FOTOGRAFIA I MRÓZ. O POTYCZCE Z WROGIEM


Jak fotografować na mrozie? Oczywiście, pierwsza odpowiedź, jaka przychodzi do głowy mnie, zmarzluchowi, brzmi: szybko. Wiadomo jednak, że w tej dziedzinie (i nie tylko w tej) pośpiech wprost przekłada się na nędzne efekty, więc przez lata wypracowałem sobie metody walki z tym trudnym przeciwnikiem. Alternatywą jest pozostawienie sprzętu na kilka miesięcy w domu, ale przecież właśnie plenery zimowe dają możliwość wykonania jedynych w swoim rodzaju ujęć. Nie ma rady, trzeba poubierać, co się ma, założyć ciepłe buty z podeszwami, które nie będą się ślizgać i wyjść na chłoszczące podmuchy arktycznej wichury. Najważniejsze, żeby ochronić cenny sprzęt, wrócić do domu w jednym niezamarzniętym kawałku i jeszcze z zestawem fotografii na karcie pamięci. Jak to robię, że mi się udaje?

WILGOĆ

Para wodna i wilgoć to poważni wrogowie aparatów, a zwłaszcza elektroniki w nich umieszczonej. Powinniśmy o tym pamiętać jeszcze przed wyjściem. Od późnej jesieni do przedwiośnia noszę w torbie żelowe saszetki (silica gel), które można znaleźć chociażby w pudełkach z butami. Oprócz tego umieszczam w niej jeszcze woreczek z ryżem. Warto tego typu materiały higroskopijne po powrocie osuszyć na grzejniku.

zima i mróz jpg.

Wbrew pozorom, trudniejszy egzamin czeka aparat i obiektywy nie przed wyjściem, a po powrocie. Zmiana otoczenia z bardzo wychłodzonego na ciepłe (niekiedy aż kilkadziesiąt stopni różnicy) niemal na pewno spowoduje pojawienie się pary wodnej. Jedynym sposobem jest poddanie sprzętu mniej więcej godzinnej kwarantannie w zamkniętej torbie, do czasu osiągnięcia temperatury pokojowej. Uchroni to przed kondensacją pary na sprzęcie przy przekroczeniu tzw. punktu rosy, zjawisku dobrze znanym wszystkim noszącym okulary.

Wynika z tego, że jeśli mamy fotografować zimą we wnętrzach, niestety, musimy przyjść sporo wcześniej. Wolę sobie nie przypominać zdarzenia sprzed kilku lat, kiedy lekko spóźniony wpadłem z lutowych minus kilkunastu na basen, na którym było dwadzieścia osiem stopni ciepła. A zawody właśnie się rozpoczynały…

Z powodu łatwej kondensacji pary nie polecam, choć zdarza mi się takie rady tu i ówdzie słyszeć, chowania w plenerze aparatu pod kurtkę w czasie, kiedy nie fotografujemy.

MRÓZ

Temperatury poniżej zera powodują zmniejszenie elastyczności wszystkich plastikowych i gumowych elementów. Trzeba obchodzić się z nimi wyjątkowo ostrożnie i ograniczyć do minimum ich eksploatację. Nie tak dawno elastyczna, gumowa zaślepka zasłaniająca otwór do wężyka spustowego tak zesztywniała na mrozie, że ułamała mi się w połowie. Delikatniej zmieniajmy też ogniskową zoomu sterowanego elektrycznie. Nie dość, że dochodzi do dużych obciążeń i silniczki zużywają  o wiele więcej energii, to delikatne części mogą ulec urwaniu.

Na to samo zimno co aparat, narażone są dłonie. Przydadzą się ciepłe i w miarę cienkie (da się pogodzić) rękawiczki ze spodnią częścią wykonaną z materiału antypoślizgowego.

No i dobrze, gdyby obsługa torby nie wymagała ich zdejmowania za każdym razem. Jeśli suwaki zamków błyskawicznych mają jedynie krótkie, metalowe zakończenia, doczepmy do nich kilkucentymetrowe kawałki tasiemek.

W czasie zimowym zawsze zabieram kawałek materiału łatwo wchłaniającego wodę, nie zostawiającego paprochów i delikatne ściereczki z mikrofazy do czyszczenia powłoki szkieł obiektywów. To na wypadek bliskiej znajomości aparatu ze śniegiem.

GDZIE ENERGIA?

Jedno z gorszych doświadczeń. Przyjechać na miejsce, po wyczerpującym przejściu w śniegu całych kilometrów dotrzeć do wymarzonych plenerów i doświadczyć wyczerpania baterii, co dzieje się kilkanaście razy szybciej niż latem. Nauczony doświadczeniem zabieram wszystkie zapasowe, jakie mam. Inaczej niż z aparatem, wkładam je do najcieplejszej kieszeni kurtki (zresztą, włożenie do niej na kilkanaście minut baterii rozładowanej pozwala często na wykonanie jeszcze krótkiej serii).

Niemało energii można zaoszczędzić ograniczając używanie do minimum prawdziwego pożeracza prądu – ekranu LCD. Korzystajmy z wizjerów (jeśli są), a na podgląd zdjęć poświęćmy kilka sekund. W końcu wyciągać wnioski, dlaczego są niedoświetlone i ogólnie nie takie, jak widać „na żywo” można też bez długiego wpatrywania się w ekran.

Pora zostawić ciepłe pielesze (zwłaszcza, że słowo pochodzi od „pełechy” – pieluchy) i zaplanować sesję. Zima to najbardziej niedoceniana pora roku. Tylko wtedy krajobraz staje się niemal monochromatyczny, słońce nisko położone daje niecodzienne cienie, światło ma wyjątkową barwę. A fotografia i mróz nie są przeciwnikami, z którymi nie można sobie, jak widać, dość łatwo poradzić.

Natomiast fotograf i mróz to już całkiem inny, pełen dramatycznych zwrotów, temat.

Zobacz też:

Fotografia zimowa. Wymaga i daje