HYGGE. TO TAK SIĘ NAZYWA PRAWDZIWE SZCZĘŚCIE?


Ten stan ducha trwa krótko, z reguły liczony w okamgnieniach, ale jest bezcenny. Ma się wrażenie oderwania od wszystkiego, co przyziemne i zwyczajne. Co niesie niepewność i lęki. Oto bowiem, nagle i często bez jakiegoś szczególnego powodu, pojawia się poczucie szczęścia. W czystej postaci ekstrat siły dającej radość życia. Jest taka nacja, która od pewnego czasu przekonuje pozostałe, że ten stan da się nie tylko wypracować, ale i utrzymać dowolnie długo. Nazywają go hygge (czyt. huga) i myślę, że warto mu się przyjrzeć. A nuż to remedium na wszelkie prawdziwe i wymyślone smutki.

Dziwna sprawa. Duńczycy, bo o nich mowa, od dawna prowadzą w rankingach najszczęśliwszych ludzi na świecie, a płacą najwyższe podatki i mokną średnio przez sto siedemdziesiąt jeden dni w roku. Aż się prosi napisać artykuł o duńskiej depresji. Będzie trudno, mieszkańcom tego kraju udało się bowiem “stworzyć ciepło w domu, kiedy na zewnątrz jest zimno i ciemno”. Tak w swojej książce “Hygge. Duńska definicja szczęścia” nieco metaforycznie opisała zjawisko Marie Tourell Søderberg.

Nasz niestabilny klimat przyczynił się do powstania w kulturze skandynawskiej romantycznej wizji domu jako bezpiecznej przystani, w której rodzina jednoczy się i zbiera siły do kolejnego starcia ze światem zewnętrznym.

Hygge jest znane w tym kraju od dawna, tylko sami Duńczycy nigdy o nim między sobą nie rozmawiają. Dopiero międzynarodowa kariera pojęcia spowodowała, że opowiedzieli o swoim szczęściu całemu światu. W Wikipedii powstała nawet definicja hygge: “sztuka tworzenia przytulnej atmosfery ogniska domowego, braterstwa, wspólnoty oraz intymności”. A na półkach księgarskich poradniki, jak się zamienić w Duńczyka, zaczynają rywalizować z modnymi dietami i byciem fit.

Słowa, których używa się, mówiąc o hygge, czyli: spokój, intymność, introwertyzm i równość, odpowiadają naszej wizji samych siebie – uważamy się za mały, spokojny kraj, który nikomu nie wyrządza krzywdy i gdzie wszyscy są sobie równi (…).

Okazuje się, że duży wpływ na otwartość i przyjazne usposobienie tego narodu ma aura. Brak ładnej pogody kompensuje się pogodą ducha. Ponadto, co równie istotne, nie ma wśród Duńczyków tak powszechnej gdzie indziej presji, żeby kosztem wolnego czasu zarabiać coraz więcej i wciąż kupować.  Søderberg pyta: “Może wolny weekend z przyjaciółmi jest więcej wart od drogiego samochodu na kredyt?” To ważne, bowiem luksus i zbytek stoją w sprzeczności z hygge. Zapewne ma to związek z egalitarnością społeczeństwa. Rozziew między gorzej zarabiającymi a warstwą bogatych nie jest aż tak rażący jak w większości krajów europejskich. Na ulicach Kopenhagi można zobaczyć księżniczkę Marię odwożącą na rowerze dzieci do przedszkola, mąż królowej Małgorzaty spotyka się na pogawędkach ze spacerującymi w parku, a jej wnuczki jadają w barach.

Wyrównanie różnic ekonomicznych i moralność skupiona na subiektywnym poczuciu szczęścia jednostki dają ludziom możliwość, przestrzeń i swobodę, by zrobić sobie przerwę na hygge i trochę się odprężyć. Nie trzeba o wszystko walczyć.

Jednym słowem, jak najmniej formalizmu, jak najwięcej dbałości o atmosferę. Brak wystawności dotyczy również posiłków. Z hyggelig (tak, to słowo ma też swój przymiotnik) kojarzone jest jedzenie przypominające to z dzieciństwa czyli proste, nie wystawne, pachnące i przygotowane z naturalnych składników. A centralnym miejscem spotkań bywa często kuchnia, która z wszystkich pomieszczeń jest najbardziej, no właśnie, hyggelig.

Wspólne posiłki stanowią fundament naszego życia towarzyskiego. (…) W moim domu podstawą życia rodzinnego były rozmowy przy stole o tym, jak minął nam dzień. Czasem długo siedzieliśmy razem, jedząc i omawiając wszystko, co się wydarzyło. (…) Duży stół w salonie pełnił funkcję ośrodka naszej wspólnoty rodzinnej.

Prostota przenosi się na wnętrza mieszkań. Nie brakuje w nich barw ciepłych – brązów, beżów, odcieni żółci. W słusznej niełasce: czerń, ostra biel, depresyjna szarość. Wzornictwo w meblach jest sprawą drugorzędną, a bezmyślne podążanie za designerskimi trendami niezrozumiałe. Bardziej cenione są więc meble z historią. Mniej, bezduszna masówka rodem z Ikei. Bardziej świece (Duńczycy zużywają ich najwięcej na świecie), a nie ostre, punktowe światło ledowe.

Dom urządzony “we właściwy sposób”, w którym meble, dekoracja i cała estetyka wynikają ze wzoru czy trendu uznawanego za odpowiedni, rzadko bywa hyggeling. (…)

Połączenie starych i nowych elementów wniesie do twojego domu równowagę. Na zabytkowym kredensie odziedziczonym po krewnych postaw piękną nowoczesną lampę, przysuń obok krzesło z pchlego targu, a na ścianie powieś obraz namalowany przez przyjaciela.

Czy może dziwić, że święta Bożego Narodzenia to kwintesencja hygge? Inna sprawa, na ile ważny i dostrzegany jest wśród Duńczyków ich wymiar sakralny, ale czas spędzany w gronie rodzinnym, w domu, na odwiedzinach najbliższych w drugie święto jest i nam, Polakom, nieobcy. Czyżbyśmy byli nieco hyggelig?

Z czego może wynikać niebywała światowa moda na receptę na szczęście z małego skandynawskiego kraju? Niestety, w dużym stopniu z malejącego poczucia bezpieczeństwa. Kiedy na zewnątrz wzrasta zagrożenie, szukamy kojącego ciepła w naszych domach, wśród osób do których mamy zaufanie i na których możemy polegać. Wyłączamy telewizyjne wiadomości, nie spoglądamy na czerwone paski. Pozbawieni i tak wpływu na geopolityczne decyzje, na powrót uczymy się celebrować zwyczajność.

Autorka dostrzega kilka zagrożeń dla hygge. Wymienia bezkrytyczny kult ciała i zdrowia, zabraniający na przykład “jedzenia ciast i innych słodkości oraz picia piwa i wina”. Następnie media cyfrowe, “kradnące nam czas, który moglibyśmy spędzić razem jako rodzina, źle wpływają na kontakt z naszymi dziećmi (…)”. I wreszcie źródłem problemów bywa też telewizja odbierająca poczucie wspólnoty i obecności.

A ja wieczorem usiądę w fotelu z nową powieścią Wiesława Myśliwskiego. Stonowane światło lampy stojącej obok stolika obejmie jedynie książkę i lampkę wina. Jeszcze niedawno nie wiedziałem, że to małe szczęście nazywa się hygge.

Duńczykom natomiast przypominam, że już nasz Kochanowski pisał, aby nie zatracić radości zwykłego dnia, cieszenia się chwilą, bo w końcu:

Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy,
Próżno tu człowiek ma co mieć na pieczy.
Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława,
Wszystko to minie jako polna trawa


  • Tyle juz o hygge słyszałam i czytałam, że dla mnie jest to pojęcie zupełnie zbanalizowane. Szczególnie że, kurcze, masz rację – jakby dobrze szukać to Kochanowski pisał o hygge, cała poezja ziemiańska to jeden wielki kult hygge, równie dobrze można by napisać książkę o tym, jak zbudować swój dworek szlachecki i żyć w nim spokojnie, zbierając jabłka i wpadając w odwiedziny do sąsiadów. Aczkolwiek wydaje mi się, że polski “hygge” był bardziej wiejski,a duński – miejski, więc lepiej pasuje do naszych czasów.
    Cóż, poczucie zagrożenia… W takich czasach żyjemy, że trudno go nie dostrzegać. Nie dziwię sie ludziom, że próbują się przed tym schować. Ale sama jestem raczej z gatunku młodego Kochanowskiego i “intrygi dworskie” fascynują mnie o wiele bardziej niż siedzenie z kotem na kolanach i słuchanie, jak rodzina narzeka na swoje choroby, podatki i obgaduje sąsiadów 😛

    • Kochanowski Kochanowskim, wcześniej przecież był jeszcze Rej ze swoją wersją renesansowego i rodzimego hygge: “Nuż nachodziwszy się po swym pobożnym gospodarstwie, już też sobie w ciepłej izbie usiędziesz, albo sam, albo z przyjacielem. A jeślić jeszcze Pan Bóg dziatki dał, toć już jako błazenkowie kuglują, żonka z panienkami szyje, też się z tobą rozmawia albo też co powiada, pieczenia się wieprzowa dopieka, cietrzew w rosołku, a kapłun tłusty z kluskami dowiera, więc rzepka, więc ine potrawki – czegoż ci więcej trzeba?”
      A horacjańskie hygge, po łacinie: carpie diem, które ma dwa tysiące lat z okładem?
      Można tak licytować, ale kilku rzeczy Duńczykom (nawet jeśli im się wydaje, że są prekursorami) zazdroszczę.

  • basetla

    Ciekawa jestem, jak Duńczycy radzą sobie z przeciwnościami losu: z niedołężnieniem, chorobą, śmiercią.W końcu życie to nie wyłącznie pasmo chwil szczęśliwych.

    • Znalazłem w książce krzepiący przykład dziewięćdziesięciodwuletniej pani, sprawnej fizycznie i psychicznie, która odwiedza w swojej okolicy ludzi w podeszłym wieku. Tak mówi o swojej misji: “Rozmawiamy o ich zdrowiu, rodzinie, wnukach. Czasem śpiewamy razem piosenki – utwory, które pamiętają z młodości, albo pieśni wieczorne. Jeśli czują ból, czasem odmawiamy modlitwę. Ogólnie chodzi o to, żeby być obecnym i wczuć się w potrzeby drugiego człowieka. Czasem przynoszę ciasto, najlepiej sprawdza się szarlotka, bo każdy da radę ją zjeść. Nie zostało nam już zbyt wiele zębów (…). Choroba dziedziczna odebrała mi męża i dwie córki – długo trwa, zanim człowiek się z czymś takim pogodzi. Ale w którymś momencie trzeba powiedzieć smutkowi: Dość!, i zacząć doceniać chwile, które spędziliście razem.”
      Prawda, to przykład jednostkowy, ale pozwala mieć nadzieję, że dzięki pielęgnowanym relacjom międzyludzkim i chwile trudne Duńczycy potrafią przeżywać w silnym poczuciu wspólnoty.