ERIC-EMMANUEL SCHMITT „ZAZDROŚNICE” (RECENZJA)


Fragment wywiadu, jakiś cytat, zasłyszana opinia. Strzępy informacji, które pozwalają przypuszczać, że ten autor chyba dla mnie nie pisze. Potwierdzić domysły można w jeden tylko sposób – poprzez lekturę książki. Okazuje się potem, że najczęściej intuicja mnie nie zawodła, choć bywają też miłe zaskoczenia. Jak będzie tym razem? Czy rezerwa, z jaką podchodzę do powieści „Zazdrośnice” jest uzasadniona? Czy Eric-Emmanuel Schmitt to, jak podejrzewam, klon Paulo Coelho? Sprawdźmy.

Zawsze zwracam baczną uwagę na pierwsze zdanie. Wiadomo, nie bez powodu pieczołowicie i troskliwie cyzeluje jego formę sam autor. Ono otwiera, przenosi w inny wymiar i tworzy klimat. Od tego momentu rozpoczyna się tajemna gra z czytelnikiem, wyobraźnią, emocjami. W powieści „Zazdrośnice” brzmi tak:

„Przebieram się, maluję, jestem najszczęśliwszą z dziewczyn, bo zaraz spotkam się z moją paczką, przebieram się, perfumuję, przebieram się, przebieram się, maluję się, wychodzę, wracam biegiem do swojego pokoju, przebieram się, czeszę się, przebieram się, przebieram się i wybucham płaczem: jestem zbyt brzydka, zostaję w domu! Nikt nigdy nie wycierpiał tyle, co ja…”

Czerwona, ostrzegawcza lampka zakręciła się w mojej głowie jak oszalała. Rzuciłem się do sprawdzania, kim jest Schmitt i czy pisze wyłącznie dla egzaltowanych gimnazjalistek. Może nie, jeśli to filozof, autor sztuk teatralnych, powieści tłumaczonych na trzydzieści pięć języków.

No tak, dałem się nabrać jak dziecko. Ten pretensjonalny styl jakiejś smarkuli to najpewniej prowokacja. Lampka zwolniła obroty i przygasła. Nieco uspokojony czytam dalej.

Julia, Anouchka, Raphaelle i Colombe to  cztery nastolatki, przyjaciółki na dobre i na złe. Przyrzekają sobie dozgonną przyjaźń zawieszając na moście kłódkę z inicjałami. Deklaracje deklaracjami, ale szybko zaczynają się intrygi, obmawianie, zazdrość, fałsz, rywalizacja. Wszystko prowadzi do mało odkrywczego wniosku o cienkiej linii oddzielającej przyjaźń od nienawiści. Tyle w największym skrócie. A o co naprawdę chodzi? Doprawdy, nie wiem. Lampka zaczyna na powrót coraz szybciej wirować.

Licealistki mają mentalność dziesięciolatek. Łapczywie poznają świat, ale ich wnioski są rażąco naiwne, płytkie i arbitralne. Jak zawsze, kiedy nastolatkowi przechodzącemu okres dojrzewania wydaje się, że jest doroślejszy od dorosłych. Otacza je niełatwa rzeczywistość, w której rodzicom brakuje poczucia odpowiedzialności, mężczyźni są zniewieściali, a seks od dawna nie stanowi żadnego tabu. Nic dziwnego, że przejmują obowiązujące kalki, a same w swoim rozkapryszeniu nie wiedzą, czego chcą. Gdyby im odebrać dostęp do internetu i komórek, nie wiedziałyby już zupełnie.

Żyją w świecie kryzysu rodziny, rozpadu małżeństwa. Czy ten stan rzeczy martwi bohaterki? „W mojej rodzinie ani ojciec, ani matka, ani wujkowie i ciotki nie mieszkają już pod jednym dachem z osobą, z którą mają dzieci. To samo u znajomych.(…) Mnie to odpowiada, ponieważ nie wiem, jaki chłopak by mi odpowiadał, lepiej wypróbować kilku.” A co z rodzicami, którzy się rozwiedli? Jedna z dziewczyn, Colombe, formułuje taki wniosek: „po miesiącach albo latach uznajemy, że rodzice mieli rację i że tak było dla nas lepiej.” Tajemnica „lepiej” polega na tym, że „Ich rozwód zamienił mnie w księżniczkę.”

Tydzień, na przemian u ojca i matki, to przecież dwa pokoje i podwójna moc rozpieszczania. Trwa rywalizacja w kategorii, kto bardziej kocha i potrafi to udowodnić. „Prawdę mówiąc, mogłabym mnożyć kaprysy w nieskończoność, ale się powstrzymuję (…), gdyby w pewnym momencie zapachniało nadużywaniem władzy rodzicielskiej.” To się dopiero nazywa strategia.

Taka przebiegłość, rzecz jasna, przydaje się w traktowaniu rówieśników. „To ja muszę decydować. Chcę dominować, jeśli nie nad swoim partnerem, to przynajmniej nad własną osobowością.” Wiadomo przecież, że każda kobieta jest „tęczą złożoną z wielu kobiet”, która zgłębia tajemnicę posuwania się „w kierunku nieznanej teraźniejszości” (kto zaprzeczy, że Schmitt ma swój oryginalny styl).  W tym świecie męski chłopak, zależnie od okoliczności, może stać się co najwyżej bezkształtną masą do formowania albo płaszczącym się sługą. I refleksja, która towarzyszy rozmyślaniom Colombe: „W jakim momencie mężczyźni są szczerzy: gdy zachowują się spokojnie, czy gdy dokonują mordu?” Odpowiadam w swoim imieniu – w momencie, kiedy rzucają takimi książkami o ścianę.

Rozkapryszone panienki zbierają pierwsze doświadczenia w sferze seksu. W jakim stylu?

„Przespałam się z Hugo.

Tak, wiem, w moim zachowaniu nie ma za grosz konsekwencji, bo jestem zakochana w Lucasie i oficjalnie podrywana przez Mehdiego.

Mimo to kochałam się.

To bez znaczenia. Właściwie tak, pierwszy raz ma bardzo duże znaczenie, za to Hugo nie.”

A kiedy wrażeń i partnerów przybyło, pora na myśl „głębszą”: „To normalne, że ich porzucam, wzięłam to, co było do wzięcia.”

Żeby było już całkiem nowocześnie, Schmitt umieszcza wątek homoseksualny – ojciec Anouchki wystąpił o rozwód, kiedy zorientował się, że jest gejem. Córka ocenia jego postępowanie: „Nie, Dad nie jest łajdakiem. A jeśli odszedł, zrobił to z miłości.” Wkrótce potem spotyka się z ojcem, już w jego nowym związku. „Poznałam Gasparda, przyjaciela taty. Super, cool, wyluzowany, naprawdę czarujący. Ma piękne usta, czerwone i pełne. Na pewno spodoba się moim przyjaciółkom.”

Muszę dodawać, że ostrzegawcza lampka w mojej głowie przepaliła się już dawno? Nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy czytałem ostatnio książkę, która pokazywałaby świat tak bardzo nieautentycznie i płytko. Nie mam na myśli poruszanych problemów, obecnych w końcu w różnym, inna sprawa – często przesadzonym, natężeniu, ale ich nieznośną infantylizację. W tym duchu oceniam pomysł autora, że jeśli aluzyjnie  skojarzy „Romea i Julię” z umizgami wobec  środowiska LGBT, to od razu zrobi się ambitnie i intelektualnie prowokująco. Nie, nie zrobi się. Same bohaterki, cztery egoistyczne, mściwe, skupione na sobie, puste i bezwzględne panienki w literackiej wersji Schmitta o to skutecznie „zadbały”.

W takim razie może studium zazdrości? Już samo słowo „studium” wydaje mi się w zestawieniu z treścią komiczne i zabawne.

Przypomniałem sobie teraz, że w ubiegłym roku przeczytałem powieść „Zdrada” Paulo Coelho. Wzbudziła we mnie bardzo podobną irytację, wynikającą z obcowania z literaturą tandetną, która jakimś cudem została umiejętnie wypromowana.

Ktoś wie, czy Coelho i Schmitt to jakaś rodzina?