FOTOGRAFIA JEST PROSTA. I CO Z TEGO.


Najbardziej rozpowszechniona profesja na świecie /no, może obok lekarzy/ to fotografowie. Lekko licząc, zbierze się kilka miliardów. Każdy w ramach swojej skromnej działalności uwieczni a to ciocię, a to Wielki Mur, mecz, narodziny dziecka, wypadek na drodze, widok po imprezie, Koloseum, lwa/chłopaka/dziewczynę w ZOO. Potem trzeba jeszcze efekt pokazać, więc się „wrzuca” tonami na serwisy. To wszystko. Bez technicznych korowodów. Szybko i tanio, jak nigdy wcześniej. O tradycyjnych odbitkach, rodzinnym oglądaniu albumów mało kto dziś myśli.

Jak to wyglądało jeszcze nie tak dawno? Sam nie mogę uwierzyć, że tak skomplikowanie. Że wymagało tylu zabiegów, brania pod uwagę przeróżnych okoliczności, solidnego namysłu i kosztów. A nade wszystko emocji.

A opowiem jedynie o nośniku, czyli błonie fotograficznej. Dla pokolenia, które przygodę z fotografią rozpoczęło i /na razie?/ zakończyło na etapie smartfona to będzie zapewne egzotyczny przekaz z czasów zamierzchłych. Chrobry?  Potop? Wczesny Poniatowski? Nie, zjawisko istniało powszechnie jeszcze kilkanaście lat temu.

Otóż, zanim nacisnąłem spust migawki musiałem podjąć kilka decyzji.

  • Odbitka czy fotografia do druku.

Świadomość, jakie będzie przeznaczenie fotografii wyznaczała wybór filmu. Negatywu albo diapozytywu /inaczej: przeźrocza, slajdu/. Najczęściej zabierałem jeden i drugi typ. Nigdy nie wiadomo.

  • Statyw czy z ręki

Ważna informacja. Choć najczęściej i na szczęście używałem statywu, zdarzały się też fotografie dynamiczne, bliższe reportażowi. W pierwszym przypadku mogłem sobie pozwolić na niską czułość filmu, w drugim – krótkie czasy wymuszały wyższą. Nie było rady, w torbie lądowało po kilka, kilkanaście rolek takich i takich.

slajd przeźrocze barwne

  • Rodzaj światła

Przy wykorzystaniu diapozytywu – niezbędna i strategiczna wiedza. Jeśli tylko nie było to światło dzienne, albo lamp błyskowych, zabrać należało różne typy filmów przeznaczonych do określonego rodzaju. Pół biedy przy negatywach, tu można było dokonywać sporych korekcji w trakcie wykonywania odbitek. Gorzej z przeźroczami. Gdybym taki film do światła dziennego zastosował w pomieszczeniu oświetlonym żarówkami lub neonówkami dostałbym w prezencie każdą klatkę odpowiednio w kolorze pomarańczowym albo zielonym. Czyli do wyrzucenia.

  • A klatka, jakiego formatu?

Miałem do wybory cztery rozmiary . Najbardziej popularny, 35 mm. Mała, plastikowa kasetka zawierała z reguły 36 klatek. Na drugim biegunie znajdowały się błony cięte 4×5 cala /10×12,6 cm/, czyli pojedyncze arkusze do ładowania kaset w aparatach wielkoformatowych. Najczęściej jednak wykorzystywałem film 6×9 cm. To mój ulubiony format, zwłaszcza w krajobrazie. Myślisz, że to koniec? Nie, pozostał jeszcze przecież legendarny kwadrat 6×6 cm. Aparat na taki rodzaj błon zwojowych trzymam tu.

Jeśli więc zebrać wszystkie wymienione ograniczenia to, w ramach bezpiecznej asekuracji, każdy szanujący się fotograf zabierał mały worek różnych filmów. Dobrze, jeśli wracał do domu szczęśliwy, bo mu nie zabrakło.

  • Zmierzyć się ze światłem

 Maleńkie karty pamięci i pamiętanie o zapisywaniu plików w RAW-ach. To wszystko, o czym nieco ambitniejszy fotograf musi w tych czasach pamiętać. Niestraszne mieszanki świateł – korekcja w programie graficznym radzi sobie z takim problemem bez trudu, a z byle pliku da się uzyskać wielkoformatowy wydruk. Bajka? Nie do końca.

Kiedy obserwuję dziś fotografujących za każdym niemal razem jestem zaskoczony beztroską w pomijaniu natężenia światła. Zawsze coś tam wyjdzie. Przecież to nie na wystawę. Obiecałem teściowej. Dziesiątki byle jakich wyjaśnień i takie też ilości byle jakich zdjęć.

A teraz wyobraź sobie, że masz dwadzieścia arkuszy błon 4×5 cala i – ze względu na ich koszt, także cenę późniejszej obróbki i brak możliwości powtórzenia serii – musisz je naświetlić poprawnie. Ach, pamiętam te zabawy ze światłomierzem. Chodzenie, badanie, analizę i interpretację. Potem nieznane dziś emocje w momencie naciskania wężyka spustowego. Następne, gdy odbierało się wywołany materiał.

przezrocze slajd barwny

A dzisiaj? Zmieniło się wszystko, oprócz konieczności namysłu. W myśl znanego powiedzenia, że fotografia powstaje w głowie, a nie aparacie. Nie ma co ukrywać, ogólny poziom oglądanych zdjęć był nie tak dawno sporo wyższy. Błony, obróbka, odbitki – wszystko to kosztowało. Już sam ten powód, czysto praktyczny, wymuszał odpowiedzialność za efekt końcowy. A więc potrzebna była dyscyplina, koncentracja, skupienie. Wiem, brzmi poważnie. Ale też fotografię traktowano poważniej.

Fotografowanie było rytuałem. Naciśnięcie migawki – aktem tworzenia. Potem następował element niepewności, coś się po naciśnięciu przecież wydarzyło, ale na sprawdzenie trzeba poczekać. Czy to lepiej, że teraz efekt jest do podejrzenia natychmiast po wykonaniu zdjęcia, że nic ono nie kosztuje i do poprawek mamy niezliczone programy graficzne, z Photoshopem na czele. Wydaje się niemożliwe, ale kiedyś naprawdę go nie było.

Fotografia straciła coś z dawnego nimbu tajemnicy, sekretu. Całe szczęście, że dawnych i dzisiejszych pasjonatów nadal łączy jedno – radość. Przekonanie, że biorą udział w, niełatwej do wyjaśnienia, tajemnicy odkrywania i afirmacji świata. A takie namiętności zawsze warto pielęgnować.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

FOTOGRAFIA INDUSTRIALNA JEST ŁATWA. JAK MÓWIĄ
16.05.2019
LATAM, GADAM – PEŁNY SERWIS! DRON SPEŁNIA MARZENIA
04.04.2019
Obiektyw canon 50mm
OBIEKTYW CANON 50mm – ULUBIONY
18.08.2015