GRZEBAŁKOWSKA, KOMEDA. OSOBISTE ŻYCIE JAZZU (RECENZJA)


Tyle sobie obiecywałem. Poczytam o jazzie – moim ulubionym gatunku muzycznym, o jego początkach w Polsce, atmosferze lat 50. i 60. ubiegłego wieku, wreszcie o nim – legendzie jazzu. To wszystko zapowiadała biografia autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej, „Komeda. Osobiste życie jazzu”, w budzącej respekt wielkiej księdze. Dlaczego więc waham się, że być może powinienem zatytułować tę recenzję: Czy o Komedzie na pięciuset stronach to nie przesada?

Korzystając z poprzedniej, równie opasłej publikacji tej autorki: „Beksińscy. Portret podwójny” opisałem niedawno wrażenia z wystawy Zdzisława Beksińskiego. Pamiętam, o lekturze mówiłem dokoła w tonie niemal entuzjastycznym. Teraz z pochlebstwami będzie problem. I rzecz nie w tym, że autorka „odpuściła sobie”. Przeciwnie, nagromadzony materiał budzi szacunek; tylko kompletny laik nie pochyli głowy przed drobiazgowością materiału i niemal detektywistycznymi zdolnościami Grzebałkowskiej. W poszukiwaniu faktów zjeździła Skandynawię, była w Stanach Zjednoczonych i Rosji. Z karkołomnego zadania dotarcia do nielicznych, rozsianych materiałów i wspomnień, do skrywanych archiwów rodzinnych wywiązała się znakomicie.

Szkopuł w tym, że wybrała sobie za bohatera wyjątkowego introwertyka, człowieka zamkniętego w sobie i skrytego, co powoduje, że czytelnik ma wrażenie obcowania z kim mało interesującym, wręcz nudnym. I dochodzi do wniosku, że stokroć bardziej niż biografia broni się jego muzyka. Nie przypadkiem Agnieszka Osiecka wspominała, że gdy Komeda grał na fortepianie, jego dłonie opowiadały „małe, kameralne historie o niebie dla dwojga osób”.

Mamy więc raczej świetne przypomnienie siermiężnych początków polskiego jazzu w socjalistycznej Polsce (w latach 50. w obawie przed cenzurą, utwór Glenna Millera Komeda przedstawił jako “murzyńską pieśń ludową”), pierwszoplanowych, a dziś nieco zapomnianych postaci świata muzyki, filmu, literatury tamtych czasów. Ale też wciąż głośnych i hołubionych; przewijają się często nazwiska Polańskiego, Tyrmanda, Osieckiej, Ptaszyna Wróblewskiego, Skolimowskiego, Urbaniaka. Na tym tle, ze skrzętnie zbieranych materiałów i relacji nielicznych już żyjących świadków, wyłania się obraz Komedy w dwóch odsłonach.

To obdarzony charyzmą, niezwykle utalentowany muzyk jazzowy, pianista i kompozytor, który słynną „Kołysanką” z filmu „Dziecko Rosemary” otwarł sobie drzwi do światowej kariery, przerwanej nieszczęśliwym wypadkiem i śmiercią w wieku zaledwie trzydziestu ośmiu lat.

A Krzysztof Trzciński w życiu prywatnym? Zdominowany bez reszty przez kobiety – najpierw surową i wymagającą posłuszeństwa matkę, później apodyktyczną, nie znoszącą sprzeciwu żonę. Niestety, mam wrażenie, że biografię bohatera również zdominowała narracja żony, Zofii Komedowej, zarazem menedżera artysty, w środowisku jazzowym nie lubianej ze względu na dyktatorskie zapędy i pazerność. Plakacista i projektant okładek płyt, Rosław Szaybo, blisko związany z tym środowiskiem, wspomina, że muzycy woleli Krzysia, „gdy był sam”.

Autorka dociera do dwóch wersji pochodzenia pseudonimu „Komeda”. Obie przenoszą w czasy dzieciństwa.

1.
Podczas zabawy w policjantów i złodziei Krzysztof Trzciński urządza kwaterę dowództwa w kącie podwórka. Na drzwiach komórki pisze kredą słowo KOMĘDA zamiast komenda.
Dzieci się z niego śmieją.
2.
Podczas zabawy w wojsko, w mieszkaniu rodziców, Krzysztof Trzciński zostaje dowódcą. W korytarzu urządza kwaterę. Na drzwiach spiżarni pisze kredą słowo KOMEDA zamiast komenda.
Dzieci się z niego śmieją.

Zastanawiam się, czy lakoniczność skupionego, małomównego i zamkniętego w sobie muzyka mogła mieć wpływ na styl pisanej biografii, bowiem język, jakim posługuje się Grzebałkowska jest suchy, ascetyczny, nieco bezbarwny, sprawiający wrażenie monotonnego. A może przyczyniła się ilość zgromadzonej dokumentacji, którą autorka uznała za stosowne skrupulatnie odnotować, co z kolei prowadzi do nużącego  ciągu wyliczanek dat, faktów i nazwisk, nie zawsze wnoszących coś nowego do obrazu artysty. Często ta mało przydatna faktografia jest sztucznie „pompowana” komentarzem. Odnoszę wrażenie, że wpływ miał też mniej emocjonalny stosunek do bohatera niż to było w przypadku Beksińskich.

Grzebałkowska napisała biografię kompletną. Aż trudno sobie wyobrazić kogoś, kto porywa się na pomysł napisania nowej, zwłaszcza że świadków epoki ubywa w szybkim tempie, a dotarcie do nowych źródeł też będzie coraz trudniejsze.

Dlaczego więc lektura książki „Komeda. Osobiste życie jazzu” rozczarowała mnie? Odpowiedź daje sama Grzebałkowska: „jeśli się (…) czymś wyróżniał, to była szarość. Nic w nim nie było zarysowane. Był taki niewyraźny, jego kontury nie szły w żadnym kierunku, w stronę myśli, poglądów czy odczuć. Był głęboko zagubionym w muzyce szarutkiem.”

Ponad pięćset stron, żeby dojść do takiego wniosku? Na szczęście, poza życiem pozostaje twórczość. A muzyka Komedy jak była, tak pozostaje zjawiskowa. I najbardziej nawet przegadana biografia tego nie zmieni.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

PROWOKOWAĆ LOS. NA PRZYKŁADZIE BEKSIŃSKICH
05.02.2018