EWA KOZIOŁ „WYRZUĆ CHEMIĘ Z DOMU” (RECENZJA)


Pobieżne przeliczenie dało niewiarygodny wynik – ponad sto czterdzieści składników! Tyle znajduje się w kosmetykach, których używam w trakcie porannej toalety. W paście do zębów, kremie do golenia, szamponie, żelu pod prysznic, balsamie po goleniu, dezodorancie i wodzie toaletowej. Tym sposobem, ledwo wstanę, a już mam na sobie całą chemiczną fabrykę. W sobie też, bo co tu dużo mówić, wszystkie te produkty „przy okazji” albo wdycham, albo poprzez skórę wnikają do organizmu. Zdaje się, że i tak, jako mężczyzna, mam się dobrze. Gdzie jeszcze te wszystkie podkłady, fluidy, tusze, szminki, zmywacze, lakiery? Poza tym wszystkim, gdzie cała chemia gospodarcza? A żywność faszerowana podejrzanymi związkami? Jasne, że nie da się zgubnego wpływu tych czynników całkowicie wyeliminować, ale można poważnie ograniczyć. W tym celu należy sięgnąć po książkę Ewy Kozioł „Wyrzuć chemię z domu”.

– Co zrobiłbym po wygraniu dużej kwoty? Najpierw poszedłbym do najlepszej kliniki przebadać się od stóp do głów. – Rozległ się śmiech, jakbym właśnie opowiedział dowcip.

–  Niby po co! Najlepiej nie wiedzieć. – usłyszałem „dobrą” radę, kiedy rozbawienie towarzystwa minęło.

Można by przejść nad osobliwością takiej reakcji do porządku dziennego, gdyby nie fakt, że jest ona całkiem częsta i to nie gdzieś na zapadłych wsiach. Dlaczego przypominam sobie to zdarzenie pisząc o książce Ewy Kozioł? Ponieważ kupując żywność, środki czystości, kosmetyki, suplementy jest nam nierzadko całkowicie obojętny ich skład i jego wpływ na zdrowie. „Szkoda czasu, co ma być to będzie”. Jest szansa, że autorka ten stan rzeczy, choć w niewielkim stopniu, zmieni.

Do poradników podchodzę z rezerwą. Widząc setki tytułów na półkach księgarskich zaczynam wierzyć, że niemal każdy chciałby koniecznie coś ludzkości doradzić. Z podobną podejrzliwością odniosłem się do książki „Wyrzuć chemię z domu”. Myliłem się. Ewa Kozioł prowadząca od lat popularny blog „Zielony zagonek” zna się na tym, o czym pisze, a umieszczona na okładce informacja: „Sprawdzone na sobie i dzieciach” uspokaja; dobrze wiedzieć, że przede mną królikami doświadczalnymi była autorka i trójka jej pociech. Czytam we wstępie, że to „krok w kierunku prostoty, oszczędności i minimalizmu”. Brzmi dobrze i wpisuje się w dobrą modę slow lifu, zmian priorytetów na bliższe naturze człowieka. Sprawdzam, jak jest naprawdę.

Osiem głównych części – na tyle podzielono książkę. Nie wszystkie interesują mnie w tym samym stopniu. Opuściłem rozdział „Po prostu dziecko”, choć wiem, że tytuły dotyczące eliminacji wózka, łóżeczka, wanienki, pieluch jednorazowych brzmią intrygująco. Ciekawa jest też informacja, dlaczego zespół nagłej śmierci łóżeczkowej nie występuje w Afryce i Ameryce Łacińskiej. To dla rodziców z najmniejszymi latoroślami. A co dla pozostałych czytelników?

Większość z nas nie ma czasu na lekturę etykiet albo ich nie rozumie. Chcielibyśmy żyć w zgodzie z naturą, zdrowo się odżywiać, korzystać z naturalnych kosmetyków i nie przepłacać. Rezygnujemy, bo wydaje się to trudne, o ile w ogóle możliwe. Okazuje się, że nie aż tak bardzo. Autorka mówi, że od dawna nie wydaje ani złotówki na środki do sprzątania, pielęgnacji urody czy zdrowia – „(…) zrezygnowałam z komercyjnej chemii. Nie chcę, aby mój dom, moje zdrowie, moje dzieci były czyimkolwiek poligonem doświadczalnym.” Przekonuje, że wystarczy zapomnieć o reklamach, przymusie ciągłego kupowania i okaże się, że sporo potrafimy zrobić samodzielnie, bez obawy o jakość. Liczne przepisy na kosmetyki, środki potrzebne do utrzymania czystości w kuchni, łazience, sposoby na eliminację szkodników na roślinach domowych i w ogrodzie zdają się to potwierdzać.

A że warto taką alternatywę wziąć pod uwagę, świadczą dane. Wynika z nich, że kobiety pracujące w domu są narażone na choroby nowotworowe czy przewlekłe choroby dróg oddechowych aż o pięćdziesiąt pięć procent częściej. Krótko mówiąc, używanie przemysłowych środków chemicznych doprowadziło do tego, że nasze mieszkania są pełne toksyn. Okazuje się, że niemal sto tysięcy Europejczyków umiera rocznie na skutek zanieczyszczenia powietrza w domu, o którym zwykliśmy myśleć jako o azylu, oazie bezpieczeństwa. Przykładów nie trzeba daleko szukać. Wystarczy umyć łazienkę różnymi płynami, żelami i mleczkami, by poczuć niemal natychmiast we własnych płucach agresywne, duszące działanie chemikaliów.

Jak się bronić? Produkować na własną rękę lub czytać ze zrozumieniem składy. Zaletą książki są liczne tabele z nazwami substancji, zastosowaniem, podaniem produktu, gdzie się znajdują oraz możliwym ich wpływie na organizm człowieka. Teraz już wiem, dlaczego wszelkie parabeny, glikole, formaldehydy należy omijać szerokim łukiem. Za to do łask powinny powrócić, ze względu na niesłychane właściwości: poczciwy ocet, boraks, olejek herbaciany, soda oczyszczona, szare mydło. Niektóre z nich z powodzeniem, zamiast pestycydów, można użyć w przydomowym ogrodzie.

Poradnik „Wyrzuć chemię z domu” miejscami irytuje rozwlekłością, mówieniem o sprawach znanych. Jest książką bardziej do wertowania i skupienia się na tym, co w tej chwili najbardziej interesuje i może się przydać niż do czytania od deski do deski. Ale jeśli coś już uwagę przykuje to na dłużej. Na przykład proponowane i dobrze uzasadnione pięć zasad minimalizmu, spośród których dwie szczególnie do mnie przemawiają: „Każdego dnia przez 365 dni w roku postaraj się coś usunąć ze swojego otoczenia.” i «Zadaj sobie pytanie „po co”, zanim kupisz nową rzecz.»

Do pozostałych trzech odsyłam. Też sensowne.