewiąta – „Trzeci upadek pod ciężarem krzyża”. Zaczynam czytać słowa bardzo w tej chwili przeznaczone dla mnie: „Upadam, ale wstaję, otrzepuję kolana i idę dalej. Nieraz boli, jest trudno, ale to nie powód, żeby rezygnować. Bohaterem się nie rodzisz, a stajesz poprzez swoje wybory – na początku drobne.”

Chciałbym napisać, że to był przełom i dalej było już łatwiej. Nie było, ale zaświtała myśl, że kto wie, może się uda. Godziny marszu dały mi jednak wystarczająco dużą dawkę pokory, by tak zuchwały pomysł od razu zepchnąć w sferę nieśmiałych życzeń. Jeszcze kilka razy na trasie dopadało zmęczenie tak skrajne, że musiałem się zatrzymywać, bo nogi w proteście „ani myślały” wykonać następny krok, kręgosłup doskwierał coraz bardziej. A każde sto metrów urastało do kilometra. W dodatku nad ranem złapał mróz, przemoczona odzież nie dawała o sobie zapomnieć.

Pomagały rozważania następnych stacji, modlitwa i świadomość, że w ciszy nocnej i w skrajnym utrudzeniu zaczynam nabierać zbawiennego dystansu do wielu spraw, potrafiących na co dzień zaprząc bez reszty uwagę. Nie dystansu do rzeczywistych zmartwień, bo one zostają, ale do stosu wydumanych problemów, wymyślanych scenariuszy, spodziewanych następstw wypadków.

Zbliża się siódma. Po jedenastu godzinach wróciłem pod bramy kościoła. Spoglądam na twarze sześciorga współtowarzyszy. Zdaje się, że wszyscy myślą o tym samym: „Mój Boże, jeszcze raz udało mi się przeżyć zarazem najpiękniejszą i najtrudniejszą noc.”

Tak, jak to było przed rokiem, powtarzam za księdzem Twardowskim: „zaufałem drodze wąskiej/takiej na łeb na szyję z dziurami po kolana”. Co więc dalej, skoro zaufałem? Ten symboliczny krzyż, który wziąłem na tę jedną noc odstawiam do kąta – „przyda się” za rok? Albo będzie mi towarzyszył codziennie z wszystkimi tego konsekwencjami.

Jestem gotów na taką ekstremalną drogę?

 

Specjalne podziękowanie składam swojemu Aniołowi Stróżowi za popychanie w chwilach całkowitego zwątpienia.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

WIELKANOC, SPOWIEDŹ, MAZUREK I BABA. O JĘZYKU ŚWIĄT
18.04.2019
EKSTREMALNA DROGA KRZYŻOWA 2017. PIĘĆDZIESIĄT JEDEN KILOMETRÓW PRAWDY
08.04.2017