ROBERT RIENT „ŚWIADEK”. INNE ZŁO


Dzwonią najczęściej w sobotnie przedpołudnia. Stoją przy furtce schludnie ubrani. Tak, to najlepsze określenie; kobiety trochę staroświecko, żadnych dekoltów, obcisłych strojów, odkrytych kolan, bez makijażu. Mężczyźni gładko wygoleni, w tanich, połyskujących od syntetyku garniturach i białych, zapiętych pod szyją koszulach. Zwłaszcza te koszule zapamiętuję. Biel odświętności, niewinności? Albo kamuflaż. Świadkowie Jehowy przypominają mi krewnych, przychodzących na urodziny. Trzydzieści lat temu. Tylko zamiast uśmiechu i życzeń przynoszą wygłaszane z nadzieją, wyświechtane od niezliczonych powtórzeń, te same formułki i pytania.

Nie są nachalni. Po moim: „Dziękuję, nie jestem zainteresowany”, bez protestu, grzecznie parami odchodzą. Trochę jak szkolni prymusi. Dobrotliwi ludzie, choć sprawiający wrażenie tajemniczych. Dzięki opowieści non-fiction „Świadek” Roberta Rienta znam ich teraz dobrze. Kiedy ich widzę wiem już, że to dobroć podszyta strachem. Wiem też, że krótką, może kilkunastosekundową wizytę dokładnie opiszą w swoim sprawozdaniu: dzień, godzinę, w przybliżeniu mój wiek, płeć, powód odmowy i ogólne nastawienie.

Mamy w książce dwie historie. Jedna dotyczy świadków Jehowy, sekty liczącej w Polsce ponad sto dwadzieścia trzy tysiące wyznawców, a w świecie osiem milionów. Obraz tej społeczności kreśli Łukasz, sam też świadek. To świat ciekawy i zaskakujący, bo dosyć hermetycznie zamknięty. Najczęściej mocno przygnębiający, jak każda forma fanatyzmu. Łukasz uruchamiając, coraz bardziej świadomie, mechanizm stopniowego samowykluczenia ze zboru stanie się nowym człowiekiem – Robertem. I to druga historia. A całość tworzy niezwykle osobistą, do głębi demaskującą, by nie powiedzieć – obnażającą najskrytsze zachowania i przeżycia, książkę. Chcę wierzyć, że napisaną również w ramach autoterapii.

Właściwie jest też i trzecia opowieść w tym reportażu. O pokoleniu bez zakotwiczenia, żyjącym w stanie destrukcyjnej, rozedrganej tymczasowości. W przekonaniu, że dziś jest niepotrzebne, a jutro nieważne. Albo odwrotnie.

Prześledźmy te przenikające się obrazy.

Łukasz, jako świadek Jehowy, odczuwa swoją inność z chwilą przekroczenia progu szkoły. Wiara zabrania mu rysować flagę. „Wszystkie prace wiszą na tablicy i można je podziwiać. Jest tam około dwudziestu flag Polski i jeden kwiatek, ten moment jest najgorszy.” Nie wolno mu stać podczas hymnu, składać życzeń, śpiewać sto lat. W czasie klasowych urodzin nie może częstować się cukierkami ” (…) no ale cukierka, nie, bo ja nie obchodzę. Najgorsze jest te kilka sekund, w których nie mam co ze sobą zrobić, z rękami, oczyma.”

W szpitalach, pod żadnym pozorem, nie wolno przyjmować krwi. „Gdy chory świadek Jehowy trafia do szpitala, zaraz za nim pojawia się Komitet Łączności ze Szpitalami złożony zazwyczaj z dwóch, trzech braci starszych.” Gorszące jest uprawianie sportu. W małżeństwie żona podporządkowana jest mężowi. Kobiety w czasie zgromadzeń milczą, a po nich mają przywilej sprzątania Sali Królestwa. Świadkowie obchodzą w ciągu roku jedno święto – Pamiątkę śmierci Jezusa Chrystusa. Uczestnicy przekazują sobie, w czasie godzinnych obchodów, na talerzu przaśny chleb i wino w kieliszku. Kto czuje, że pójdzie do nieba może te symbole spożyć. Niezwykle rzadko się to zdarza.

Tyle wynika z interpretacji Pisma Świętego i wskazówek założyciela organizacji pastora Charlesa Taze Russella, który w 1879 roku wydał pierwszy numer „Strażnicy”. W powołanej wtedy organizacji określono, że Prawda należy do Boga, a świat do „odstępców”, „światusów”, „filistynów” – czyli Szatana. W utrzymaniu właściwego kierunku tymczasowym osiedleńcom, jak o sobie mówią świadkowie Jehowy, pomagają czasopisma. Wspomniana „Strażnica”, z najwyższym na świecie miesięcznym nakładem w wysokości czterdziestu dwóch milionów egzemplarzy i „Przebudźcie się” z niewiele niższym. To w nich podaje się również terminy końca świata. Ostatni, jeden z pięciu w XX wieku, przypadał w 1975 roku. Sporo wyznawców przygotowując się do Armagedonu zwalniało się wtedy z pracy i sprzedawało cały swój dobytek. Pomyłka wyjaśniona została przybyciem jeszcze jaśniejszego światła.

robert rient dotyk jpg.

Taki był świat Łukasza w siedmiotysięcznej Szklarskiej Porębie, gdzie się urodził w 1980 roku i spędził kilkanaście lat życia. Był „z kociej wiary”, a więc inny. Nic dziwnego, że często towarzyszyła mu samotność. Wiedział, że o niej mówi się tylko Jehowie, ludziom – nie. Kiedy miał jedenaście lat napisał wiersz, czyli zrobił coś wbrew nakazom wiary. Podpisał go – Robert Rientowski. Robert dochodzi do głosu coraz częściej, coraz intensywniej zabiega o duszę Łukasza, który – jak się mówi w środowisku byłych świadków – zaczyna popełniać myślo-zbrodnie. Wszystko to jest rozłożonym w czasie procesem, z różnymi etapami i natężeniem. W wieku czternastu lat, po zdaniu trudnych egzaminów, został dobrowolnie ochrzczony razem z innymi na stadionie miejskim w Wałbrzychu. W liceum lubiany, choć szkolne kontakty kończyły się po ostatniej lekcji. Często wyjeżdżał ze zboru na obozy pionierskie, chodził od domu do domu, głosił nauki.

Cały czas samotny, z poczuciem ogromnej winy, zwłaszcza gdy przychodzi pora odkrywania swojej seksualności. Z przejmującą tęsknotą za wolnością, zwyczajnością. Za obserwowanym i zakazanym światem, który – jak mu codziennie wpajano od dziecka – jest opanowany przez Szatana. Samookaleczenia dawały chwilową ulgę. Ból oddalał samotność. Po zdaniu matury, wbrew ostrzeżeniom i radom bliskich, nie pozostał w swoim bezpiecznym środowisku, tylko wybrał studia w Poznaniu. I coraz bardziej oddalał się od współwyznawców. Aż do podjęcia decyzji najważniejszej w życiu, choć zaalarmowani starsi zboru ostrzegali, że wejdzie wtedy w świat demonów.

Na początku wydawało się, że mieli rację. Wolność przyniosła całkowite zagubienie: dojmujący smutek, złość, próby samobójcze, pierwsze doświadczenia homoseksualne, narkotyki. Skoro kara nie nadchodziła, sam ją sobie wymierzał. Nowy Robert, żegnając się raz na zawsze z Łukaszem, nie był w stanie unieść lęku. Brakowało mu oparcia religii, rodziny, krewnych, „sióstr” i „braci”, którzy przestali go z dnia na dzień poznawać. Ukochana kuzynka na pogrzebie babci nie podaje ręki: „Znasz zasady”. Zdradził, więc został wykluczony. Jest nikim.

Pomogła psychologia, terapia w różnych postaciach. Tyle że Robert uczynił z niej nową religię. I znów wydobywanie się z pułapki i ponowne poszukiwania. W jednym z ostatnich wywiadów, na pytanie: „Jest w Robercie spokój? Jest w tobie?” autor odpowiada: „Burze emocjonalne, radość, smutek, rozpacz, poczucie straty, to wszystko się wydarza, ale jest coraz krótsze. Tak, jest we mnie spokój. Spokój dyskretnie zabarwiony zachwytem.”

Wypada życzyć, by ostatnie zdanie zamienił w życiowe motto.