ELEKTROWNIA WODNA WE WROCŁAWIU. RARYTAS NIEDOSTĘPNY


Stolica Dolnego Śląska wśród wielu atrakcji ma jedną, o której rzadko wspomina. I nic dziwnego. Całkiem blisko centrum znajduje się zabytkowa, ale działająca i nadal w świetnej formie, elektrownia wodna we Wrocławiu. Z oczywistych powodów, niedostępna dla turystów. A szkoda, bo to miejsce zupełnie niezwykłe. Fotografowałem większość podobnych na Dolnym Śląsku. Z reguły położone są w spokojnej okolicy, na uboczu, wśród lasów. Z dojazdem, który nawigacja samochodowa lubi przemilczeć. Ten obiekt, całkiem odmiennie – w pobliżu gwarnego rynku, zatłoczonych ulic. W tętniącym mieście sprawia wrażenie zatrzymanego w odległym czasie.

Gdyby spojrzeć na to miejsce dociekliwiej, w bardzo odległym. Już w 1334 roku Mikołaj Wierzynek (tak, ten krakowski) zawarł umowę z miastem na zabudowę Wyspy Mieszczańskiej młynami wodnymi. Dwa wieki później wody Odry napędzały tu całkiem spore zagłębie przemysłowe. Działały – egzotyczne już dla nas – zakłady. Bo oprócz trzech młynów zbożowych, młyna papierniczego i szlifierni był jeszcze folusz (zakład zajmujący się obróbką sukna), słodownia, kuźnia oraz drutownia.

elektrownia wodna we Wrocławiu jpg.

Chciałbym widzieć te dwadzieścia pięć ogromnych, furkoczących kół wodnych na niewielkiej wyspie. Obracały się mniej więcej aż do początków XX wieku.

elektrownia wodna we Wrocławiu jpg.

Właśnie wtedy postanowiono wybudować elektrownię wodną; w końcu rewolucja przemysłowa musiała dotrzeć i na wschodnie rubieże Prus. Uzyskanie od władz pozwolenia na budowę przeciągało się niemiłosiernie i dopiero w 1921 roku miasto zatwierdziło ostatecznie projekt do realizacji. Przystąpiono do pracy. Po trzech latach, drugiego maja 1924 roku, szanowany obywatel, radca miejski Zillmer symbolicznie przekazał elektrownię nadburmistrzowi Wagnerowi. Licznie zebrani podziwiali kunszt budowlańców i inżynierów. Nie udało mi się dotrzeć do żadnych zdjęć. Co wtedy robili fotografowie?

Od otwarcia minęły dziewięćdziesiąt dwa lata. Efektami można zachwycać się nieprzerwanie. Bryłę – również Elektrowni Północnej wybudowanej rok później, tuż obok  – zaprojektował ten sam architekt, który był twórcą wrocławskiej Hali Stulecia.

elektrownia wodna we Wrocławiu jpg.

Na solidnych, kutych wrotach widać płaskorzeźbę przedstawiającą postaci mężczyzn symbolizujących moc energii (elektrycznej?). Oni też mają po dziewięćdziesiąt dwa lata. Spędzone na mrozie i w skwarze. I w czasie całej wojny światowej.

elektrownia wodna we Wrocławiu jpg.

Ta nie wyrządziła zakładom żadnych szkód, choć zabudowa Kępy Mieszczańskiej wokół elektrowni była całkowicie zrujnowana, co wykorzystano jeszcze w 1964 roku w trakcie kręcenia filmu Stanisława Lenartowicza „Giuseppe w Warszawie”.

Od razu w 1945 roku można było przystąpić do produkcji energii. Z pewnością teraz zaskoczę – jakimś cudem niemiecka załoga elektrowni pracowała tu nieprzerwanie aż do 1950 roku. Że też losami tych ludzi nikt się nie zainteresował. Byłyby, z pewnością, świetnym materiałem na niejedną książkę lub film.

W podobnych obiektach rozsianych na Dolnym Śląsku, w trakcie sesji zdjęciowych często słyszałem z dumą wypowiadane słowa (nie ma to jak patriotyzm zakładowy), że farba, jaką oglądam na turbinach jest oryginalna. Nałożona pędzlem przez pruskiego robotnika prawie sto lat temu. We Wrocławiu nie inaczej.

elektrownia wodna we Wrocławiu jpg.

W obu sąsiadujących elektrowniach niemal nieprzerwanie działają cztery turbiny Francisa z 1924 roku. Nie może dziwić, że zakłady od ponad dwudziestu lat wpisane są do rejestru zabytków. Raz jeszcze z zachwytem spoglądam na halę z rozłożystymi, budzącymi zaufanie, maszynami.

elektrownia wodna we Wrocławiu jpg.

Czy można jeszcze mieć wątpliwości, że w starej technice tkwi piękno? Że kontemplacja urody turbiny i sprężarki przypomina tę doświadczaną w muzeum sztuki? I co z tego, że nie rozumiem zasad działania żadnej elektrowni. W końcu procesu rzeźbienia i malowania również.

Zobacz też:

Elektrownia Leśna. Coś dla humanistów i lubiących “naj”.