EKSTREMALNA DROGA KRZYŻOWA 2017. PIĘĆDZIESIĄT JEDEN KILOMETRÓW PRAWDY


Nie poddawałem się, bez cienia wątpliwości podążałem do celu. Do głowy mi nie przyszło, że mogę zrezygnować. Od pierwszej do ostatniej minuty szedłem pełen entuzjazmu. Coraz bardziej zachwycony wewnętrzną siłą i niezłomnością, której z każdym kilometrem przybywało. Aż szczęśliwy doszedłem. Niestety, to nie ten wstęp. Choć chciałbym, żeby tak było, nic się w nim nie zgadza. Oprócz ostatniego zdania; poczucie radości, że doszedłem, nadal mnie rozsadza. Bo Ekstremalna Droga Krzyżowa jest testem z wieloma niewygodnymi wyzwaniami, które w ciemnościach uwierają o wiele mocniej. A pięćdziesiąt jeden kilometrów, jakie przeszedłem z piątku na sobotę w mniejszym stopniu dotyczyło odległości, w większym wyznaczało prawdziwą wartość mojej wiary, relacji z Bogiem, celu w życiu i zadania do wykonania. Słowem, odważnego poznania prawdy o sobie. Przeżyłem tej nocy trudne i piękne dziewięć godzin samotności i milczenia.

Zbliża się godzina 21. Po mszy świętej stoję w grupie kilkuset uczestników. Pewnie nie ja jeden pytam siebie, po co naprawdę idę, co chcę sprawdzić, co zrozumieć, może – co udowodnić. I czy podołam trudom. Wątpliwości pojawiają się szybko. Wystarczy, na przykład wielkie bajoro na drodze, którego nie można obejść inaczej jak wdrapując się na wyślizgany i stromy stok nasypu kolejowego. Albo nie kończące się przejście kamienistą ścieżką przez las w czasie ulewy.

Właśnie tak to wymyślił w 2009 roku ksiądz Jacek Stryczek, znany ze Szlachetnej Paczki. Ekstremalna Droga Krzyżowa ma być przeżywana nie jako piknik i spotkanie towarzyskie, ale w trudzie, skrajnym znoju, skupieniu i modlitwie. „Gdy podnosimy wymagania, to one przyciągają ludzi, którzy chcą żyć sensownie” – mówi pomysłodawca. Zaczynało się skromnie, od kilku młodych mężczyzn tworzących projekt Męska Strona Rzeczywistości. EDK w tym roku to aż 457 tras, w 252 miastach, na terenie 11 państw. I sześćdziesiąt tysięcy osób.

Idę z kilkoma przypadkowo spotkanymi. Koło północy gasną w oknach ostatnie światła. Ktoś postawił na parapecie zapaloną gromnicę. Jej blask dodaje nam otuchy niczym marynarzom szukającym na oceanie właściwej drogi.

Rozpoczyna się nocny czas zrzucania masek. Bo przywykłem zakładać coraz nowsze i nowsze. Im ich więcej, tym bardziej nieprawdziwy jestem. Tym grubsza skorupa na mnie. Ekstremalna Droga Krzyżowa do ogołocenia wydaje się być stworzona. I tak jedna po drugiej spadały w błotniste kałuże. A ja czułem się coraz prawdziwszy, wolniejszy i bardziej odważny.

Dochodziła trzecia nad ranem. Gdzieś przed trzydziestym kilometrem, jak za pstryknięciem, wyłączyło mi się myślenie. Definitywnie skończył się pewien etap EDK. Nie było już miejsca na umysłowe dociekania, myślenie o sobie i wyciąganie wniosków. Rozpoczynała się druga, teraz to widzę wyraźnie, niezbędnie uzupełniająca część – bez reszty zdominowana przez fizyczność. Potęguje się zmęczenie, w bucie czuję śliski chlupot krwi. Bolą kolana, zginające się niezależnie od mojej woli. Odzywa się kręgosłup, o którym na co dzień zapominam. Staram się nie skupiać na zakończeniu (w połowie trasy, na błotnistej drodze i w całkowitych ciemnościach dotarcie do celu wydaje się być mrzonką), a bardziej na tu i teraz. Zaczynam odliczać do dziesięciu kroków. I do następnych. Coraz bardziej wyczerpany. Coraz intensywniej kuszony wizją rezygnacji. Trudna teologia ukryta w czerni nocy i własnych słabościach.

Aż do szóstej dziesięć rano, kiedy to wróciłem po ponad dziewięciu godzinach do kościoła. Pamiętając o dopiero co przeżywanych kryzysach, ledwo żywy, aż chciałbym zapytać: jakim niewiarygodnym cudem udało mi się tu dotrzeć w sobotni, pochmurny poranek. Nie mam wątpliwości, gdybym opierał się na własnych siłach, już koło północy, z poczuciem przegranej, leżałbym we własnym łóżku. Lubię chodzić, ale nigdy jeszcze nie przeszedłem tylu kilometrów bez żadnego odpoczynku, w chłodzie i błocie, padającym deszczu, z krótkimi jedynie, może dwuminutowymi przerwami na rozważanie kolejnej stacji drogi krzyżowej.

Jakim cudem? Ekstremalnym i prawdziwym!

scan jpg.

Mógłbym za księdzem Twardowskim powtórzyć: „zaufałem drodze wąskiej / takiej na łeb na szyję z dziurami po kolana”.

Wystarczyło w piątkowy wieczór opuścić wygodną strefę komfortu i wziąć na tę jedną noc krzyż.

 

 

 



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

WIELKANOC, SPOWIEDŹ, MAZUREK I BABA. O JĘZYKU ŚWIĄT
18.04.2019
EKSTREMALNA DROGA KRZYŻOWA 2018, CZYLI O CHWALEBNYM PRZECZOŁGANIU
24.03.2018