ESKAPADY, ELEMENTARZE I ŚPIEWAJĄCY TROGLODYTES. TAKI BYŁ WRZESIEŃ


Z wahaniem piszę, że każdy wrzesień mi się podoba. Mógłbym się tej rozterki łatwo pozbyć, gdyby nie zaczajony już gdzieś na horyzoncie listopad i wszystko, co po nim nieuchronnie nastąpi. Więc wrzesień ma prawie same zalety, poza miejscem w kalendarzu. Pustoszeją szlaki – wypoczęci przodownicy z ochotą wracają do pracy, spragnionych wiedzy zagarniają gościnne szkoły, plączą się jedynie gdzieniegdzie studenci. Cicho, spokojnie, kolorowo i ciepło. Wyjątkowo dobry czas, by zajrzeć w kilka zakątków Polski i poczytać książki w plenerze. A po lekturze jednej z nich przyjrzeć się ptakom, wybierającym właśnie na niebie pasy startowe i jesienne terminy departures z Polski i arrivals do ciepłych krajów.

Naprawdę ciekawe są tylko te miasta, w których zachowała się stara zabudowa. Nie musi być nawet pieczołowicie odrestaurowana. Ważne, że jest, bo świadczy o czymś, co z łacińska nazywa się genius loci, a więc trudnym do zdefiniowania poczuciem, że to niepowtarzalne, jedyne w swej postaci, pełne harmonii miejsce. Nowa architektura może budzić zachwyt, oszałamiać, ale żadnej tajemnicy w obcowaniu nie przynosi.

Zapamiętałem, że Nysa, kiedy ją odwiedziłem przed laty, była miastem, w którym dawną, nawet renesansową zabudowę traktowano trochę jak kosztowny, obciążający miejską kasę, balast. Zaciekawiony pojechałem więc na pogranicze Opolszczyzny i Dolnego Śląska sprawdzić, jak rzeczy mają się dzisiaj. A mają się tak, że zobaczyłem inną Nysę. Niemal wszystkim zabytkom przywrócono pierwotny blask. Pokazuję w relacji fragment miasta, w którym obok siebie znajduje się liceum, dawne zabudowania przy pałacu biskupim, muzeum miejskie i kościół jezuicki. Gdyby nie zaparkowane samochody, w mgnieniu oka można by się w tym otoczeniu przenieść kilka wieków wstecz. To właśnie genius loci – jedyny w swoim rodzaju klimat, nastrój tworzący tożsamość. Nysianie (tak, to właściwa nazwa mieszkańców) mogą być ze swojej dumni.

Ciekawe – wszystkie miejsca opisane we wrześniu są stare, z początkami sięgającymi średniowiecza. Najstarsza jest właśnie Nysa z X wieku, a najmłodszy, wyglądający na niemal starożytny – zamek Ostrężnik. Trochę się z tym określeniem rozpędziłem. W tym miejscu, w Jurze Krakowsko – Częstochowskiej, zamek miał dopiero powstać, ale budowlańcy przygotowali sobie materiał (można zobaczyć), wznieśli trochę murów i z nieznanych powodów pewnego dnia do roboty nie wrócili. Działo się to w XIV wieku. Pokazuję w reportażu, co dotrwało do naszych czasów i piszę o podaniu, które ma dziwne odniesienie w nazwiskach mieszkańców osady.

ostreznik jpg.

Niewiele młodszy od Ostrężnika jest górnośląski Mikołów. Wyjątkowo słodkie, więc wyjątkowo lubiane przeze mnie miasto. Gdyby ktoś chciał wydać przewodnik po mikołowskich cukierniach – polecam się jako degustator, autor tekstu i zdjęć w jednej osobie. Pokazuję Mikołów nie w słodyczy barw, a w szczególnej odmianie fotografii czarno-białej, jaką jest podczerwień.

Od czasu do czasu słyszę jeszcze, że Górny Śląsk to kopalnie, przemysł ciężki, ogólnie – krajobraz industrialny. Im bardziej na północ kraju, tym częściej w ten sposób. Jakby najpierw w okolicach XIX wieku powstał na tym terenie przemysł, a dopiero wokół niego miasta. Kiedy mówię, że większość z nich swój rodowód odnajduje w średniowieczu, nie od razu jestem rozumiany. Bytom, sięgający korzeniami XI wieku jest świetnym przykładem. Nawet dzisiejszy układ ulic w centrum przypomina plan średniowiecznej mapy. We wrześniu na blogu ukazała się laurka; miasto potrafi zaskoczyć niezwykłym pięknem. Dla uczciwej równowagi w październiku przyjdzie pora na anty-laurkę, bo miasto potrafi też być paskudnie brzydkie.

Za to nie da się tego powiedzieć o jesiennych koronach drzew. Mało kto je zauważa. Przypomniał mi o nich mały Paweł, którego ojciec z poważną miną strofował w parku za skłonności do marzycielstwa. Paweł, nie daj się!

Skoro o dziecku i marzeniach. Czy stary, przedwojenny elementarz może coś powiedzieć o dzisiejszym świecie? Owszem, i to sporo – wystarczy go porównać z obowiązującymi obecnie. Liczby mnogiej użyłem nie przypadkiem. Kilkulatek ma „do przerobienia” w pierwszej klasie ponad pięćset stron w ośmiu książkach!

Do czasów dzieciństwa przeniósł mnie również dyrektor warszawskiego ZOO, Andrzej Kruszewicz. Poczułem się za sprawą jego opowieści o ptakach jak chłopiec, który z rozdziawioną buzią słucha o tak bliskim i tak nieznanym świecie. Jeśli chciałbyś się dowiedzieć, czy ptaki się śmieją, jaki ptasi „potwór” skrywa się za łacińską nazwą „troglodytes troglodytes” („trochę utyty waży dziewięć gramów”) i dlaczego najwygodniej śpi się na jednej nodze – to książka dla ciebie. O towarzyszących gawędom wyjątkowych ilustracjach mogę tylko wspomnieć. Trzeba je zobaczyć.

Tak się składa, że największą popularnością we wrześniu cieszył się mój artykuł również o zwierzętach. Wywołałem sporo emocji zastanawiając się, czy zwierzęta zdychają.  Nic dziwnego, to sprawy, z którymi trzeba się mierzyć nie tylko w obrębie semantyki i języka, ale  poprzez niego z emocjami, wartościowaniem świata i wzajemnymi relacjami między człowiekiem i zwierzęciem. Czyli w pewnym stopniu trzeba jakoś zdefiniować siebie.

elementarz jpg.

To nie może być przypadek, że właśnie teraz przyszła pora na przypomnienie recenzji książki Petry Forhman “Weźmiemy ze sobą dzieci. Ostatnie lata życia rodziny Goebbelsów”. Chciałoby się napisać, że bestialski mord na szóstce swoich dzieci to przykład zezwierzęcenia, ale nawet w świecie zwierząt takie zachowania należą do rzadkości. Tekst nie bez sporych wad, ale liczne, niepublikowane dotąd fotografie poprawiają ocenę.

Muszę uważać na długość tekstu. Pisałem przecież niedawno, że lubię milczenie i gadulstwo wyprowadza mnie z równowagi. Podałem nawet kilka autorskich metod, jak je ucinać, więc nie wypada się rozgadywać. Swoją drogą, to ciekawy pomysł na nowy artykuł, tym razem o słowotoku pisanym. Nawet mam na podorędziu kilka nazwisk pisarzy wydających książki w milionach egzemplarzy i mistrzowsko uprawiających literackie wodolejstwo.

potok jpg.

Dotarliśmy do października. Skąd nazwa? Jasne, że od paździerzy, ale nie tych. Dawniej na wsi był to czas wspólnego międlenia lnu i konopi. Odpadki tego procesu nazywały się paździerze. No i pamiętajcie, z językiem chorwackim trzeba uważać. Tam październik nazywa się… listopad.

(żadna z fotografii nie była wcześniej na blogu pokazywana)