FRANCUZKI NIE POTRZEBUJĄ LIFTINGU. A RESZTA?


Gdzieś w Chinach, w ciągnącej się kilometrami podziemnej drukarni, miliony Chińczyków zajmują się drukiem poradników radzących, jak być szczęśliwym, zachować młodość na starość, żyć coraz slowlej i być bardziej fit niż największy fit świata. Z przepastnych podziemi wysuwają się wypełnione książkami kontenery, które na ogromnych statkach transportowych płyną w stronę wszystkich księgarń w najodleglejszych zakątkach globu. Takie mam przeczucie napotykając na każdym kroku dziesiątki, setki tytułów mówiących, że będę żył i żył, zdrowy i jeszcze zdrowszy i coraz radośniejszy. A to wszystko przeciętnie za pięćdziesiąt złotych. Poradników dla mężczyzn jak na lekarstwo, więc postanowiłem sprawdzić, ile w książce kierowanej do pań znajdę dla siebie.

Nadarza się okazja, bo właśnie Mireille Guiliano, którą dziennik “USA Today” z powagą mianował “najwyższą kapłanką kultu mądrości Francuzek”, napisała rzecz zatytułowaną “Francuzki nie potrzebują liftingu. Sekrety piękna i radości życia w każdym wieku”. Jeśli kapłanka to musi być i religia. Jest nią skupienie na sobie, ciągła analiza własnego ciała i psychiki oraz obsesja na punkcie zatrzymania czasu biologicznego, choć autorka przytomnie zaznacza, że “wieczne piękno nie istnieje”.

Skupienie, aby “w każdym momencie życia i na każdym jego etapie czuć się bien dans sa peau (dobrze w swojej skórze)”. Czyli, korzystając ze współczesnej nowomowy – emanować mega pozytywną energią. Klękać więc nie trzeba, bo to nie ta religia. Jeśli wierzyć autorce, najlepiej radzą sobie z tym Francuzki, zwłaszcza po pięćdziesiątym roku życia. A konkretnie? Otóż dostałem zestaw wskazówek i przemyśleń, które ani nie były niespodzianką, ani nie wzbogaciły mojej nędznej wiedzy o mieszkankach kraju nad Sekwaną.

Należy – pisze zatroskana o samopoczucie kobiet Guiliano – ubierać się na luzie, chodzić w wygodnych butach, jeść mało i często, a zwłaszcza owsiankę, szpinak i ostrygi (“wciąż to robię, bez względu na to, gdzie jestem”), ze wzgardą traktować słodycze, kupować świeże, mało przetworzone produkty, nosić butelkę z wodą, uprawiać jogę, używać kremów z filtrem, ograniczać stres. Te prawdy objawione mam w pakiecie w pierwszym lepszym tygodniku kobiecym (dla Polek).

Jako Francuzka odrzuca wszelkie formy aktywności prowadzącej do spocenia się. Z punktu odpadają wszelkie biegi i fitnessy (pewnie tym bardziej, że słowo angielskie, a i sam dochodzę do wniosku, że siłownia to takie niefrancuskie pomieszczenie). Zostaje wszystko, co nie wymaga zmiany garderoby, czyli: chodzenie, schody, wolna jazda na rowerze i ćwiczenia oddechowe.

Przyznaję jednak, że fragmentami treść potrafiła przykuć uwagę. Uczciwie muszę przyznać, że pojawiają się i zaskoczenia – w rozdziale o botoksie i wszelakich liftingach czytam: “Tak więc ja igłom mówię: non. (…) Zgadzam się na kilka zmarszczek, a mój czas i pieniądze wolę poświęcić na coś innego.”

Autorka jest też przeciwniczką wszelkich suplementów diety, z których niewiele dobrego wynika, za to mogą szkodzić. Nic nowego pod słońcem, ale dobrze, jeśli autorytet pisze: “najbezpieczniej jest, kiedy witaminy, minerały, antyoksydanty i wszystkie inne pochodzą z owoców, warzyw, orzechów, ziaren, nabiału, ryb i mięsa.”

Niezmiernie rzadko w tego typu poradnikach wspomina się o wierze. W czasach poprawności politycznej temat religii pomijany jest milczeniem, tymczasem autorka poświęciła mu niewielki, co prawda, ale jednak rozdział. Pozbawiony egzaltacji, z prostą wykładnią, że “Ci, którzy mocno wierzą, rzadko czują się samotni. Nie da się przecenić wiary jako czegoś stałego w życiu, co wpływa na jego jakość przez dekady”.

Podoba mi się wniosek, poparty przykładami i osobistym doświadczeniem autorki, że nigdy nie jest za późno na dogłębną zmianę sposobu patrzenia na świat i na swoją osobę.  Jeśli ten proces się powiedzie łatwiej będzie wyzwolić naturalną radość życia. Dodam, że zachęca do tego osoba, która obchodziła niedawno siedemdziesiąte urodziny. I ani myśli użalać się. Wie, że w pewnym wieku (zmieniłbym na: w każdym) nie ma się wpływu na wiele rzeczy i trzeba się z tym pogodzić. To nas łączy we wspólnocie damsko – męskiej.

A także, trudne do zdefiniowania, poczucie stylu – “oznacza, że jesteś marką samą w sobie, a bierze się z talentu do życia albo joie de vivre; może być czymś wrodzonym czy nieuświadomionym, ale rozpoznajesz go zawsze, gdy go widzisz. Zależy od indywidualizmu (…), żywotności, pasji, lekkości, entuzjazmu i ciekawości.”

“Francuzki nie potrzebują liftingu” to poradnik dosyć dziwny. Niemało w nim wiadomości znanych powszechnie, banału, ale ogólny ton, pełen optymizmu i szczerej, wewnętrznej pogody czerpanej z dnia codziennego, każe traktować go inaczej niż większość podobnych publikacji. Zdecydowanie jednak adresowany do pań.

To tyle, kochane Czytelniczki. Żegnam się, całując dwukrotnie powietrze po bokach Waszych twarzy. Dowiedziałem się, że tak należy.

Wam, Panowie, ściskam mocno dłoń. Podobno Francuzki nie potrzebują liftingu. Szczęśliwie, my na pewno.

A wszyscy razem pamiętajmy: “ostrygi są doskonałe w każdym wieku, jeśli chcesz mieć mocne, zdrowe włosy.”

Zobacz też recenzję bardzo nietypowej książki o Francji:

Patrycja Todo, Moja Francja