GYBURSTAG. URODZINY CAŁKIEM INNE, BO ŚLĄSKIE


Długo żyłem w przeświadczeniu, że na całym świecie, podobnie jak na Górnym Śląsku, wszyscy obchodzą wyłącznie urodziny (gyburstag), a imieniny ledwo się zauważa. Były to czasy, kiedy na rodzinne wizyty (byzuch) nikt nie zapraszał. Rzecz nawet  nie w tym, że telefon był rarytasem nadzwyczaj rzadkim, a komórka kojarzyła się wyłącznie z szopką (chlywikiem).  Po prostu wszyscy pamiętali daty ważnych wydarzeń. A oprócz Bożego Narodzenia i Wielkanocy, nie znano ważniejszych od gyburstagu babci (omy), ciotki czy jakiegoś wujka (ujka). Pretekstów do spotkań, celebrowania uroczystości pojawiało się więc sporo, tym samym więzi były często bez porównania żywsze, trwalsze i cieplejsze niż dzisiaj.

Na gyburstag przychodziło się porządnie i elegancko ubrany (wysztiglowany). Nie tak jak w tygodniu (na beztydzień). Panowie obowiązkowo w garniturach (ancugach), białych (biołych) koszulach z założonymi krawatami (bindrami). Marynarka (szaket) i spodnie (galoty) naturalnie w ciemnych kolorach, podtrzymywane przez szelki (hołzyntregle). Często towarzyszyła im kamizelka (westa). Żadne tam paradowanie w koszulach na spodniach, które przypominają zwiędłe sukienki baletnic. Krótko mówiąc, mężczyźni wyglądali męsko, a panie ubrane (łoblecone) w garsonki (kostimy) lub sukienki (szaty) kobieco. Uczciwie jednak muszę przyznać, że jako chłopca (bajtla) mało mnie te kwestie obchodziły; posłusznie ubierałem się w to, co mi przygotowała mama. Ubranka były odświętne, musiałem uważać (dować pozor), żeby ich nie poplamić (pokidać) ani nie pobrudzić (zmarasić).

Na początku należało solenizantowi złożyć życzenia (powinszować), dać prezent (geszenk) i kwiaty (kwiotki), które gospodyni umieszczała w zawczasu przygotowanych wazonach (blumwazach). Prezenty wręczano raczej drobne, choć krawatów i skarpet (fuzekli) unikano. Były zbyt pospolite (ańfachowe). Coś się chyba ostatnio zmieniło, bo sam nie tak dawno otrzymałem dwie pary skarpetek z napisami: moplik (skuter), fajrant (wolne), które lubię.

Na gyburstag przychodziło się spotkać z rodziną, ale i pokosztować (pomaszkecić/pomaszkiecić). Właśnie pokosztować, bo nie chodziło o zaspokojenie głodu, ale zjedzenie czegoś lepszego niż się miało w domu na co dzień. A biesiadowanie rozpoczynano nie od kolacji, ale – co i dziś budzi zdziwienie przyjezdnych – od słodkości. Naturalnie musiał być okazały tort (torta) krojony na duże kawałki (tortynsztiki), najlepiej, jeśli zrobiony własnoręcznie przez gospodynię. Była też babka (zista) posypana cukrem pudrem (pudercukrym) i dużo ciasta (kołocza). Babki były zwykle z bakaliami; jedna z moich ciotek zwykła mawiać: „udano ta babka bakelitowo”. Proponuję jednak bakelitu jako śląskiego odpowiednika bakalii do słownika i menu nie włączać.  Do tego wszystkiego podawano kawę prawdziwą (bonkawę), którą pito od święta, inną od kawy zbożowej i herbatę (tyj).

Na tę część rodzinnego spotkania – co mi do dzisiaj zostało – czekałem najbardziej niecierpliwie. Przyznaję, na słodkości jestem od dziecka zachłanny (przepadzity). Niestety, stół suto zastawiony urodzinowymi maszketami to dziś bledniejące wspomnienie. Jest „światowo”, czyli skromnie.

U ciotki Agnieszki na gyburstag podawano jeszcze tradycyjnie pączki (kreple), małe i trochę niekształtne, ale o wyjątkowym smaku. Trzeba było uważać, bo zawsze w jednym była zamiast konfitur musztarda (zymft), a w innym landrynka (szklok). I pewnego razu ten ostatni trafił się wujkowi Staszkowi, który brak ostrożności przypłacił złamaniem sztucznej szczęki (gybisu). Z tego powodu (skuli tego) ciotka nadziewała (filowała) potem dwa pączki już tylko musztardą. Nie ma już ciotki, nie ma krepli i w zasadzie nie ma świata, który opisuję.

(autor to ten mały bajtel z prawej)

Pod wieczór podawano kolację. Alkoholem częstowano wcześniej, teraz pojawiał się w pełnej krasie. Żadne tam tequile, sake albo inne single malty. Stały szlachetne w swej prostocie butelki z rodzimym jarzębiakiem, krupnikiem, winiakiem, żubrówką. Pijaków (łożyroków) w rodzinie nie było, więc nikt się nie upijał. Mnie interesowały wjeżdżające na stół rolmopsy, jajka w majonezie, ryby opiekane (brateringi), grzybki marynowane, galaretki z nóżek (galerty), sałatka śledziowa (hekele), kiełbasy (wuszty), najczęściej frankfuterki na gorąco w obowiązkowym towarzystwie kartoflanej sałaty (szałotu). Zamiast zwykłego chleba była „odświętna” bułka paryska (lynga). Ogólnie, niby ciągle (sztyjc) to samo, ale na każdy gyburstag niecierpliwie się czekało.

Czas płynął, jako dzieci nie zauważaliśmy tego. Wkrótce (chnet) nieubłaganie nadchodziła pora powrotu do domu, a jeszcze trzeba było przecież szybko (wartko) iść pieszo (piechty) na autobus. Chcieliśmy – jako spora grupka maluchów – zostać, ale były to wysiłki skazane na niepowodzenie (darymny futer). Następowały pożegnania, podziękowania, pozdrawianie nieobecnych, całusy – cały tradycyjny teatr (tyjater) kończący urodziny, no i jeszcze obowiązkowo wręczano gościom przygotowane (rychtowane) wcześniej zawiniątko (paket) z ciastem na następny dzień. Jakże ubolewam, że i ten zwyczaj staje się przeszłością.

Wychodzimy. „Zaraz, a gdzie parasol, a gdzie kapelusz (zaroz, a kaj paryzol, a kaj hut)?” Jeszcze sprawdzanie, czy się zabrało okulary (bryle) i wreszcie na przystanek. Czas płynął do następnych gyburstagów, z latami coraz rzadszych, z coraz większą pustką wokół urodzinowego stołu.

I taka to „historia wesoła, a przez to ogromnie smutna”.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

ŚLĄSKIE SŁOWA, KTÓRE TRZEBA WYJAŚNIĆ (NIE-ŚLĄZAKOWI)
29.10.2020
BADYHALA, A INACZEJ – PERŁA WŚRÓD PŁYWALNI
17.09.2020
ŚWIĘTOCHŁOWICE SĄ BARDZO DZIWNYM MIASTEM
06.08.2020
POJEZIERZE PALOWICKIE. TO NA PEWNO GÓRNY ŚLĄSK?
02.07.2020
SECESJA W KATOWICACH POTRAFI OLŚNIĆ (CZ. I)
21.05.2020
ŻABIE DOŁY. NA PEWNO NA ŚLĄSKU?
24.10.2019
„Wihajster do godki. Lekcje śląskiego” Barbary Szmatloch
25.07.2019
ŚLĄSKIE WICE. CZY GWARA POMAGA DOWCIPOWI?
14.03.2019
PARK TRADYCJI W SIEMIANOWICACH ŚLĄSKICH. PERŁA NA UGORZE
06.11.2018