EKSTREMALNA DROGA KRZYŻOWA 2022. JESZCZE RAZ Z CUDEM


Skapitulować? Skądże! Bez cienia wątpliwości podążałem do celu. Do głowy mi nie przyszło, że mogę pomyśleć o rezygnacji. Od pierwszej do ostatniej minuty szedłem pełen entuzjazmu. Coraz bardziej zachwycony wewnętrzną siłą i niezłomnością, której z każdym kilometrem przybywało. Aż szczęśliwy i zachwycony swoimi możliwościami doszedłem o świcie do celu.

Niestety, to z pewnością nie ten wstęp. Choć chciałbym, żeby tak było, dokładnie nic się w nim nie zgadza. Oprócz fragmentu ostatniego zdania; poczucie radości, że doszedłem, nadal mnie rozsadza. Bo Ekstremalna Droga Krzyżowa jest testem z wieloma niewygodnymi pytaniami, które w ciemnościach uwierają o wiele mocniej. A czterdzieści dwa kilometry, jakie przeszedłem z piątku na sobotę w mniejszym stopniu dotyczyło odległości, w większym wyznaczało prawdziwą wartość mojej wiary, relacji z Bogiem, celu w życiu i zadań do wykonania. Słowem, odważnego poznania prawdy o sobie. Przeżyłem tej nocy trudne i piękne dziewięć godzin samotności.

Zbliża się godzina 21. Po mszy świętej stoję w grupie kilkudziesięciu uczestników. Spoglądamy na krople deszczu spadające na oświetlone latarniami kałuże. Ostatnie chwile, aby wymienić jakieś uwagi. Potem obowiązuje całonocne milczenie. Pewnie nie ja jeden pytam siebie, po co naprawdę idę, co chcę sprawdzić, co zrozumieć, może – co udowodnić. I czy podołam trudom.

Wątpliwości pojawiają się szybko. Wystarczy, na przykład wielkie bajoro na drodze, którego nie da się nijak obejść czy perspektywa wdrapania się na wyślizgany i stromy stok kolejnej hałdy, na szczycie której znajduje się następna Stacja. Albo nie kończące się, wielogodzinne przejście kamienistą ścieżką przez las w czasie ulewy.

Właśnie tak to wymyślił w 2009 roku ksiądz Jacek Stryczek, znany ze Szlachetnej Paczki. Ekstremalna Droga Krzyżowa ma być przeżywana nie jako piknik i spotkanie towarzyskie, ale w trudzie, skrajnym znoju, skupieniu i modlitwie. „Gdy podnosimy wymagania, to one przyciągają ludzi, którzy chcą żyć sensownie” – mówi pomysłodawca. Zaczynało się skromnie, od grupki młodych mężczyzn tworzących projekt Męska Strona Rzeczywistości.

Idę z kilkoma przypadkowo spotkanymi osobami. Około północy gasną w oknach ostatnie światła. Ktoś postawił na parapecie starego familoka zapaloną świeczkę. Jej kruchy blask dodaje nam otuchy niczym marynarzom szukającym na oceanie właściwej drogi.

Rozpoczyna się nocny czas zrzucania masek. Bo przywykłem zakładać coraz nowsze i nowsze. Im ich więcej, tym bardziej nieprawdziwy jestem. Tym grubsza skorupa na mnie. Ekstremalna Droga Krzyżowa do chwalebnego ogołocenia wydaje się być stworzona. I tak jedna po drugiej spadały w błotniste kałuże.

Dochodziła trzecia nad ranem. Sporo przed trzydziestym kilometrem, jak za pstryknięciem, wyłączyło mi się myślenie. Definitywnie skończył się pewien etap. Nie było już miejsca na umysłowe dociekania, myślenie o sobie i wyciąganie wniosków. Rozpoczynała się druga, teraz to widzę wyraźnie, niezbędnie uzupełniająca część – bez reszty zdominowana przez fizyczność.

Potęguje się zmęczenie, w bucie czuję śliskość krwi. No tak, przed rokiem było podobnie. Bolą kolana, zginające się niezależnie od mojej woli. Odzywa się kręgosłup, o którym na co dzień zapominam. Staram się nie skupiać na zakończeniu (w połowie trasy, na błotnistej drodze i w całkowitych ciemnościach dotarcie do celu wydaje się być mrzonką), a bardziej na tu i teraz. Zaczynam odliczać do dziesięciu kroków. I do następnych. Coraz bardziej wyczerpany. Coraz intensywniej kuszony wizją rezygnacji. Trudna teologia ukryta w czerni nocy i własnych słabościach.

I tak nieprzerwanie do szóstej dziesięć rano, kiedy to wróciłem po dziewięciu godzinach do kościoła, spod którego wyruszyłem wieczorem. Pamiętając o dopiero co przeżywanych kryzysach, ledwo żywy, aż chciałbym zapytać: jakim niewiarygodnym cudem udało mi się tu dotrzeć w sobotni, pochmurny i deszczowy poranek.

Nie mam wątpliwości – gdybym opierał się na własnych siłach, już koło północy, z poczuciem przegranej, leżałbym we własnym łóżku. Lubię chodzić, ale niewiarygodne wydaje mi się przejście tylu kilometrów bez żadnego odpoczynku, w chłodzie i błocie, padającym deszczu, z krótkimi jedynie, może dwuminutowymi przerwami na rozważanie kolejnej stacji drogi krzyżowej.

Jakim cudem? Ekstremalnym i prawdziwym! Za księdzem Twardowskim mogę powtórzyć: „zaufałem drodze wąskiej/takiej na łeb na szyję z dziurami po kolana”.

 

Tradycyjnie już specjalne podziękowanie po przejściu EDK składam swojemu Aniołowi Stróżowi za popychanie w chwilach całkowitego zwątpienia na ostatnich kilkunastu kilometrach.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

JEDEN DZIEŃ IWANA DENISOWICZA. OPIS SYSTEMU, KTÓRY TRWA
04.03.2022
CICHA NOC BOŻEGO NARODZENIA
23.12.2020
BIBLIA CODZIENNIE I PRZEZ LATA. POLECAM
30.04.2020
CZY CHCIAŁBYM UMRZEĆ „NAGLE I NIESPODZIEWANIE”
31.10.2019
„ŁOBUZY. GRZESZNICY MILE WIDZIANI” (RECENZJA AMBIWALENTNA)
05.10.2018
EDYTA STEIN, LUBLINIEC I PIĘKNO URZECZENIA
14.08.2018
DARIUSZ ROSIAK, ZIARNO I KREW (RECENZJA)
18.10.2017
MICHEL HOUELLEBECQ „ULEGŁOŚĆ” (RECENZJA)
14.11.2016
ORZECHOWSKI „MÓJ SĄSIAD ISLAMISTA”. O NASZEJ PRZEGRANEJ
19.07.2016