ELŻBIETA DZIKOWSKA CIEKAWIE OPOWIADA. TYLKO TE FOTOGRAFIE…


Już za kilka miesięcy będzie obchodzić swoje osiemdziesiąte urodziny. Pełna energii, którą mogłaby obdzielić wielu młodych. Z entuzjazmem opowiada o swoich dalekich i całkiem bliskich wyprawach, publikuje książki podróżnicze. Elżbieta Dzikowska to instytucja. Kiedy więc zobaczyłem na okładce jej nazwisko i jeszcze intrygujący dla każdego, kto lubi wojaże tytuł „Polska znana i mniej znana II”, wiedziałem od razu, że muszę rzecz poznać. Co wynikło z lektury? Warto było?

Po pierwsze, o Polsce tak opowiada tylko ktoś w niej zakochany. Bardzo mi ten stan ducha bliski, więc po kilkudziesięciu reportażach zamieszczonych do tej pory na blogu, z zazdrością i podziwem oglądałem miejsca, do których Dzikowska dotarła. O wielu przeczytałem po raz pierwszy. Czego tu nie ma! Zaczyna się od Stargardu i okolic, potem Mazury, Lublin. Dalej Kurpie i Opolszczyzna. Na Górnym Śląsku autorka zawitała do Chorzowa, by ruszyć stąd na Podkarpacie. Indeks nazw geograficznych liczy ponad trzysta pozycji.

Po drugie, o Polsce opowiada w taki sposób tylko ktoś młody duchem.

” – Czy wiesz, kiedy mamy wiek dojrzały?

– No?

-Zawsze za dziesięć lat od tego, w którym jesteśmy teraz…

Zrewanżowałam się:

– Czy wiesz, co to jest starość?

-No?

– Stan umysłu, niezależnie od wieku.”

Często zastanawiam się, dlaczego tak wielu z nas nie bardzo zależy na odkrywaniu uroków Polski. Potrafimy licytować się na opowieści z egzotycznych zakątków świata, które w większości od dawna nie są już egzotyczne, a często najbliższa okolica w odległości stu kilometrów od domu to prawdziwa terra incognita. Przekonałem się nie raz, że wystarczy zboczyć z trasy w stronę jakiegoś ciekawego miejsca, ale nieco oddalonego od promowanych atrakcji turystycznych, a często chodzę i zwiedzam samotnie.

Pierwszy z brzegu przykład. Wczesną jesienią, w słoneczną sobotę na parkingu w Ojcowie stało kilkadziesiąt samochodów. Gwarno, gastronomia pracowała na pełnych obrotach. Dzieci z lodami, inne oblepione watą cukrową. Atmosfera odpustu połączonego z publicznym obżarstwem. Z deptaka zboczyłem na szlak prowadzący do Doliny Sąspowskiej. W obie strony to ponad dziesięć kilometrów. Na całej trasie nie spotkałem nikogo. Żywej duszy. Po niespełna trzech godzinach wróciłem do Ojcowa i znów tłum, lody, oscypki(!) i parasole z nazwami browarów.

Właśnie dlatego drugi człon tytułu, w którym mowa o Polsce mniej znanej szczególnie przyciągnął moją uwagę. A już we wstępie prorocze słowa: „Niby ją znamy – ale jednak tyle ma tajemnic! Wynika to przede wszystkim z naszego zaniedbania. Świat się otworzył, więc wędrujemy w dalsze jego strony, jeśli pozwolą na to zdrowie, czas i fundusze, nie mając pojęcia, jak ciekawe miejsca omijamy we własnym kraju – bo wydaje nam się, że jeszcze będzie czas na odwiedzenie ich albo nie zdajemy sobie sprawy z ich istnienia.”

Rzeczywiście, nie mamy zwyczaju wyjazdów, na przykład weekendowych z jednym, dwoma noclegami, w czasie których można – według przygotowanej wcześniej marszruty – zobaczyć więcej niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. W opracowaniu takiego planu, rzecz jasna, pomagają zasoby internetowe, ale nadal nie ma to jak zabrana ze sobą książka. A w tej roli Elżbieta Dzikowska i jej „Polska znana i mniej znana II” sprawdza się znakomicie.

Załóżmy, że chcemy zwiedzić Racibórz i okolice. Miasto – obok Opola, jedna z historycznych stolic Górnego Śląska – opisane i pokazane zostało aż na ośmiu stronach. Następnie autorka proponuje wizytę w nieodległym Tworkowie, stamtąd eskapadę do wspaniale odnowionego zespołu cystersów w Rudach Raciborskich, który w swoich relacjach pokazałem tutaj i tutaj. Po zwiedzaniu kompleksu i długim spacerze w zrewitalizowanym parku (może i po skansenie zabytkowej kolejki wąskotorowej), pozostaje jeszcze wizyta w pałacu w przygranicznych Chałupkach i typowy śląski obiad, czyli rosół z makaronem, rolada z kluskami i modrą kapustą w restauracji „Zamek”. Potem zwiedzanie okolic z meandrami Odry i powrót do domu. Wrażeń i wspomnień aż do następnej wyprawy.

Po trzecie wreszcie, z książką Dzikowskiej mam jeden, niemały problem. Niestety, pomarudzę teraz. O ile tekst naprawdę zachęca do poznawania kraju to fotografie już mniej. Co może dziwić, bowiem książkę wydano na wysokiej jakości kredowym papierze, sporo zdjęć wygląda znakomicie, więc to nie wina drukarni. Trop wyraźnie biegnie w stronę autorki i grafika.

Na fotografii otwierającej przewodnik widać, jak Elżbieta Dzikowska trzyma dobrej klasy Nikona. Odpada więc wina sprzętu. To raczej pójście na łatwiznę – fotografii tego typu nie wykonuje się ignorując warunki pogodowe i nie wykonuje się z ręki, tylko po umieszczeniu aparatu na statywie. We wnętrzach to już absolutna konieczność. Czy mogą w tej sytuacji zaskakiwać kadry poruszone, brzydko rozmyte, z wyraźnym cyfrowym ziarnem? Że wszystko stałoby się bardzo czasochłonne? Nie ma rady – albo na skróty, albo dobrze.

Do zdjęć krajobrazu i architektury niezbędny jest obiektyw szerokokątny, którego Dzikowskiej wyraźnie brakuje – dawno nie naoglądałem się tylu zdjęć z „uciętymi” z dołu, z góry budynkami. Na domiar złego, niemal wszystkie przechylają się; warto zawczasu pomyśleć o korekcie perspektywy na etapie fotografowania albo chociaż w czasie obróbki. A ta, co tu dużo mówić, razi niedbalstwem. Fotografie są często niedoświetlone albo prześwietlone. Jako żywo przypominają zamieszczone w albumach z lat siedemdziesiątych, kiedy nikomu jeszcze nie śniło się o możliwościach, jakie dają współczesne programy graficzne. Zresztą, zobaczcie sami.

(miniatury po kliknięciu powiększają się)

Czy polecam? Tak, choć korzystając ze szkolnego systemu ocen daję tylko czwórkę. Szkoda, że w atrakcyjnym pomyśle połączenia przewodnika z albumem trzeba tak mocno przymknąć oko na niedoskonałości fotografii. Szkoda tym bardziej, że Elżbieta Dzikowska jak mało kto potrafi ze swadą opowiadać o atrakcjach turystycznych Polski. Zachęca tak skutecznie, że – kiedy tylko pogoda pozwoli – zabieram jej książkę i na początek wyjeżdżam do Pokoju, gminnej wioski na Opolszczyźnie.

Dlaczego właśnie tam? Zapraszam do lektury „Polski znanej i mniej znanej II” i mojej relacji w przyszłości.