FIAT 126p – MAŁY NARODOWY SYMBOL


Tuż po zdanym egzaminie na prawo jazdy, przejęty prowadziłem samochód już bez instruktora. To był Fiat 126p. Do domu pozostało kilka kilometrów. Pięćdziesiąt na wskaźniku prędkości. Silnik wyje. Nic dziwnego, bo na dwójce. Na nieśmiałą sugestię usłyszaną z tylnego siedzenia: „może wrzuć trójkę”, odpowiedziałem wtedy całkiem poważnie: „już się nie opłaca”. Przypomniałem sobie mój wyczyn, kiedy zobaczyłem książkę „Maluch. Biografia” Przemysława Semczuka.

To nigdy nie był i nadal nie jest jeden z wielu samochodów. Dzisiaj może tym bardziej. Wśród Polaków maluch zaczyna funkcjonować jako swego rodzaju kulturowy symbol. Znak uruchamiający całe pokłady wspomnień. W większości polskich domów do dziś posłuchać można przygód, anegdot związanych z tym autem. Dobrze więc, że monografia mu poświęcona ukazała się na półkach księgarskich.

Niemal wszystko w PRL-u lat 70. było sprawą polityczną. Decyzję o produkcji samochodu dla Kowalskiego podejmowano na szczeblu Biura Politycznego KC PZPR. Zarzucono pomysł o modernizacji mocno przestarzałej Syreny i postanowiono, że ma to być pojazd licencyjny. Volkswagen zaproponował garbusa, renault i citroen swoje modele, a toyota – corollę. Wybór padł na Fiata, bo zaoferował auto najtańsze.

Pierwsza prezentacja malucha miała miejsce kilka dni po oficjalnej premierze w Turynie. Dziewiątego listopada 1972 roku na placu Defilad w Warszawie zebrały się tłumy. Semczuk pisze, że z całej Polski przyjeżdżały z zakładów pracy pełne autokary ludzi, chcących zobaczyć kilkanaście samochodów ustawionych na podwyższeniach. Społeczeństwo ogarnął amok. Niewyobrażalne, by taka sytuacja, związana z premierą popularnego samochodu, mogła mieć miejsce obecnie. Posłuchajcie, co na temat – z dzisiejszego punktu widzenia – prymitywnego auta, mieli do powiedzenia kierowca rajdowy Sobiesław Zasada i dziennikarz prasy motoryzacyjnej: „efektowna, miękka deska rozdzielcza, nowoczesna i bezpieczna, w zasadzie rajdowa kierownica.(…). Imponująca jest przede wszystkim widoczność, zryw. Jak na tę pojemność posiada on znakomite przyspieszenie, świetnie się prowadzi – mimo wielu wysiłków nie udało mi się go wprowadzić w poślizg.(..) Silnik mimo powietrznego chłodzenia pracuje cichutko, a resorowaniu trudno cokolwiek zarzucić.(…) Dwubiegowy układ hamulcowy jest znakomity. Fiat rozpędzony do ok. 100 km staje prawie w miejscu”.

Tak, to wszystko naprawdę o maluchu. Sprawdziłem – hamowanie nazwane w relacji „stawaniem prawie w miejscu” odbywało się na odcinku 62 metrów. Dzisiejsza przeciętna dla małych aut to ponad 20 metrów mniej.

Latem 1973 roku pierwsze małe fiaty znalazły właścicieli. Kosztowały 69 tysięcy złotych, niestety więcej niż się spodziewano, choć i tak mniej niż trabant (72 tysiące), czy syrena (74 tysiące). Wtedy na tę kwotę składały się dwadzieścia dwie średnie pensje. Dziś oznaczałoby to ponad 90 tysięcy złotych (porównanie trochę bez sensu, ale wrażenie – przyznać trzeba – robi). Samochody można też było kupić bez kolejki, wpłacając 1250 dolarów, co dawało – przy kursie czarnorynkowym – około 125 tysięcy złotych.  I tyle mniej więcej kosztował nowy maluch na giełdzie samochodowej. Teraz proszę uważać – najprawdziwsza egzotyka! Otóż, jeżdżąc tym autem cztery lata na tejże giełdzie nie było żadnych problemów z szybką sprzedażą go za około 70 tysięcy zł. Mając znajomego dyrektora w urzędzie, zakładzie pracy z dostępem do talonów kupowało się znów nowy samochód. Trudne do pojęcia dzisiaj, kiedy to świeżo zakupiony pojazd po wyjechaniu z salonu traci minimum 10%.

W ogólnych zachwytach zwracano uwagę na bogate wyposażenie – „zmywacz przedniej szyby”, czyli gumową pompkę na desce rozdzielczej albo „kasujące się” kierunkowskazy. Nikt natomiast nie wspominał o braku lusterek zewnętrznych – przepisy drogowe nie wymagały ich montażu. Autor książki przytacza też pochlebne opinie na temat umieszczenia wszystkich przyrządów w bliskiej odległości od kierowcy. Zapominano dodać, że przy tej wielkości wnętrza mógł on bez wysiłku z własnego siedzenia opuścić korbką szybę pasażera.

Prasę zapełniały relacje bliskie literaturze fantastycznej: „podczas jazdy z Wrocławia do Warszawy osiągnął przeciętną na 350 km odcinku 97 km/godz., a jechaliśmy zgodnie z przepisami, przestrzegając wszędzie obowiązujących przepisów [sic!]. Tłok na trasie był nawet spory, bo przecież niedziela była piękna(…)”. Przypominam, mowa o wąskich, zatłoczonych drogach w 1973 roku i średniej prędkości dla malucha.

Przemysław Semczuk opisuje w swojej książce historię jednego samochodu. Jestem pełen szacunku dla benedyktyńskiej pracy, jaką wykonał. Trochę przy okazji mamy też do czynienia z ciekawą opowieścią o nieodległych, ale bardzo już historycznych, czasach. Trudno nam dziś pojąć, po co właściwie przyjeżdżali twórcy kultury do bielskiej FSM w ramach cyklu „Robotnik – Warsztat – Twórca”. Dlaczego trzeba było pisać podanie do Polmozbytu w sprawie zakupu części zamiennej. Nie mieści nam się w głowie, że przy pensji wynoszącej 3200 złotych opona do malucha kosztowała 900 złotych. Jej zakup w sklepie graniczył z cudem, a na „czarnym rynku” trzeba było wydać 2500 złotych. Nie od razu dociera do nas, że fabryka zatrudniała na pełnych etatach stu dwudziestu kierowców dostarczających samochody do salonów, bo brakowało naczep i wagonów do transportu. Autor przypomina też o sześciomiesięcznej gwarancji i oficjalnie akceptowanej usterkowości fabrycznie nowych pojazdów na poziomie piętnastu procent. Trudno się nie uśmiechnąć na wieść o tym, że na bazie malucha zbudowano sześciokołowy pojazd dla wojska zabierający kierowcę i sześciu (!) żołnierzy w pełnym ekwipunku.

Stan wojenny był dla Fiata 126p końcem świetności. Zubożenie społeczeństwa, marazm tych lat, sprowadzanie z końcem lat 80. coraz większej liczby aut używanych i wreszcie rozpoczęcie produkcji cinquecento sprawiło, że we wrześniu 2000 roku z taśm zjechały ostatnie samochody. W cenie trzydziestu jeden milionów złotych. Za sztukę.

Nigdy właścicielem malucha nie byłem. Przejechałem nim okazyjnie może tysiąc kilometrów. Teraz, po lekturze ponad trzystustronicowej świetnie napisanej biografii moim marzeniem jest wsiąść do niego, posłuchać znajomego terkotu silnika, chwycić „w zasadzie rajdową kierownicę” i ruszyć w drogę. Jadąc, popatrzeć z politowaniem na właścicieli przemykających obok nowych mercedesów.

Ależ jesteście mało oryginalni!

 



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

POLSKA LUDOWA. Z NIEPODLEGŁOŚCIĄ SŁABO, Z ABSURDEM WYŚMIENICIE
16.11.2018
MŁODY DENTYSTO, JEDŹ NA TARG STAROCI!
07.08.2018
JAK ZACHOWAĆ MŁODOŚĆ? GARŚĆ PORAD Z 1951 ROKU
01.06.2018
UMARŁ STALIN. NIECH STALINOGRÓD WIECZNIE ŻYJE!
03.03.2018
„MARZENIA Z BETONU”. DOBRY TYTUŁ, ZAWARTOŚĆ JESZCZE LEPSZA
19.11.2017
PRL W OPARACH NOSTALGII
30.09.2017
KSIĄŻKA SKARG I WNIOSKÓW. LITERATURA FAKTU I ABSURDU
12.11.2016
„CZASYPISMO”. CO MA WSPÓLNEGO HICZKOK Z OPERACJĄ NA PROSTOTĘ
14.10.2016
KAŁUŻYŃSKI „NIEBIESKIE PTAKI PRL-u” (RECENZJA)
18.05.2016