GOCZAŁKOWICE – ZDRÓJ. DAVOS TO NIE JEST, ALE ŻEBY UMIERAĆ?


Po raz kolejny niewielkie, ale takimi właśnie lubię sycić oczy. Kameralne miejsca do odkrycia, choć nie zawsze oczekiwania „przed” pokrywają się z wrażeniami „po”. Tak było przecież z czerwcową wyprawą do Przerzeczyna – Zdroju, najmniejszego uzdrowiska w Polsce. Goczałkowice – Zdrój, w których właśnie się znalazłem, są też niewielkie, ale zupełnie inne. Ważne, żeby – zamiast godzinami siedzieć na parkowej ławce albo przy kawiarnianym stoliku – aktywnie, ochoczo je poznawać. Szybko okaże się, że  mają znacznie więcej do zaoferowania niż tylko widok budynków sanatoryjnych i kuracjuszy podążających na zabiegi.

Usiadłem przy fontannie. Samo centrum, toczy się leniwe sanatoryjne życie. Niespieszne rozmowy dzielone chwilami cierpliwego milczenia. Jakby trzeba było czasu na przyswojenie rzucanych myśli: „serwety całe życie robię na trójkach”, „dla mnie, panie, istnieje tylko Żywiec”, „kiedyś to się jeździło do sanatorium”, „siedemdziesiąt? najwyżej dałabym sześćdziesiąt parę”, „córka w Krośnie, zięć w Toruniu, jakoś nie mogą”, „kochana, nie pytaj męża, idź do rodzinnego”. Na tym tle wybiło się zdanie: „chyba tu umrę z nudów!” wypowiedziane podniesionym głosem przez tlenioną blondynę w legginsach „z wylewką” tu i ówdzie. Nie, wbrew pozorom uwaga nie dotyczyła towarzystwa, tylko miejsca pobytu. Naprawdę Goczałkowice – Zdrój to miejsce śmiertelnie nieciekawe?

goczalkowice - zdroj jpg.

Przyjechałem samochodem, ale zaczynam od dworca kolejowego, leżącego niegdyś na ważnej trasie kolei Warszawsko – Wiedeńskiej. Jeśli ktoś zna w Polsce ciekawszy obiekt tego typu w ładniejszej okolicy, proszę o adres. Będzie trudno. Nie mam wątpliwości, że można by mu poświęcić odrębny album fotograficzny. Pierwszy pociąg przyjechał tu dwudziestego czwartego czerwca 1870 roku. I tak się dzieje już od prawie stu pięćdziesięciu lat. Mało ważne, że nie odjeżdżałem jeszcze z niego; na liście obiektów do zobaczenia to mój stały, obowiązkowy i pierwszy punkt. Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto rozpoczynać poznawanie uzdrowiska Goczałkowice – Zdrój właśnie od dworca – mieści się na nim Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego oraz wypożyczalnia rowerów (20 złotych za dzień), kijów do nordic walkingu (18 złotych) i leżaków plażowych (18 złotych).

goczałkowice - zdrój jpg.

goczalkowice - zdroj jpg.

goczałkowice - zdrój jpg.

Pasażerowie jadący pociągiem mają za oknem wyjątkowe krajobrazy. Co tu dużo mówić, śledzą film przyrodniczy na żywo. Zazdroszczę maszynistom oglądania czterech pór roku w takim miejscu.

Na razie jednak nie mam zamiaru stąd odjeżdżać. Po przejściu przez tory wchodzę od razu na długi i malowniczy szlak prowadzący nad Jezioro Goczałkowickie.

Kilka kilometrów od centrum rozpościera się bowiem największe sztuczne jezioro na południu kraju. Na dojście trzeba przeznaczyć ponad półtorej godziny, potem jeszcze spacer koroną tamy o długości trzech kilometrów i powrót. Wyprawa na pół dnia. Można sobie ją skrócić dojeżdżając samochodem na parking przy samej tamie, ale wtedy wrażeń sporo mniej. Nie ma co ukrywać, jeden dzień na Goczałkowice – Zdrój to stanowczo zbyt mało.

Na samej koronie oczy wędrują z prawej na lewą i z powrotem. Masz dosyć widoku wody – patrzysz w drugą stronę, znudziły ci się pola i lasy – wzrok ponownie szybuje po odległy horyzont.

goczalkowice - zdroj jpg.

goczalkowice - zdroj jpg.

Wracam na dworzec. Do centrum można stąd przejść alejką mijając po prawej siłownię, plażę i staw „Mały Maciek” – nowoczesne centrum rekreacji wodnej „WakePark”, gdzie  nauczą cię zaawansowanych elementów freestyle’u, zarówno na przeszkodach, jak i z krawędzi. Mniej odważni w restauracji tuż nad wodą mogą pooglądać wyczyny desperatów.

goczalkowice - zdroj jpg.

goczalkowice - zdroj jpg.

goczalkowice - zdroj jpg.

Niedaleko stąd, tuż obok Biblioteki i Gminnego Ośrodka Kultury, pograsz w siatkówkę plażową.

goczałkowice - zdrój jpg.

goczalkowice - zdroj jpg.

Inna droga do centrum prowadzi przez park zdrojowy założony ponad wiek temu, a ostatnio gruntownie odrestaurowany. Zakochani mogą posiedzieć w romantycznych ażurowych altanach otoczonych różami, szachiści zagrać na świeżym powietrzu, rowerzyści jeździć do woli, a umysły ścisłe niech próbują odczytać godzinę z zegara słonecznego, a dokładniej analematycznego. Musiałem zwiedzić  Goczałkowice – Zdrój, żeby dowiedzieć się, że jest i taki. Jego nazwa pochodzi od krzywej w kształcie ósemki znajdującej się na tarczy zegara, która nazywa się analemmą. Na obwodzie ósemki wpisano daty w odstępie co dziesięć dni. Wskazówką jest stojący w odpowiednim miejscu człowiek, którego cień pokazuje godzinę. Niezła zabawa, pod warunkiem, że świeci słońce.

goczałkowice - zdrój jpg.

Sporo wrażeń, a przecież jeszcze pozostaje uzdrowiskowy deptak. Niestety, ten… trochę rozczarowuje, co może dziwić, zważywszy że Goczałkowice – Zdrój stały się uzdrowiskiem w połowie XIX wieku i od tamtej pory z powodzeniem leczy się tu choroby ortopedyczno-urazowe, reumatologiczne, czy choroby układu nerwowego Promenadzie brakuje szyku, elegancji, jakiegoś blichtru. Atmosfery, która zachęciłaby do spaceru. Dobrze, że te funkcje w części przejęły tereny wokół.

goczałkowice - zdrój jpg.

goczałkowice - zdrój jpg.

Przy fontannie, przy której pani w legginsach postanowiła umierać, znajduje się w dawnym neobarokowym hotelu „Prezydent” restauracja „Uzdrowiskowa”, w której każdego dnia od osiemnastej do dwudziestej drugiej odbywają się dancingi. Trzeba widzieć na żywo. Tego, co dzieje się wieczorami wewnątrz i na stylowym, drewnianym tarasie nie odważę się oddać słowem ani fotografią. Dancing to żadna potańcówka, żaden wieczorek taneczny, jak chce słownik. To „tańcujące” meandry ludzkiej psychologii.

goczałkowice - zdrój jpg.

Po drugiej stronie ulicy dobre miejsce na kawę. Szkoda tylko, że dawna pijalnia wód leczniczych z 1862 roku, jeden z najpiękniejszych zabytków uzdrowiska, przesłonięta została wielkimi parasolami piwnymi. W środku mieścił się tu kiedyś marmurowy basen, z którego kuracjusze czerpali solankę.

Tak jak na początku wieku, tak i dzisiaj pogodynka bardzo się stara o dobre nastroje gości.

goczałkowice - zdrój jpg.

Wróciłem pod fontannę. Pani w legginsach już nie było. A więc jednak? Stare porzekadło mówi – wszystkim nie dogodzisz. Spojrzałem na pozostałych przy życiu kuracjuszy i turystów wokół. Nie wyglądali na zagrożonych śmiertelną nudą. Przeciwnie, skoro tuż obok usłyszałem: „Witek, potańczymy wieczorem? Ale dziś ty wybierasz gdzie.”

Mało brakowało, a zapomniałbym, że w Goczałkowicach znajduje się jeszcze jedna atrakcja – Ogrody Kapias. Zapraszam do dwuczęściowej relacji z tego niezwykłego miejsca:

PRYWATNY EDEN DLA WSZYSTKICH

NOWE I STARE OGRODY KAPIAS. WABIĄ INACZEJ

(wszystkie fotografie po kliknięciu powiększają się)